Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Młody Namdalajczyk zaczerwienił się.
— Oni też są profesjonalistami.
— Pewnie tak — zgodził się Gajusz Filipus, wcale nie tracąc animuszu. — A niedługo będą jeszcze gorącymi profesjonalistami.
Tego popołudnia machiny oblężnicze zostawiono jeszcze w spokoju, ustawiając je tylko w bezpiecznej odległości od twierdzy. Żołnierze rąbali drewno, by przygotować szkielety do osadzenia mechanizmów, do których części i olinowanie przyciągnięto ze stolicy. Rzymscy inżynierowie pracowali ramię w ramię ze swymi videssańskimi kolegami.
Przez całą noc pocili się razem przy świetle pochodni. Zwykli żołnierze wycinali rosnące dokoła drzewa i krzaki, i wiązali je, tworząc kładki, które miały być przerzucone nad rowem podczas szturmu. Wszędzie mężczyźni sprawdzali broń i zbroje, tarcze i buty wiedząc, że najmniejsze niedopatrzenie może kosztować ich życie.
Marek był zbyt zajęty różnymi problemami, z którymi zgłaszali się do niego legioniści, by martwić się o Helvis. Tak czy siak, nie mógł nic zrobić tego wieczoru — gdy wiadomo było, że dojdzie do walki, obóz kobiecy ustawiano w bezpiecznej odległości za linią armii.
Około północy od strony fortecy dobiegło Videssańczyków głośne dudnienie kopyt. Ludzie Księstwa przerzucili deski nad swoim okopem i wysłali jeźdźców, by ostrzegli Draxa o nadchodzącej armii Imperium. Głośno pokrzykując, Khamorthci i Khatrishe ruszyli za nimi w pościg. Wkrótce dopadli dwóch posłańców, ale trzeci zniknął w ciemnościach.
— Gówno — skomentował Gajusz Filipus, gdy nomadzi powrócili z tą wiadomością.
— No cóż — powiedział Marek, starając się spokojnie podejść do sprawy. — Nie można powiedzieć, żeby Drax nie wiedział o tym, że na niego maszerujemy.
Starszy centurion tylko coś odburknął.
Trybunowi wydawało się, że świt nadszedł o wiele za wcześnie, barwiąc chmury najpierw na purpurowo, a potem, wraz ze znikaniem gwiazd, na złoto. Videssański poseł, niosący biały hełm na grocie włóczni, podszedł do samego brzegu fosy i zaproponował wyspiarzom, by się poddali. Odpowiedzią były przekleństwa i wyzwiska w języku Namdalajczyków. Strzała wbiła się w ziemię kilka stóp od posła. Strzał był celowo chybiony, ale znacznie przyspieszył powrót Videssańczyka, nie przydając mu godności.
Zigabenos wydał krótki rozkaz. Wyrzutnie oszczepów naprężyły się i z jękiem zwolniły swe pociski. Świszcząc złowrogo, włócznie przeleciały nad palisadą, zmuszając ludzi Draxa do schylenia głów. Namdalajczycy wychylili się zaraz po tym i strzelili do czegokolwiek co, jak sądzili, byli w stanie ustrzelić, i znowu ukryli się za osłoną.
Wyrzutnie kamieni rozpoczęły swą pracę kilka minut później, ciskając głazy wielkości człowieka o drewnianą wieżę. Pociski okaleczyły ją tu i tam, ale nie widać było żadnych oznak załamania. Wyspiarze budowali dobrze. Inżynierowie raz po raz naciągali na kołowroty machin liny skręcone z jelit zwierzęcych — przekleństwa wypełniały powietrze, gdy któraś nie wytrzymywała.
Ale maszyny ciskające włócznie i kamienie, tak jak i strzały Videssańczyków i Khamorthów skierowane na fortece, były tylko mało ważnym wstępem do zaczynającego się właśnie spektaklu. Videssańscy inżynierowie ładowali na niektóre z katapult małe beczułki o cienkich ściankach, wypełnione łatwopalną cieczą, które zatoczywszy wielki łuk rozbijały się o stojącą na kopcu wieżę.
Oblegając drewniane twierdze, Rzymianie często obrzucali je płonącą smołą czy tłuszczem. Mieszanka sporządzona przez Videssańczyków była jeszcze gorsza. Składała się bowiem z siarki, niegaszonego wapna i czarnego, okropnie śmierdzącego oleju, który wypływał z ziemi tu i ówdzie na terytorium Imperium. Gdy beczki rozbijały się o ściany wieży, płachty płynnego ognia rozlewały się na jej powierzchni.
