Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Skaurus jednak widział wcześniej kłótnie Thorisina z jego kochanką, i miał już swoją opinię na ten temat:
— Ona jest jak śluza na zaporze; pozwala mu wyrzucić z siebie całą złość i chandrę.
— Tak, i oddaje mu ją podwójnie — powiedział Gajusz Filipus.
— Może i tak — odparł Marek. — Ale bez niej mógłby się kiedyś wykończyć w ataku apopleksji.
Gajusz Filipus przewrócił oczami.
— I tak przecież może.
— A gdyby tak się stało — wtrącił się Senpat Sviodo — ona by powiedziała, że zrobił jej to na złość.
Podniósł nagle wzrok, zaskoczony hukiem wciąganego właśnie na okręt pomostu, który żeglarze, prawie nadzy w ciepłym deszczu, schowali pod leżący na pokładzie brezent.
— Hej! Czy my naprawdę zamierzamy w tym płynąć? — spytał Senpat.
— Czemu nie? To przecież tylko Cieśnina Bydła, a wiatr nie wydaje się zbyt silny — odparł Marek. Był takim samym ignorantem w sprawach żeglugi jak większość Rzymian, ale czuł się prawdziwym źródłem wiedzy przy Vaspurakanerach, których ojczyzna nie miała dostępu do żadnego morza. Popisując się, kontynuował: — Podobno wilgotne żagle są nawet lepsze od suchych, bo tkanina przepuszcza mniej powietrza.
Senpat był pod wrażeniem znajomości przedmiotu okazanej przez Marka, ale Helvis, która należała do narodu prawdziwych wilków morskich, roześmiała się głośno.
— Gdyby tak było, kochanie, płynęlibyśmy teraz najszybszym okrętem na świecie. To tak jak z solą w potrawie; odrobina polepsza smak, ale gdy nasypiesz za dużo, to gorzej niżby nie było jej wcale.
Liny zasyczały, przesuwając się szybko po mokrym pokładzie, gdy marynarze zwijali je w ciasne spirale. Na którymś z okrętów zaryczał osioł. Kapitan i jego dwaj zastępcy przeklinali głośno — choć nawet w połowie nie tak wspaniale jak Komitta i Thorisin — bo duży kwadratowy żagiel zwieszał się z rei jak obwisłe prześcieradło na sznurze do bielizny, które na dodatek przykleiło się do słupka.
W końcu świeży podmuch wiatru wypełnił żagiel, który oderwał się od masztu z wilgotnym westchnieniem. Kapitan znowu przeklinał, tym razem marynarza stojącego przy sterze, za zbyt powolne, jego zdaniem, manewrowanie. Czy rzeczywiście tak było, Skaurus nie umiał powiedzieć. Okręt wysunął się z doku.
Soteryk, syn Dostiego, jechał wzdłuż kolumny maszerujących legionistów. Żołnierze z pierwszych szeregów złościli się na kurz wzbijany przez jego konia — ci z tyłu łykali już to, co wzniecili ich towarzysze. Namdalajczyk ściągnął cugle, gdy zrównał się z Markiem, i wzdychając z ulgą zdjął swój stożkowaty hełm. Pot spływał wąskimi strużkami po jego zakurzonej twarzy, odkrywając paski czystej skóry.
— Uff — powiedział — gorąca robota dzisiaj.
— Trudno zaprzeczyć — odparł trybun, wątpiąc czy jego szwagier podjechał tu, by narzekać na pogodę.
Cokolwiek zamierzał załatwić, nie spieszył się z tym zbytnio.
— Ładny kraj.
I znowu Skaurus musiał się z tym zgodzić. Niziny należące do zachodnich prowincji Imperium były doskonałymi ziemiami — właściwie Marek nie widział jeszcze nigdy tak żyznej gleby. Tłusty czarnoziem rodził obficie. Cała dolina zdawała się pokryta różnymi odcieniami soczystej zieleni. Rolnicy każdego ranka wychodzili na pola i do sadów otaczających ich wioski, by zajmować się pszenicą i żytem, fasolą i grochem, winogronami, oliwkami, morwą, brzoskwiniami i figami, orzechami i słodko pachnącymi cytrusami. Kilku wieśniaków pozdrowiło ich, gdy maszerowali wzdłuż pól, by walczyć z heretykami z Namdalen. Większość z nich robiła wszystko co w ich mocy, by zapewnić żołnierzom płatny nocleg — bez względu na to, komu służyli.
