Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Rozumne plemię?… — powtórzył z powątpiewaniem Spychalski. — To zależy, co uważać za rozum… W każdym razie bardzo głodne plemię. Popatrzylibyście, co się dzieje, kiedy rozlega się sygnał na posiłki.
Wiera zamyśliła się. Mnie nie opuszczał obraz Fioli.
W milczeniu dolecieliśmy do hotelu „Hiady”. Ten budynek wielkości całego miasta pełen jest zieleni i światła, prostokąty domów tworzą ulice, na skrzyżowaniach wznoszą się amfiteatry z ekranami, bo Anioły uwielbiają ruchome obrazy.
Warunki w hotelu są zbliżone do ziemskich. Skrzydlaci łatwo przystosowują się do każdych parametrów grawitacyjnych i temperaturowych. Prawdopodobnie dzięki temu właśnie tak szeroko zasiedlili odmienne w charakterze planety.
Trzy uradowane Anioły natychmiast rzuciły się na nas z szatańskim łopotem skrzydeł. Radosny pisk i uderzenia piór ściągnęły następne. Po chwili w powietrzu zakłębił się cały skrzydlaty tłum. Klepałem je po skrzydłach, ale było ich zbyt wiele, aby się z każdym przywitać.
Anioły mają w sobie coś wzbudzającego antypatię. Wyglądają imponująco, a nawet majestatycznie: białe ciało, złote włosy, szerokie potężne skrzydła zabarwione na wszystkie kolory tęczy. Trafiały się skrzydła różowe, fioletowe, pomarańczowe, czarne (zwłaszcza u czteroskrzydłych), ale przeważały różnobarwne. W latającym tłumie więcej było dwuskrzydłych. Czteroskrzydłych najwyżej dziesięć procent, za to każdy z nich miał siły za trzech. Twarze Aniołów są z gruba ciosane i bezwłose. Żaden z nich nie ma gładkiej cery. Nawet młodzi mają pokryte zmarszczkami twarze i każdy wygląda jak postarzałe dziecko. Wrażenie to potęguje jeszcze ich zachowanie, hałaśliwe i rozbrykane. Na domiar złego Anioły rzadko się myją i po prostu cuchną. W jaskiniach Aniołów pachnie chyba nie lepiej niż w stajniach pegazów.
Kiedy przedarliśmy się przez skrzydlaty tłum, dojrzałem stojących na uboczu Andre i Lusina.
— Pawle, proszę mnie zastąpić przy deszyfratorze — poprosiłem Romera.
Romero zdziwił się: czyżby aż tak podobali mi się krzykliwi lotnicy, że chcę porozmawiać z nimi na osobności? Wyjaśniłem, że chcę zamienić kilka słów z Andre.
Paweł wziął deszyfrator, a ja ruszyłem w kierunku Lusina i Andrć. Jakiś rozbawiony Aniołek rzucił się na mnie z rozpostartymi skrzydłami, ale zdołałem mu umknąć.
— Milcz i słuchaj! — wykrzyknął Andre. — Nowe informacje o Galaktach. Mówię ci, milcz! Uzyskaliśmy wspaniały zapis snów tego czteroskrzydłego. Czemu machasz rękami?
— Bo kazałeś mi milczeć! — wrzasnąłem i dodałem spokojnie: — Pokaż zapisy.
— Najpierw wysłuchaj, a potem ci pokażę.
Lusin i Andre mieli szczęście. Kiedy przyszli do izolowanego czteroskrzydłego, Anioł spał, miał koszmary i jego mózg intensywnie promieniował. Andre nie czekając na przebudzenie Anioła natychmiast zmaterializował jego sny na wielkim deszyfratorze.
— To jest deszyfrator! — triumfował Andre. — Allan dopiero na Ziemi zdołał odczytać mowę jakichś zdechłych mchów, a my bez kłopotu rozszyfrowujemy znacznie trudniejsze rzeczy!
I nie zwlekając, na ulicy, w pełnym słońcu wezwał wideokolumnę. Wpatrywałem się w nią z wysiłkiem, bo światło zewnętrzne było silniejsze od wewnętrznego blasku wideokolumny. Ogarnęło mnie zdumienie. Zobaczyłem te same obrazy, które demonstrowano już na Ziemi: skały, jaskrawe gwiazdy, czarne jezioro, zniżający się cygarowaty statek. Dalej też nie było niczego nowego, sami Galaktowie, wieża z obrotowym okiem…
— No? — zapytał Andre. — Rozumiesz, co to znaczy?
— Rozumiem, wyblakła kopia zapisów Spychalskiego.
