Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Podziękowałem im za życzliwość i odrzuciłem propozycję wypożyczenia wózka inwalidzkiego. Miałem szczęście, bo właśnie zepsuła się winda.
Pokuśtykałem do autobusu i pojechałem do domu.
Moje mieszkanie znajdowało się w tym samym miejscu, w którym je zostawiłem, wydawało mi się tylko mniejsze niż wcześniej. Na automatycznej sekretarce nie nagrano żadnych wiadomości, lodówka była pusta, pomijając ćwierć litra jogurtu naturalnego i łodygę selera, którą odziedziczyłem po poprzednich lokatorach.
Zgodnie z zapowiedziami lekarzy czułem ból w klatce piersiowej, więc szybko położyłem się na sofie i zacząłem oglądać wyścigi konne w Doncaster z dużą szklanką Jestem Pewien, Że Gdzieś Już Widziałem Tę Kuropatwę.
Musiałem na chwilę przysnąć. Obudził mnie telefon. Szybko wstałem, wydając stłumiony okrzyk z bólu i sięgnąłem po butelkę whisky. Pusta. Czułem się naprawdę paskudnie. Spojrzałem na zegarek i podniosłem słuchawkę. Dziesięć po ósmej albo za dwadzieścia druga. Nie mogłem się zorientować.
— Pan Lang?
Mężczyzna. Amerykanin. Trzask, warkot. Daj spokój, znam ten numer.
— Tak.
— Pan Thomas Lang?
Załapałem. Tak, Mike, rozpoznam ten głos w pięć sekund. Potrząsnąłem głową, starając się dobudzić. Zadzwoniło mi w uszach.
— Jak się pan miewa, panie Woolf? — zapytałem.
Cisza po drugiej stronie linii. Po chwili:
— Z tego, co wiem, to znacznie lepiej od pana.
— Bez przesady — rzuciłem.
— Czyżby?
— Zawsze bałem się, że nie będę miał co opowiadać wnukom. Opowieści o kontaktach z rodziną Woolfów powinny mi wystarczyć na pierwszych piętnaście lat ich życia.
Odniosłem wrażenie, że się zaśmiał, ale może po prostu wystąpiły jakieś zakłócenia na linii. A może ktoś z ekipy ONeala wywrócił sprzęt do podsłuchu.
— Niech pan posłucha, Lang — powiedział Woolf. — Chciałbym się z panem spotkać.
— Oczywiście, że pan chce, panie Woolf. Pomyślmy. Tym razem zaoferuje mi pan pieniądze za to, żebym — niepostrzeżenie przeprowadził na panu zabieg wazektomii? Zgadłem?
— Chciałbym wszystko wytłumaczyć, jeżeli nie ma pan nic przeciwko. Lubi pan włoską kuchnię?
Przypomniał mi się seler i jogurt i zdałem sobie sprawę, że istotnie mam wielką ochotę na włoską kuchnię. Był jednak pewien problem.
— Panie Woolf, zanim poda pan nazwę miejsca, proszę się przygotować na to, że być może będzie pan musiał zarezerwować stolik dla dziesięciu osób. Mam przeczucie, że możemy rozmawiać przez telefon towarzyski.
— Nie ma problemu — zaśmiał się. — Obok telefonu znajdzie pan przewodnik turystyczny.
Spojrzałem na stolik i zobaczyłem, że istotnie leży na nim książeczka w miękkiej czerwonej oprawie. Ewan's Guide to London. Przewodnik wyglądał na nowy i z całą pewnością to nie ja go kupiłem.
— Proszę słuchać uważnie — kontynuował Woolf. — Niech pan otworzy go na stronie dwudziestej szóstej. Pozycja numer pięć. Do zobaczenia za pół godziny.
Usłyszałem w słuchawce odgłosy jakiegoś zamieszania i przez chwilę sądziłem, że się rozłączy, ale odezwał się ponownie.
— Lang?
— Słucham?
— Niech pan nie zostawia przewodnika w mieszkaniu.
Westchnąłem głęboko.
— Panie Woolf — powiedziałem ze znużeniem. — Być może jestem głupi, ale nie aż tak.
— Taką właśnie miałem nadzieję.
Rozłączył się.
Pod numerem piątym na stronie dwudziestej szóstej obszernego przewodnika po tym, jak przepuścić masę kasy w Wielkim Londynie, autorstwa niejakiego Ewana, znajdował się wpis: „Giare, 216 Roseland, WC2, k. włoska, 60/os. , klimatyzacja, Visa, Mastercard, American Experess”, po którym następowały trzy zestawy skrzyżowanych sztućców. Pobieżny przegląd przewodnika powiedział mi, że Ewan nie szafował motywem z trzema kompletami sztućców, więc przynajmniej mogłem liczyć na przyzwoitą kolację.
