Muzyka duszy [Soul Music - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-036-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:
Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
— Dobra — zgodził się troll. — Raz, dwa… raz, dwa, dużo, mnóstwo.
Pierwsze jabłko poleciało siedem sekund później. Zostało przechwycone przez Buoga, który nie zgubił ani jednej nuty. Ale pierwszy banan zatoczył zdradziecko łuk i trafił go w ucho.
— Grać dalej! — syknął Buog.
Imp posłuchał, starając się odskakiwać przed całą kanonadą pomarańczy.
Małpa w pierwszym rzędzie otworzyła torbę i wyjęła bardzo duży melon.
— Widzicie jakieś gruszki? — spytał Buog, nabierając tchu. — Lubię gruszki.
— Widzę człowieka z toporem!
— Wygląda na cenny?
Strzała zadrżała w ścianie obok głowy Liasa.
Była trzecia nad ranem. Sierżant Colon i kapral Nobbs dochodzili właśnie do wniosku, że ktokolwiek zamierza dokonać inwazji na Ankh-Morpork, prawdopodobnie nie zrobi tego dzisiejszej nocy. A na komisariacie w kominku grzał przyjemnie ogień.
— Możemy zostawić wiadomość — zaproponował Nobby, chuchając na palce. — Proszę zajrzeć jutro czy coś w tym rodzaju.
Podniósł głowę. Samotny koń przechodził pod łukiem bramy. Biały koń z posępnym jeźdźcem w czerni.
Nie było mowy o klasycznym „Stój! Kto idzie?”. Nocna straż patrolowała ulice w niezwykłych porach i przyzwyczaiła się do widzenia rzeczy zwykle niewidzialnych dla śmiertelników.
Sierżant Colon z szacunkiem dotknął hełmu.
— Dobry wieczór, wasza miłość.
— Tego… DOBRYWIECZÓR.
Strażnicy obserwowali, jak koń znika za zakrętem.
— Jakiś biedak wyciągnie dziś kopyta — stwierdził Colon.
— Ale jest obowiązkowy, trzeba przyznać — zauważył Nobby. — Zawsze na posterunku, niezależnie od pory. Zawsze ma czas dla ludzi.
— Fakt.
Wpatrywali się w aksamitną ciemność. Coś tu nie jest całkiem w porządku, uświadomił sobie nagle Colon.
— Jak mu na imię? — zainteresował się Nobby.
Popatrzyli jeszcze przez chwilę. Potem sierżant Colon, który wciąż nie potrafił ustalić, co mu się właściwie nie zgadzało, zapytał:
— Co masz na myśli, pytając, jak mu na imię?
— To, jak mu na imię.
— Przecież to Śmierć! — Colon zdziwił się trochę. — Śmierć. To jego pełne imię i nazwisko. Znaczy… Co to ma znaczyć? Znaczy, coś w stylu… Keith Śmierć?
— A dlaczego nie?
— On jest po prostu Śmiercią. Nie rozumiesz?
— Nie, to tylko jego stanowisko. Jak zwracają się do niego kumple? — Co to znaczy: kumple?
— No dobra. Niech ci będzie.
— Wracajmy, napijemy się grzanego rumu.
— Moim zdaniem wygląda na Leonarda.
Sierżant Colon przypomniał sobie głos. O to chodzi! Przez jedną krótką chwilę…
— Chyba się starzeję — mruknął. — Przez moment zdawało mi się, że mówi jak jakaś Susan.
— Chyba mnie widzieli — szepnęła Susan, gdy koń skręcił za róg.
Śmierć Szczurów wysunął głowę z jej kieszeni.
PIP.
— Myślę, że będziemy potrzebowali kruka — stwierdziła Susan. — Bo wiesz, ja… Wydaje mi się, że cię rozumiem, tyle że po prostu nie mam pojęcia, co mówisz…
Pimpuś zatrzymał się przed dużym domem stojącym w pewnej odległości od ulicy. Była to dość pretensjonalna rezydencja, mająca więcej zwieńczeń i zdobionych okien, niż mieć powinna. Dawało to wyraźną wskazówkę co do jej pochodzenia: takie domy budowali dla siebie bogaci kupcy, kiedy postanawiali zostać szacownymi obywatelami i musieli coś zrobić z łupem.
— Wcale mi się to nie podoba — stwierdziła Susan. — Nic z tego nie wyjdzie. Jestem człowiekiem. Muszę chodzić do toalety i różne takie. Nie mogę tak zwyczajnie wchodzić do domów i zabijać ludzi!