Łucznicy w twierdzy zaczęli krzyczeć z przerażenia, gdy płomienie objęły budowlę. Namdalaj-czycy zeskakiwali z palisady i biegli do wieży, by walczyć z ogniem. Marek słyszał ich zrozpaczone wrzaski, gdy pierwsze wiadra wody spadły na płomienie. Dzięki wapnu, ogień płonął równie entuzjastycznie po zmoczeniu jak i przed.
Katapulty nie przestawały pracować i bezustannie zasypywały twierdzę pociskami. Wkrótce zaczęło jednak brakować beczek ze śmiertelną miksturą. Kilka z nich rozbiło się na szczycie kopca, oblewając płomieniem wyspiarzy próbujących uratować wieżę. Ludzie biegali krzycząc, niczym żywe pochodnie. Płynny ogień spływał pod kolczugi i przywierał do ciała, włosów, oczu, płonąc i płonąc. Jakiś Namdalajczyk wbił swój miecz w towarzysza, który skręcał się z bólu u jego stóp, pokryty ogniem od głowy do kolan. Gęsty, czarny dym wzbijał się prosto w niebo, co było równie oczywistą wiadomością dla Draxa, jak słowa przywiezione przez jeźdźca.
Wokół oblężonej twierdzy zagrały trąbki. Osłaniani przez łuczników, legioniści rzucili się do ataku, przerzucając przygotowane wcześniej kładki nad rowem. Zigabenos wolał na razie trzymać swoich wyspiarzy z dala od ich rodaków. Chociaż nie lubił specjalnie bitew czy walki wręcz, Marek cieszył się, że wreszcie biegnie na czele swych ludzi. Stanie z boku i przyglądanie się płonącym żołnierzom Draxa było gorsze od samej walki.
Nikt już prawie nie pozostał przy pierwszej linii umocnień, by powstrzymać legionistów. Włócznia wbiła się w ziemię tuż obok trybuna, ale już za moment jego caligae grzęzły w miękkiej ziemi wału ułożonego pod palisadą. Wrzeszcząc z całych sił, reszta szturmującego oddziału gnała tuż za nim.
Namdalajczyk, który rzucił włócznią, stał na szczycie wału, czekając na Marka. Był to wielki, muskularny mężczyzna z siwym zarostem na twarzy. Uderzył wreszcie swym ciężkim, dwuręcznym mieczem. Marek przyjął cios na tarczę. Jęknął pod siłą uderzenia i niemal ześliznął się z wału. Wyspiarz łatwo sparował jego niezręczne pchnięcie i podniósł ostrze, przygotowując się do następnego cięcia.
Pilum wbiła się w jego szyję. Miecz wypadł z rąk, które zacisnęły się na chwilę na żelaznej rzymskiej włóczni, a potem opadły bezwładnie, gdy kolana zaczęły się uginać, a całe ciało pochyliło się, by opaść na ziemię. Skaurus przeskoczył nad nim — legioniści wdzierali się już za palisadę.
Tylko garść wyspiarzy poległa na wałach. Kiedy wiadomo było, że bitwa jest przegrana, bez wahania porzucili miecze i hełmy, poddając się Rzymianom. Wieloletni najemnicy nie widzieli sensu w beznadziejnej walce, która mogła skończyć się tylko ich śmiercią.
— Myślisz, że Imperator przyjmie nas znowu? Może do Astris, żeby pilnować ludzi z równin? — całkiem poważnie pytał Marka jeden z pojmanych oficerów, wcale nie speszony tym, że jeszcze przed chwilą był rebeliantem.
Trybun mógł tylko rozłożyć przed nim ręce. Z braku własnych żołnierzy, Thorisin mógł to zrobić.
— Uwaga! Głowy w górę! — zawołali razem Namdalajczycy i Rzymianie. Wieża opadała z trzaskiem na ziemię, rozsypując na wszystkie strony zwęglone drewno i czerwone okruchy żaru. Jakiś legionista syknął z bólu i zaklął głośno, gdy płonąca szczapa przypaliła mu nogę. Jeden z wyspiarzy zginął przygnieciony pniem — był już i tak okropnie poparzony. Marek pomyślał, że tak pewnie było dla niego najlepiej.
Namdalajski kapłan-uzdrowiciel robił co mógł dla ofiar deszczu ognia. Nie mógł jednak zbyt wiele — żaden uzdrowiciel nie jest w stanie przywołać zmarłych do życia. Duchowni z Księstwa nie wyróżniali się tak między innymi wojownikami jak ich videssańscy koledzy po fachu. Nosili zbroje i walczyli wraz z innymi żołnierzami, co było wielkim barbarzyństwem w oczach Videssa-ńczyków.