Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Utprand? Mów o zimie, dobrze? Utprand je lód i oddycha mgłą. — Jej pogarda nieco osłabła, ale to nie umniejszyło celności obelgi. Skaurus uśmiechnął się, rozbawiony.
Helvis wciąż go obserwowała, jak ktoś, kto przygląda się zegarowi, który kiedyś działał, ale nagle przestał pracować.
— Powiedz mi jedną rzecz — zaczęła. — Jak to się dzieje, skoro tak bardzo kochasz Imperium — pogarda znów była w jej głosie — przyłączyłeś się jednak do Namdalen złego roku?
Marek przypomniał sobie nauczyciela — stoika, zniszczonego gruźlicą Greka, imieniem Ti-manor, który zawsze powtarzał charczącym głosem: „Jeśli to jest złe, chłopcze, nie rób tego; jeśli to nie jest prawdą, to tego nie powtarzaj”. W tej chwili żałował jednak, że nie ma pod ręką jakiegoś zręcznego kłamstewka.
W tej sytuacji pozostało mu tylko westchnąć i zastosować się do rady starego mistrza.
— Bo wtedy myślałem, że gdybym pozostał w Videssos, wojna miedzy Thorisinem i Ortaiasem byłaby jeszcze dłuższa gorsza, i że w ten sposób Imperium upadłoby całkowicie.
Nawet przy skąpym świetle lampki widział jak krew odpływa z twarzy Helvis.
— Bo Imperium by upadło? — wyszeptała, jakby te słowa należały do jakiegoś obcego języka. — Imperium? — jej głos rósł w siłę niczym fala. — Imperium? Ani słowa o mnie, ani słowa o dzieciach, tylko wszystko dla tego cholernego, dziurawego Imperium?
Już prawie krzyczała. Dosti i Malrik obudzili się i przestraszeni zaczęli płakać.
— Odejdź, wynoś się! — wrzeszczała na Skaurusa. — Nie mogę na ciebie patrzeć, ty podły intrygancie, ty kanalio bez serca!
— Wynosić się? To mój namiot — zauważył rozsądnie trybun, ale Helvis dawno już przestała myśleć logicznie.
— Wynoś się! — wrzasnęła znowu i tym razem naprawdę się na niego zamierzyła. Wyciągnął ręce, próbując się bronić i jej paznokcie rozharatały głęboko skórę na nadgarstku. Zaklął, złapał ją za ramiona, chcąc na chwilę zatrzymać tę furię, ale równie dobrze mógłby uspokajać lwicę. Odepchnął ją od siebie i wypadł z namiotu.
Idąc wzdłuż via principalis, napotkał spojrzenia kilku legionistów. To samo przydarzyło się niektórym z nich, ale oni nie musieli chronić godności dowódcy.
Gajusz Filipus rozmawiał z dwójką wartowników przy palisadzie.
— Myślałem, że poszedłeś spać — zdziwił się, ujrzawszy trybuna.
— Awantura.
— Właśnie widzę — starszy centurion gwizdnął cicho, przyglądając się głębokim zadrapaniom na ręce Marka.
— Jeśli chcesz, możesz dzisiaj spać u mnie.
— Dzięki. Później. — Skaurus był zbyt rozstrojony kłótnią, by myśleć teraz o śnie.
— Mam nadzieję, że ją uciszyłeś?
Trybun wiedział, że jego zastępca próbował okazać mu współczucie, ale proste rozwiązania weterana były tu bezużyteczne.
— Nie — odparł. — Byłem temu nie mniej winny niż ona.
Gajusz Filipus prychnął tylko, nie dowierzając, ale Skaurus poczuł gorzką prawdę własnych słów. Odszedł, by pospacerować dokoła obozu. Dobrze wiedział, że jego poprzednie działania pozwoliły Helvis — aż nią i Soterykowi — wierzyć w to, że w razie potrzeby weźmie stronę wyspiarzy w walce przeciw Imperium. Gdyby jednak mówił wtedy co innego, do kłótni doszłoby już wcześniej, a poza tym miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał stanąć przed takim dylematem.
Teraz miał zarówno kłótnię, jak i dylemat do rozwiązania, a jego kłamstwo pogorszyło tylko sytuację. Roześmiał się ponuro. Ostatecznie stary Timanor okazał się wcale niegłupi.
— Chrapiesz — oskarżył trybun Gajusza Filipusa następnego ranka.
— Tak? — weteran wgryzł się w cebulę. — No cóż, a komu może to przeszkadzać?
