Muzyka duszy [Soul Music - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-036-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:
Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
— Spokojnie. Grzeczny chłopak. Przyjrzała się Susan z namysłem.
— Nie jesteś sopranem? — zapytała.
— Słucham?
— Czy w ogóle umiesz śpiewać, moje dziewczę? Przydałby się nam jeden sopran. Ostatnio mamy prawie same mezzosoprany.
— Przykro mi, nie jestem szczególnie muzykalna.
— Mniejsza z tym. Tak tylko pomyślałam. Muszę lecieć. — Odchyliła głowę. Jej potężny napierśnik zafalował. — Hej-jo, hej-jo! Hej!
Koń stanął dęba i pocwałował w niebo. Zanim dotarł do chmur, zmalał do błyszczącego punktu i zgasł.
— Co to było? — zdziwiła się Susan.
Zatrzepotały pióra. Kruk wylądował na głowie niedawno padłego Volfa.
— No wiesz, ci faceci wierzą, że jeśli zginiesz w bitwie, to taka wielka, gruba, śpiewająca rogata baba przenosi cię do jakiejś gigantycznej sali bankietowej, gdzie możesz objadać się do nieprzytomności przez całą wieczność — wyjaśnił. — Bardzo głupi pomysł, powiem szczerze.
— Przecież to właśnie się stało!
— Ale pomysł i tak jest głupi. — Kruk rozejrzał się po polu bitwy, pustym już, jeśli nie liczyć zabitych i stad jego ziomków, kruków. — Co za strata — westchnął. — Popatrz tylko. Co za okropne marnotrawstwo.
— Tak jest!
— Znaczy, już prawie pękam, a zostały jeszcze setki całkiem nietkniętych. Sprawdzę chyba, czy da się zabrać trochę do domu.
— To przecież martwe ciała!
— No właśnie!
— Czym ty się żywisz?
— Dobrze już, dobrze… — Kruk cofnął się trochę. — Wystarczy dla wszystkich.
— Obrzydliwe!
— Przecież nie ja ich pozabijałem. Susan zrezygnowała.
— Wyglądała całkiem jak Żelazna Lilia — stwierdziła, kiedy wracali do czekającego cierpliwie rumaka. — Nasza pani od gimnastyki. I całkiem podobnie mówiła.
Wyobraziła sobie rozśpiewane Walkirie, pędzące po niebie. „Bierzcie się za tych wojowników, bando omdlatych płatków!…”
— Konwergencja ewolucyjna — uznał kruk. — Często się zdarza. Czytałem gdzieś, że podobno oko pospolitej ośmiornicy niczym się nie różni od ludzkiej gałki ócz… Kra!
— Miałeś zamiar powiedzieć coś w stylu: jeśli nie liczyć smaku, prawda?
— Ani my to szes myśl e szeszło — zapewnił niewyraźnie kruk.
— Na pewno?
— Moesz pusić oj zióp? Osze! Susan zwolniła uchwyt.
— To okropne — orzekła. — I on się tym zajmował? Bez żadnego wyboru?
PIP.
— A jeśli nie zasłużyli na to, by zginąć? PIP.
Śmierć Szczurów zdołał całkiem skutecznie zasugerować, że w takim przypadku mogą się zwrócić do wszechświata i poskarżyć, że nie zasługiwali na to, by zginąć. Wtedy wszechświat zapewne powie: Och, nie zasługiwaliście? No to przepraszam, możecie żyć dalej. Był to wyjątkowo zwięzły gest.
— Czyli… mój dziadek był Śmiercią i pozwalał, żeby sprawy natury biegły swoim trybem? Kiedy mógł dokonać czegoś dobrego? To… to głupie!
Śmierć Szczurów pokręcił czaszką.
— Na przykład ten Volf… Walczył po słusznej stronie?
— Trudno powiedzieć — odparł kruk. — Był Yasungiem. Ci drudzy to Bergundowie. Wszystko zaczęło się chyba od tego, że któryś Bergund paręset lat temu porwał kobietę Yasungów. A może odwrotnie. W każdym razie ci drudzy napadli na wioskę tych pierwszych. Nastąpiła drobna masakra. A potem tamci wyruszyli na wioskę tych i dokonali kolejnej masakry. Potem, można powiedzieć, pozostało uczucie pewnej niechęci.
— No dobrze — przerwała mu Susan. — Kto następny? PIP.
Śmierć Szczurów wylądował na siodle. Pochylił się i z niejakim wysiłkiem wyciągnął z juków następną klepsydrę. Susan sprawdziła etykietę.