Zachodnia równina były spichlerzem dla miasta Videssos. Ogromna większość miejscowych zbiorów spływała na barkach, nieustannie kursujących po rzekach płynących na wschód, do morza. Musiała ona także wykarmić armię, maszerującą na południe od stolicy. W tej odległości od Cieśniny Bydła zarządcy z Imperium wciąż trzymali ziemię pod ścisłą kontrolą. Przy maksymalnej wydajności biurokratycznej machiny Videssos, mieli oni rynki gotowe w każdej chwili zaopatrzyć siły Imperium. Marek zastanawiał się, ile to czasu minie nim pierwsza z twierdz — jak to nazywał je Soteryk? — mury-i-fosa-Draxa stanie im na drodze. Już niewiele — pomyślał.
— Ładny kraj — powtórzył Soteryk. — Za gorący w lecie, żeby był doskonały, ale ziemia jest tu tak żyzna, że i to można by ścierpieć. Rozumiem teraz, o czym myślał Drax, gdy zdecydował się wziąć go dla siebie. — Przerwał na chwilę, przejechał palcami po swych kasztanowych włosach, niemal takich samych jak włosy Helvis. W odróżnieniu od większości swoich rodaków nie golił głowy z tyłu.
— Na Wagera, właściwie sam z chęcią bym tu osiadł.
Spojrzał z góry na Skaurusa, czekając na jego reakcję. Oczy Namdalajczyka były tak samo błękitne jak oczy jego siostry — pomyślał trybun — ale nie miały w sobie ani odrobiny jej ciepła. Orli nos nadawał władczy charakter wszystkim jego rysom.
— Tak? — Rzymianin przyglądał się swemu szwagrowi równie dokładnie. Dobierając ostrożnie słowa, kontynuował: — Nie chcesz wrócić do Księstwa? Prędzej wziąłbyś sobie tutaj farmę, kiedy skończysz służbę dla Imperium, tak?
— Tak, gdy skończę służbę — odparł Soteryk, chichocząc cicho. Nadal nie spuszczał wzroku z twarzy trybuna. — To wcale nie musi tak długo trwać.
Marek zrobił wszystko, by zachować pozory łagodnej niewinności.
— Naprawdę? Myślałem, że podjąłeś służbę na ładny parę lat… tak jak ja — spojrzał w oczy Namdalajczyka.
Soteryk ściągnął usta, wyraźnie poirytowany.
— Cóż, mogę się mylić — powiedział. Wbił ostrogi w boki konia tak mocno, że ten poderwał się jak do skoku. Soteryk ściągnął go w dół i ostro zawracając, odjechał. Trybun przyglądał mu się z ciężkim od złych przeczuć sercem. Zastanawiał się, czy Utprand będzie w stanie powstrzymać młodszego przywódcę — i czy w ogóle chciał to robić.
Zachodzące słońce pokryło niebo krwawą czerwienią. Gdzieś w pobliskim zagajniku rozbudzona zawczasu sowa huczała żałobnie. Armia zatrzymała się na noc i rozbiła obóz. Przekonani, że wciąż pozostają w bezpiecznej i przyjaznej im okolicy, Videssańczycy i Namdalajczycy postawili symboliczne tylko palisady, zupełnie nie przejmując się tym, czy rozbite w ich obrębie namioty tworzą jakiś porządek. Jeźdźcy z Khamorth byli nawet mniej ostrożni — każdy zatrzymywał się tam, gdzie mu się podobało, by rano z powrotem dołączyć do towarzyszy.
Obóz legionistów stanowił zupełny kontrast, choć były to tylko zwykłe rzymskie umocnienia, wykonywane automatycznie tak na bezpiecznym terenie, jak i tam, gdzie wróg deptał im po piętach. Gajusz Filipus wybierał miejsce dogodne do obrony i z dostępem do wody, a potem do pracy przystępowali żołnierze. Każdy z nich miał wyznaczone konkretne zadanie — zawsze to samo. Niektórzy kopali rowy, inni ubijali wykopaną ziemię tworząc z niej wał obronny, jeszcze inni wbijali w te umocnienia ostre pale i żerdzie, które nosili ze sobą w tym właśnie celu. Wewnątrz fortyfikacji ośmioosobowe namioty legionistów ustawiane były w równych blokach, manipuła przy manipule, między którymi pozostawiano szerokie przejścia-ulice.
Nikt nie narzekał na pracę, której wymagało urządzenie takiego obozu, mimo że mógł być wykorzystany tylko na jedną noc, a potem porzucony na zawsze. Dla Rzymian była ona drugą naturą. Ludzie, którzy dołączyli do ich szeregów, z kolei zbyt wiele razy widzieli, co warte są takie umocnienia, by pozwolić sobie na coś gorszego.