Skaurus przymrużonymi z niewyspania oczyma obserwował jak legioniści zwijają obóz, przyglądał się ich kobietom, plotkującym między sobą i wracającym na swoje miejsce pośrodku maszerującej kolumny. Helvis już tam była. Jego namiot wydawał się dziwnie pusty, gdy poszedł go złożyć. Zastanawiał się, czy Helvis wróci do niego, czy też wybierze towarzystwo Soterica i jego ludzi.
Dobrze było zapomnieć o takich zmartwieniach, gdy żołnierze ustawili się w końcu do wymarszu. Proste pytania wymagały prostych odpowiedzi; manipuł Blesusa powinien maszerować przed Vaspurakanerami Bagratouni, a nie za nimi; ta droga wygląda na lepszą od tamtej; Kwintus Eprius nie dostanie trzydniowego żołdu za oszukiwanie przy grze w kości.
Khamorthcki zwiadowca podjechał wzdłuż maszerujących legionistów do Mertikesa Zigabeno-sa. Jego Videssańczycy zajmowali tylną część kolumny. Za kilka minut pojawił się następny Kha-morth. Zaintrygowany Marek zawołał jednego z nich do siebie podejrzewając, że coś się święci. Nomada zignorował jego okrzyk.
— Bękart — powiedział Gajusz Filipus.
— I tak się dowiemy, gdy będzie trzeba.
— Wiem — odparł posępnie starszy centurion. Niecałą godzinę później zszedł na brzeg kolumny i zawołał:
— Hej! Nie przypominam sobie, żebyśmy to mijali ostatnim razem w drodze do Garsavry. — Z każdym krokiem twarz weterana stawała się coraz bardziej pochmurna. — To jest cholerna, kurew-ska forteca, dokładnie tak.
Zamek stał na głównej drodze na południe. Jeżeli armia Imperium miała się posuwać dalej, musiała sobie z nim poradzić. Gdy legioniści zbliżali się do fortecy, Skaurus dojrzał namdalajskich obrońców biegających przy palisadzie i innych na szczycie wieży, wewnątrz umocnień. Choć odległość pochłaniała niemal wszystkie dźwięki, trybun słyszał okrzyki wyspiarzy.
Przyglądając się z bliska, łatwo można było zrozumieć, jak ludzie Draxa potrafili tak szybko zbudować te umocnienia. Rów, który je otaczał, wyglądał jak wielka rana w morzu zieleni. Ludzie Księstwa uklepali część wykopanej ziemi, tworząc z niej wał obronny, okalający sporych rozmiarów palisadę. Przynajmniej w tym — pomyślał trybun — forteca podobna była do rzymskiego obozu, choć tutaj rów był o wiele szerszy i głębszy, a palisada wyższa od człowieka.
Wewnątrz umocnień Namdalajczycy usypali z pozostałej ziemi wysoki kopiec. Na tym kopcu wzniesiono drewnianą wieżę, a robiono to w takim pośpiechu, że większość tworzących ją pni drzew wciąż jeszcze miała na sobie korę. Łucznicy, strzelający ze szczytu wieży, mogli kontrolować całe przedpole. Próbowali już zresztą strzelać do khatrisherskich i khamorthckich jeźdźców. Nomadzi odpowiadali im tym samym, ale nawet ich silne łuki nie mogły donieść tak daleko. Zigabenos zarządził szybką naradę wojenną.
— Musimy się zatrzymać i wyciągnąć ich stąd, jeśli tego właśnie chcą — oznajmił. — Nie możemy zostawić kilkuset uzbrojonych wojowników na naszych tyłach, a wolałbym nie rozbijać moich sił tylko po to, by kontrolować to miejsce. Phos jeden wie, ile jeszcze takich szczurzych dziur znajdziemy po drodze.
— Ale wzięcie ich głodem trwałoby całe wieki, a na Wagera, nie mam ochoty zdobywać tego szturmem — powiedział Soteryk. Wydawał się tak dumny z fortecy, którą zbudowali jego ziomkowie pod wodzą Draxa, że nawet Utprand spojrzał na niego ze złością.
Zigabenos zachował jednak spokój.
— Są pewne sposoby — powiedział.
— Jasne, że tak — roześmiał się Gajusz Filipus, rozumiejąc go doskonale. Odwrócił się do Soteryka. — Ta twoja zabawka — ruchem głowy wskazał na zamek — to cudowna broń przeciwko górskim rozbójnikom albo barbarzyńcom jak Yezda. Ale ci chłopcy, w środku, są głupcami jeśli myślą, że utrzymają się walcząc z profesjonalistami.