PIP.
— No dobrze, nie zabijać. Ale to nie wypada, jakkolwiek by na to patrzeć.
Tabliczka na drzwiach informowała: „Dostawcy tylnym wejściem”.
— Czy mnie można uznać za…
PIP!
Normalnie Susan nawet by nie pomyślała o zapytaniu. Zawsze uważała się za osobę, która wchodzi frontowymi drzwiami życia.
Śmierć Szczurów pobiegł dróżką i przez drzwi.
— Zaczekaj! Nie dam rady…
Susan przyjrzała się drzwiom. Da radę. Oczywiście, że da. Kolejne wspomnienia krystalizowały się przed jej oczami. W końcu to tylko drewno. Spróchnieje i zgnije w ciągu kilkuset lat. W porównaniu z wiecznością prawie w ogóle nie istnieje. Przeciętnie licząc, wobec długości życia wszechświata większość rzeczy prawie nie istniała. Postąpiła o krok naprzód. Ciężkie dębowe drzwi stawiały taki opór jak cień.
Zrozpaczeni krewni zebrali się wokół łoża, gdzie — niemal całkiem zagubiony wśród poduszek — leżał pomarszczony starzec. U stóp łoża, nie zwracając najmniejszej uwagi na ogólne plącze, leżał wielki, bardzo gruby rudy kot.
PIP.
Susan zerknęła na klepsydrę. Ostatnie kilka ziaren zsunęło się przez szyjkę.
Śmierć Szczurów z demonstracyjną ostrożnością przekradł się za śpiącego kota i kopnął go z całej siły. Zwierzak obudził się, obejrzał, ze zgrozą położył uszy i zeskoczył z posłania.
Śmierć Szczurów parsknął tylko:
SNH, SNH, SNH.
Jeden z żałobników, mężczyzna o chudej twarzy, uniósł głowę. Potem przyjrzał się śpiącemu.
— Po wszystkim — stwierdził. — Nie żyje.
— Myślałam już, że będziemy tu siedzieć cały dzień — mruknęła kobieta obok niego i wstała. — Widzieliście, jak ten przeklęty kot podskoczył? Mówię wam, zwierzęta wyczuwają takie rzeczy. Mają szósty zmysł.
SNH, SNH, SNH.
— No, chodźże już. Wiem, że tu jesteś — odezwał się starzec. Susan słyszała o duchach. Ale nie spodziewała się, że właśnie tak wyglądają. W jej wyobrażeniu były zaledwie bladymi szkicami w powietrzu, w przeciwieństwie do siedzącego w pościeli starca. Wydawał się całkiem materialny, tyle że oblewało go błękitne światło.
— Sto siedem lat, ot co. — Zachichotał. — Przypuszczam, że trochę się już niepokoiłeś, co? Gdzie jesteś?
— Ehm… TUTAJ — odparła Susan.
— Kobieta? — zdziwił się starzec. — No, no…
Zsunął się z łóżka, powiewając widmową koszulą. Nagle coś szarpnęło go z powrotem, jakby dotarł do końca łańcucha. Co zresztą okazało się mniej więcej prawdą: cienka linia błękitnego światła wciąż łączyła go z niedawnym miejscem zamieszkania.
Śmierć Szczurów podskakiwał na poduszce i ponaglał ją znaczącymi machnięciami kosy.
— Och, przepraszam. — Susan ocknęła się i cięła kosą. Błękitna linia pękła z wysokim, krystalicznym brzękiem.
Wokół nich, a czasami przechodząc przez nich, tłoczyli się żałobnicy. Ich rozpacz zresztą zniknęła, gdy tylko starzec umarł. Mężczyzna o wychudłej twarzy szukał czegoś pod materacem.
— Spójrz na nich — rzucił złośliwie starzec. — Biedny dziadunio, chlip, chlip, jakże go nam brakuje, nie ma już wielu takich jak on, gdzie ten stary drań schował testament? To mój najmłodszy syn, ten chudy. O ile kartkę na każdą Noc Strzeżenia Wiedźm można nazwać synem. Widzisz jego żonę? Ma uśmiech jak fala w wiadrze z pomyjami. A i tak nie jest jeszcze najgorsza. Krewni? Możecie ich sobie zabrać. Trzymałem się życia wyłącznie ze złośliwości.
Dwie osoby zaglądały pod łóżko. Rozległ się zabawny brzęk porcelany. Starzec chodził za nimi i parodiował ich gesty.