Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
To samo dotyczyło Laona Pakhymera i jego Khatrishów. Marek z zadowoleniem przyjął ich do swojego obozu — często tak robili od czasu Maragha. Co więcej, chętnie pomagali przy zakładaniu obozowiska. Choć mniej doświadczeni niż legioniści, wcale nie uchylali się od pracy.
— To rozpuszczona banda — powiedział Gajusz Filipus, obserwując dwóch khatrisherskich szeregowców, którzy wdali się w głośną kłótnię ze swoim oficerem. Wrzaskliwy pojedynek nie przeszkadzał jednak całej trójce w napełnianiu tarczy ziemią i odnoszeniu jej do wału, a potem znowu w kopaniu. Starszy centurion podrapał się po głowie.
— Nie rozumiem, jak oni w ogóle posuwają się z robotą, ale nawet im to wychodzi. Wartownicy Khatrishów nie dopuszczali małych chłopców do uwiązanych w szereg, drobnych lecz złośliwych koni. Skaurus nie był specjalnie uradowany obecnością kobiet i dzieci w obozie, co zresztą zawsze było jego zmartwieniem. Z pewnością znosił to lepiej niż Gajusz Filipus, ale nawet jemu wydawało się, że zbyt daleko odbiegali od rzymskich ideałów. Dwa lata temu, gdy legioniści maszerowali na zachód, przeciwko Yezda, nie wpuszczał kobiet do obozu. Ale po klęsce pod Mara-gha, bezpieczeństwo liczyło się bardziej niż rzymskie zwyczaje. A poza tym, łatwiej byłoby chyba zamienić ser na mleko, niż odebrać raz darowany przywilej.
Namiot trybuna stał przy głównej drodze, via principalis, iokładnie pośrodku obozu. Gdy Marek tam dotarł, jego przybrany syn, Makie, bawił się właśnie małą, prążkowaną jaszczurką, którą udało mu się wcześniej złapać. Najwyraźniej sprawiało mu to znacznie większą przyjemność niż jaszczurce.
— Cześć, tato — powiedział podnosząc wzrok.
Zwierzątko wymknęło się i zniknęło, nim chłopiec zdążył nim pomyśleć. Natychmiast wybuchnął płaczem i nie przestał, nawet gdy Marek podniósł go wysoko, w górę, i kręcił nim szybko.
— Ja chcę moją jaszczurkę!
Dosti, który spał dotąd spokojnie w namiocie, także zaczął głośno płakać, jak gdyby rozumiał go i współczuł. Helvis wyszła na zewnątrz, rozzłoszczona.
— Czego znowu pła…? — zaczęła i przerwała, zaskoczona obecnością trybuna. — Witaj, kochanie. Nie słyszałam, jak przyszedłeś. O co mu chodzi?
Marek opowiedział jej o całej tragedii.
— Chodź do mnie, syneczku — powiedziała, biorąc od niego Malrika. — Nie mogę ci dać jaszczurki. Chwała Phosowi… — dodała cicho.
Malrik i tak nic nie słyszał, bo aż zanosił się od płaczu. Helvis kusiła go:
— Nie wolałbyś cukierka ze śliwką, a może nawet dwu? Malrik zastanowił się nad tym głęboko. Rok temu, o czym dobrze wiedział Skaurus, wrzasnąłby „Nie!” i ryczałby dalej. Ale po kilku sekundach chłopiec powiedział:
— Dobra — i zakończył tę krótką kwestię czkawką.
— Dzielny chłopczyk — pochwaliła Helvis, wycierając mu twarz rąbkiem spódnicy. — Cukierki są w środku, chodź mną. — Westchnęła: — Potem zobaczymy, czy uda mi uciszyć Dostiego.
Malrik, znowu radosny, pognał do namiotu. Helvis i Ma podążyli za nim.
Marek nie woził ze sobą żadnych luksusowych sprzętów w czasie kampanii. Oprócz materaców, jedynymi meblami w namiocie były: łóżeczko Dostiego, składany stół i krzesło z drążków i płótna. Przenośny ołtarz Phosa, należący do Helvis, stał na trawie, tak jak i jej mały kuferek z drzewa sosnowego, w którym trzymała osobiste drobiazgi. Ciemniejszy kufer Skaurusa stał obok.
Helvis odszukała cukierki dla Malrika, a potem wzięła na ręce Dostiego i ukołysała go do snu, śpiewając cicho swym delikatnym, głębokim głosem.
— Nie było tak źle — powiedziała z ulgą, gdy ostrożnie włożyła dziecko do łóżeczka. Skaurus zapalił glinianą lampkę oliwną i zaznaczył trasę dziennego marszu na mapie konturowej, którą zawsze woził ze sobą.
Kiedy i Malrik poszedł już spać, Helvis powiedziała:
— Brat mówił mi, że dziś z tobą rozmawiał.