Napis brzmiał: Imp y Celyn.
Miała uczucie, że pada na plecy.
— Znam to imię… — szepnęła.
PIP.
— Ja… skądś je pamiętam. Jest ważne. On… on jest ważny.
Księżyc wisiał nad klatchiańską pustynią niczym wielka kula skał.
Nie była to jakaś wyjątkowa pustynia i chyba nie zasługiwała na tak imponujący księżyc. Stanowiła element pasa pustyń, coraz bardziej suchych i gorących, otaczających Wielki Nef i Odwodniony Ocean. Nikt nie poświęcałby jej uwagi, gdyby nie zjawili się ludzie całkiem podobni do pana Clete’a z Gildii Muzykantów. Ludzie ci wykreślili mapy, a przez tę akurat część pustyni narysowali niewinną kropkowaną linię, oznaczającą granicę między Klatchem a Mersbatem.
Do tej chwili D’regowie, zbieranina radośnie wojowniczych plemion koczowników, wędrowała przez pustynię zupełnie swobodnie. Teraz pojawili się klatchiańscy D’regowie i czasem mersbatańscy D’regowie, ze wszystkimi prawami przysługującymi obywatelom tych krajów. W szczególności było to prawo do płacenia tak wysokich podatków, jakie tylko uda się z nich wycisnąć, i wcielania do armii, by walczyć przeciwko ludom, o których w życiu nie słyszeli. Skutkiem więc owej kropkowanej linii było, że Klatch znajdował się bezustannie w stanie wojny z Mersbatem i D’regami, Mersbat w stanie wojny z D’regami i Klatchem, a D’regowie w stanie wojny ze wszystkimi, w tym ze sobą nawzajem. Mieli z tego wiele radości, ponieważ w mowie D’regów słowo „obcy” brzmi tak samo jak „cel”.
Fort był jednym z dziedzictw kropkowanej linii.
Teraz przypominał ciemny prostokąt na gorącym srebrzystym piasku. Dobiegały stamtąd dźwięki akordeonu, które śmiało można nazwać smętnymi — ktoś bowiem usiłował zagrać melodię, ale po kilku taktach napotykał nieprzezwyciężone trudności i zaczynał od początku.
Rozległo się stukanie do bramy.
Po chwili coś zgrzytnęło wewnątrz i otworzyło się małe okienko.
— Słycham, offendi?
CZY TO KLATCHIAŃSKĄ LEGIA CUDZOZIEMSKA? Twarz niewysokiego człowieczka za bramą przybrała tępy wyraz.
— Ha — powiedział. — Tu mnie złapałeś. Zaczekaj chwilę. — Okienko się zatrzasnęło. Zza bramy dobiegły odgłosy prowadzonej szeptem dyskusji. Okienko się otworzyło. — Tak. Okazuje się, że jesteśmy tym, no… co to było? Jasne, już pamiętam… Klatchiańską Legią Cudzoziemską. Tak. Czego chciałeś, offendi?
CHCĘ SIĘ ZACIĄGNĄĆ.
— Zaciągnąć? Gdzie?
DO KLATCHIAŃSKIEJ LEGII CUDZOZIEMSKIEJ.
— A gdzie to?
Znowu zabrzmiały szepty.
— Aha. W porządku. Przepraszam. Zgadza się. To my. Brama się uchyliła. Przybysz wkroczył do fortu. Legionista z insygniami kaprala na ramieniu wyszedł mu na spotkanie.
— Musisz się zameldować… — Oczy zaszkliły mu się lekko. — No wiesz… potężny facet, trzy paski… jeszcze przed chwilą miałem to na końcu języka…
SIERŻANT?
— Tak — potwierdził kapral z wyraźną ulgą.
— Jak się nazywasz, żołnierzu?
EEE…
— Właściwie nie musisz mówić. Na tym to właśnie polega w tym… no…
KLATCHIAŃSKIEJ LEGII CUDZOZIEMSKIEJ?
— Właśnie. Ludzie zaciągają się, żeby ten… no, z umysłem, wiesz, kiedy nie możesz… te rzeczy, które się wydarzyły…
ZAPOMNIEĆ?
— Otóż to. Jestem… — Szukał w pamięci. — Zaczekaj chwilę, dobrze?
Spojrzał na swój rękaw.
— Kapral…
Zawahał się, wyraźnie zaniepokojony. Nagle wpadł na jakiś pomysł, pociągnął za kołnierz kurtki i wykręcił głowę, by popatrzeć z ukosa na odsłoniętą w ten sposób naszywkę.
— Kapral… Średni? Jak to brzmi?