— Ja również — odezwał się milczący dotychczas Lusin. — Kopia. Już widzieliśmy.
— Mylicie się! — wykrzyknął radośnie Andre. — No to co, że już widzieliście? Ważne jest jedno: gwiezdne widzenia nawiedzają naszego czteroskrzydłowego bardzo często, skoro zapisaliśmy je już w trakcie pierwszego badanego snu. Jedynie własne doznania, a nie dziedziczność może dać tak wyraziste obrazy. Anioł sam widział Galaktów.
Andre patrzył na nas z triumfem. Bezczelnie roześmiałem mu się w twarz.
— Teraz idziesz przesłuchiwać tego Anioła i wyjaśnić, czy prawidłowo tłumaczysz jego sny?
— Jakbyś zgadł.
— Pójdę z wami, aby zobaczyć, jak wali się z trzaskiem twoja kolejna teoria.
Czteroskrzydły awanturnik był ogromnym, zwalistym Anieliskiem, o groźnym pysku i potężnych skrzydłach. Wlepił w nas mętne ślepska i coś warknął. Anioły mają cienkie głosiki i mówiąc zawsze dławią się z pośpiechu, tak że w każdym ich zbiorowisku panuje hałas i pisk. Ten natomiast głos miał dopasowany do postury, nie piszczał, lecz grzmiał basem. Podobał mi się.
Andre nastawił deszyfrator i powiedział uprzejmie:
— Pozwoli pan, że zadam mu kilka pytań?
— Na kolana! — ryknął Anioł. — Na kolana albo wynoście się do diabła!
Jego wściekłość była tak niedorzeczna i gwałtowna, że wybuchnęliśmy śmiechem, który go jeszcze bardziej rozzłościł. Anioł groźnie pochylił byczą głowę, rozłożył skrzydła i zabulgotał.
— Po co mamy klękać? — zapytał Andre. — Ludzie nie mają takiego zwyczaju.
Deszyfrator przetłumaczył odpowiedź Anioła:
— Pochodzę od bogów. Jestem księciem.
Zwątpiłem w prawidłowość przekładu. Zwroty „wynoście się do diabła”, „pochodzę od bogów”, „na kolana”, „książę” zbyt przypominały ziemskie pojęcia i porzekadła, aby były prawdopodobne. Nie rozumiałem, czemu z całego bogactwa języka ludzkiego deszyfrator spożytkował jedynie tę starzyznę.
— Nie sądzę, żeby DUM kłamał — zaoponował Andre. — Pamięć ma dosyć obszerną: czterysta tysięcy słów i sto milionów pojęć, skoro więc wybrał księcia i diabła, to znaczy, że nasz jeniec miał na myśli coś, czemu w największym stopniu odpowiada „książę” i „diabeł”.
Wówczas ja zwróciłem się do Anioła:
— Dlaczego pan uważa się za księcia?
— Nalecę i rozdepczę! — powiedział swarliwie Anioł. — Na kolana albo śmierć.
Przypomniałem sobie, że osobiste pole ochronne ludzi na Orze reaguje na emocje. Wywołałem więc w sobie gniew. Anioła tak trzasnęło, że wrzasnął z przestrachu. Kolejno rozszerzałem i zmniejszałem pole. Skrzydlatym „księciem” rzucało w powietrzu, choć rozpaczliwie bił skrzydłami starając się wyrwać z niewidzialnych rąk. Kiedy szczególnie mocno uderzyłem go polem, Anioł ryknął basem:
— Ratunku! Ratunku!
Cofnąłem pole i czteroskrzydły runął na ziemię. Przerażony i bezsilny nie próbował się nawet podnieść, lecz pełzł rozpostarłszy skrzydła w uniżonym geście. Lusin zasapał i odwrócił się. Jestem przekonany, że w owej chwili brutalny Anioł wydał mu się czymś w rodzaju jego łagodnych smoków lub cudacznego boga Hora z sokolą głową.
— Wyższe istoty! — wymamrotał Anioł roztrzęsionym głosem. — Wyższe istoty!
— Wstań i przestań być księciem! — powiedziałem. — Nie znoszę durniów! Pytają cię jak kogo dobrego, a ty zachowujesz się po chamsku!
— Pytajcie! — skwapliwie odpowiedział Anioł. Choć nie wiem, co mogę powiedzieć potężnym istotom…
Andre opowiedział Aniołowi jego sny i zapytał, czy przypadkiem nie widział Galaktów i ich wrogów.
— To są legendy — mamrotał Anioł. — Nikt nie widział Galaktów. W dzieciństwie słyszałem o nich bajki.