— Tak mówił? — odparł trybun, ale nie było to pytanie. Zapisał coś na mapie, najpierw po łacinie, a potem wolniej, po videssańsku. — Więc Soteryk podjechał potem do kobiet, tak?
— Tak. — Helvis obserwowała go z dziwną mieszaniną podniecenia, nadziei i lęku. — Powiedział, że powinnam ci przypomnieć o obietnicy, którą dałeś mi w Videssos zeszłego roku.
— Tak powiedział? — zapytał znowu Skaurus, nie mogąc ukryć grymasu, który wykrzywił mu twarz. Gdy oblężenie Videssos przez Gavrasa zdawało się zmierzać ku nieuchronnej klęsce, był już niemal gotów przyłączyć się do Namdalajczyków, porzucić Imperatora i wrócić do Księstwa. Tylko doskonałe posunięcie Zigabenosa, skierowane przeciw Ortaiasowi, powstrzymało go od tego kroku. Helvis, jak wiedział, była wtedy bardziej rozczarowana, niż gdy po nieoczekiwanym zwycięstwie Thorisina, Namdalajczycy i Rzymianie pozostali w służbie Imperium.
— Tak, tak właśnie powiedział — determinacja ściągnęła jej pełne usta, aż stały się tak wąskie i zawzięte jak usta Soteryka. — Byłam kobietą żołnierza i przed tobą, Marku. Wiedziałam, że nie mogłeś zrobić tego, co zaplanowałeś… — Skaurus znowu się skrzywił; to wcale nie był jego plan — …kiedy Thorisin odzyskał już tron. Zbyt często robimy to, co musimy, a nie co chcielibyśmy robić. Ale teraz znowu nadarza się szansa, lepsza jeszcze od poprzedniej!
— Co to za szansa?
Jej oczy zaiskrzyły się ze złości.
— Nie jesteś tępakiem, mój drogi i kiepsko takiego udajesz. Szansa na to, żeby znów należeć do siebie i nie wysługiwać się żadnemu heretyckiemu władcy. W dodatku, szansa na to, by zająć nowe ziemie, jak herosi-założyciele w pieśniach minstrelów.
Ona też to czuła — pomyślał trybun — namdalajską żądzę ziemi należącej do Videssos.
— Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo chcecie rozszarpać Imperium — powiedział. — Przyniosło spokój i bezpieczeństwo tylu ziemiom w tym świecie i to na tak wiele lat, że kreci mi się w głowie, gdy o tym pomyślę. To podłe, skakać mu na plecy, kiedy jest ranne, jak dziki kot na sarnę ze złamaną nogą. Powiedz mi, czy wy, wyspiarze, poradzilibyście sobie lepiej?
— Może nie — odparła i Skaurus musiał pochylić czoło przed jej szczerością. — Ale, na Wage-ra, zasługujemy chyba na szansę! Krew w żyłach Videssos zaczyna już stygnąć i tylko jego dyplomatyczne sztuczki powstrzymywały nas przez cały ten czas od odebrania tego, co do nas prawem należy.
— Jakim prawem?
Pochyliła się do przodu, podnosząc prawe ramię. Marek uniósł ręce, by zasłonić się przed uderzeniem, ale ona złapała za rękojeść jego miecza.
— Tym właśnie! — powiedziała z dziką gwałtownością.
— Tego samego argumentu używają Yezda.
Jej palce odsunęły się od broni, jakby nagle zaczęła parzyć. Marek szybko wsunął ją na miejsce. Nie życzył sobie, by ktokolwiek poza nim samym dotykał magicznego ostrza.
— A jak poradzilibyście sobie z nimi, tu, w tym waszym nowym Namdalen?
Oczami wyobraźni widział już nie kończące się drobne wojny podjazdowe — wyspiarze przeciwko Yezda, Videssańczycy przeciwko nomadom, dwóch na jednego, przymierza, zdrady, zasadzki, nagłe ataki — i niewinnych farmerów i mieszczan z ziem zachodnich, startych na proch pod żelaznymi kopytami przeciągających wciąż armii. Ten obraz budził w nim odrazę, ale wiedział, że Avshar śmiałby się z niego z zimną satysfakcją.
Powiedział o tym głośno i zauważył, że Helvis także się wzdrygnęła.
— A jeśli chodzi o twojego brata… tym, co czyni go śmiertelnie niebezpiecznym — kontynuował — jest fakt, że ma on wystarczająco dużo wyobraźni, by stać się bezwzględny, ale nie ma jej na tyle, by zrozumieć, do jakiej ruiny to doprowadzi. — Widząc jej wściekłość, szybko dodał: — Zresztą, wszystko to dzielenie skóry na nieupolowanym niedźwiedziu. To Utprand, a nie Soteric dowodzi Namdalajczykami.