Następnym problemem było dotarcie na miejsce bez holowania za sobą tuzina urzędników służby cywilnej w brązowych płaszczach. Nie mogłem mieć pewności, że Woolfowi uda się ta sama sztuka, ale ponieważ zadał sobie trud przygotowania sztuczki z przewodnikiem — która, muszę przyznać, przypadła mi do gustu — musiał mieć pewność, że może się swobodnie przemieszczać, nie zwracając uwagi obcych mężczyzn.
Wyszedłem z mieszkania i podszedłem do drzwi wyjściowych budynku. Mój kask spoczywał na liczniku gazu, towarzyszyła mu para przetartych skórzanych rękawiczek, Otworzyłem drzwi frontowe i wystawiłem głowę na ulicę. Nic dostrzegłem żadnej postaci w filcowym kapeluszu, która wyprostowałaby się pod latarnią i rzuciła na ziemię pnpierosa bez filtra. Ale z drugiej strony, tak naprawdę nie spodziewałem się zobaczyć nikogo takiego.
Po lewej stronie w odległości pięćdziesięciu metrów zobaczyłem zieloną furgonetkę z gumową anteną wystająca z dachu, a po prawej na drugim końcu ulicy namiot robotników drogowych w czerwono-białe prążki. Obecność obu mogła być zupełnie przypadkowa.
Wsunąłem się z powrotem do środka, założyłem kask i rękawiczki i wygrzebałem klucze z kieszeni. Ostrożnie otworzyłem znajdującą się na drzwiach frontowych skrzynkę na listy, wsunąłem w otwór pilota zdalnie sterującego alarmem w motocyklu i nacisnąłem przycisk. Kiedy mój kawasaki wydał z siebie pojedyncze bipnięcie, aby poinformować, że alarm został wyłączony, otworzyłem szeroko drzwi i ruszyłem ulicą biegiem z maksymalną prędkością, na jaką pozwalała mi zraniona pacha.
Motor zapalił za pierwszym razem, jak to zwykle bywa w przypadku japońskich motocykli, otworzyłem ssanie do połowy, wrzuciłem pierwszy bieg i zluzowałem sprzęgło. Wsiadłem też na niego, jeżeli zastanawialiście się, czy o tym pamiętałem. Mijając ciemnozieloną furgonetkę, musiałem już pędzić z prędkością ponad sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Uśmiechnąłem się na myśl, że tłum przeklinających mężczyzn w anorakach obijał sobie właśnie łokcie o różne przedmioty. Kiedy dojechałem do końca ulicy, dostrzegłem w lusterku światła ruszającego za mną samochodu. Był to rover.
Skręciłem w lewo na Bayswater Road z prędkością niewiele niższą od dozwolonej. Zatrzymałem się na światłach, które przez te wszystkie lata, kiedy do nich podjeżdżałem, jeszcze nigdy nie paliły się na zielono. Zupełnie się tym nie przejmowałem. Przez chwilę poprawiałem rękawiczki i osłonę kasku, aż wyczułem dotaczającego się do mnie lewym pasem rovera. Zerknąłem w bok na wąsatą twarz za kierownicą. Miałem ochotę powiedzieć jej, żeby pojechała do domu, bo za chwilę znajdzie się w krępującej sytuacji.
Zapaliło się żółte światło, a ja zdjąłem całkowicie ssanie zwiększyłem obroty do około pięciu tysięcy i przeniosłem ciężar ciała do przodu nad zbiornik paliwa, aby przycisnąć przednie koło do ziemi. Zwolniłem sprzęgło w chwili, gdy światło zmieniło się na zielone i poczułem, jak gigantyczne tylne koło mojego kawasaki rzuca się wściekle na boki niczym ogon dinozaura, aż wreszcie znajduje odpowiednią przyczepność, aby wystrzelić mnie do przodu.
Dwie i pół sekundy później miałem już na liczniku setkę, a kolejne dwie i pół sekundy później światła latarni zlały się w jedno, a ja zapomniałem, jak wyglądał kierowca rovera.
Giare okazało się zaskakująco sympatycznym lokalem z białymi ścianami i rozbrzmiewającą echem podłogą z płytek ceramicznych, która każdy szept zamieniała w okrzyk, a każdy uśmiech w potępieńczy wybuch gromkiego śmiechu.