Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Muzyka duszy [Soul Music - pl]
Muzyka duszy [Soul Music - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Muzyka duszy [Soul Music - pl]

Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:

Inne dzieci dostawały w prezencie cymbałki. Susan musiała tylko prosić dziadka, żeby zdjął kamizelkę…

Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 79
Перейти на страницу:

— Spokojnie. Grzeczny chłopak. Przyjrzała się Susan z namysłem.

— Nie jesteś sopranem? — zapytała.

— Słucham?

— Czy w ogóle umiesz śpiewać, moje dziewczę? Przydałby się nam jeden sopran. Ostatnio mamy prawie same mezzosoprany.

— Przykro mi, nie jestem szczególnie muzykalna.

— Mniejsza z tym. Tak tylko pomyślałam. Muszę lecieć. — Odchyliła głowę. Jej potężny napierśnik zafalował. — Hej-jo, hej-jo! Hej!

Koń stanął dęba i pocwałował w niebo. Zanim dotarł do chmur, zmalał do błyszczącego punktu i zgasł.

— Co to było? — zdziwiła się Susan.

Zatrzepotały pióra. Kruk wylądował na głowie niedawno padłego Volfa.

— No wiesz, ci faceci wierzą, że jeśli zginiesz w bitwie, to taka wielka, gruba, śpiewająca rogata baba przenosi cię do jakiejś gigantycznej sali bankietowej, gdzie możesz objadać się do nieprzytomności przez całą wieczność — wyjaśnił. — Bardzo głupi pomysł, powiem szczerze.

— Przecież to właśnie się stało!

— Ale pomysł i tak jest głupi. — Kruk rozejrzał się po polu bitwy, pustym już, jeśli nie liczyć zabitych i stad jego ziomków, kruków. — Co za strata — westchnął. — Popatrz tylko. Co za okropne marnotrawstwo.

— Tak jest!

— Znaczy, już prawie pękam, a zostały jeszcze setki całkiem nietkniętych. Sprawdzę chyba, czy da się zabrać trochę do domu.

— To przecież martwe ciała!

— No właśnie!

— Czym ty się żywisz?

— Dobrze już, dobrze… — Kruk cofnął się trochę. — Wystarczy dla wszystkich.

— Obrzydliwe!

— Przecież nie ja ich pozabijałem. Susan zrezygnowała.

— Wyglądała całkiem jak Żelazna Lilia — stwierdziła, kiedy wracali do czekającego cierpliwie rumaka. — Nasza pani od gimnastyki. I całkiem podobnie mówiła.

Wyobraziła sobie rozśpiewane Walkirie, pędzące po niebie. „Bierzcie się za tych wojowników, bando omdlatych płatków!…”

— Konwergencja ewolucyjna — uznał kruk. — Często się zdarza. Czytałem gdzieś, że podobno oko pospolitej ośmiornicy niczym się nie różni od ludzkiej gałki ócz… Kra!

— Miałeś zamiar powiedzieć coś w stylu: jeśli nie liczyć smaku, prawda?

— Ani my to szes myśl e szeszło — zapewnił niewyraźnie kruk.

— Na pewno?

— Moesz pusić oj zióp? Osze! Susan zwolniła uchwyt.

— To okropne — orzekła. — I on się tym zajmował? Bez żadnego wyboru?

PIP.

— A jeśli nie zasłużyli na to, by zginąć? PIP.

Śmierć Szczurów zdołał całkiem skutecznie zasugerować, że w takim przypadku mogą się zwrócić do wszechświata i poskarżyć, że nie zasługiwali na to, by zginąć. Wtedy wszechświat zapewne powie: Och, nie zasługiwaliście? No to przepraszam, możecie żyć dalej. Był to wyjątkowo zwięzły gest.

— Czyli… mój dziadek był Śmiercią i pozwalał, żeby sprawy natury biegły swoim trybem? Kiedy mógł dokonać czegoś dobrego? To… to głupie!

Śmierć Szczurów pokręcił czaszką.

— Na przykład ten Volf… Walczył po słusznej stronie?

— Trudno powiedzieć — odparł kruk. — Był Yasungiem. Ci drudzy to Bergundowie. Wszystko zaczęło się chyba od tego, że któryś Bergund paręset lat temu porwał kobietę Yasungów. A może odwrotnie. W każdym razie ci drudzy napadli na wioskę tych pierwszych. Nastąpiła drobna masakra. A potem tamci wyruszyli na wioskę tych i dokonali kolejnej masakry. Potem, można powiedzieć, pozostało uczucie pewnej niechęci.

— No dobrze — przerwała mu Susan. — Kto następny? PIP.

Śmierć Szczurów wylądował na siodle. Pochylił się i z niejakim wysiłkiem wyciągnął z juków następną klepsydrę. Susan sprawdziła etykietę.

Napis brzmiał: Imp y Celyn.

Miała uczucie, że pada na plecy.

— Znam to imię… — szepnęła.

PIP.

— Ja… skądś je pamiętam. Jest ważne. On… on jest ważny.

* * *

Księżyc wisiał nad klatchiańską pustynią niczym wielka kula skał.

Nie była to jakaś wyjątkowa pustynia i chyba nie zasługiwała na tak imponujący księżyc. Stanowiła element pasa pustyń, coraz bardziej suchych i gorących, otaczających Wielki Nef i Odwodniony Ocean. Nikt nie poświęcałby jej uwagi, gdyby nie zjawili się ludzie całkiem podobni do pana Clete’a z Gildii Muzykantów. Ludzie ci wykreślili mapy, a przez tę akurat część pustyni narysowali niewinną kropkowaną linię, oznaczającą granicę między Klatchem a Mersbatem.

Do tej chwili D’regowie, zbieranina radośnie wojowniczych plemion koczowników, wędrowała przez pustynię zupełnie swobodnie. Teraz pojawili się klatchiańscy D’regowie i czasem mersbatańscy D’regowie, ze wszystkimi prawami przysługującymi obywatelom tych krajów. W szczególności było to prawo do płacenia tak wysokich podatków, jakie tylko uda się z nich wycisnąć, i wcielania do armii, by walczyć przeciwko ludom, o których w życiu nie słyszeli. Skutkiem więc owej kropkowanej linii było, że Klatch znajdował się bezustannie w stanie wojny z Mersbatem i D’regami, Mersbat w stanie wojny z D’regami i Klatchem, a D’regowie w stanie wojny ze wszystkimi, w tym ze sobą nawzajem. Mieli z tego wiele radości, ponieważ w mowie D’regów słowo „obcy” brzmi tak samo jak „cel”.

Fort był jednym z dziedzictw kropkowanej linii.

Teraz przypominał ciemny prostokąt na gorącym srebrzystym piasku. Dobiegały stamtąd dźwięki akordeonu, które śmiało można nazwać smętnymi — ktoś bowiem usiłował zagrać melodię, ale po kilku taktach napotykał nieprzezwyciężone trudności i zaczynał od początku.

Rozległo się stukanie do bramy.

Po chwili coś zgrzytnęło wewnątrz i otworzyło się małe okienko.

— Słycham, offendi?

CZY TO KLATCHIAŃSKĄ LEGIA CUDZOZIEMSKA? Twarz niewysokiego człowieczka za bramą przybrała tępy wyraz.

— Ha — powiedział. — Tu mnie złapałeś. Zaczekaj chwilę. — Okienko się zatrzasnęło. Zza bramy dobiegły odgłosy prowadzonej szeptem dyskusji. Okienko się otworzyło. — Tak. Okazuje się, że jesteśmy tym, no… co to było? Jasne, już pamiętam… Klatchiańską Legią Cudzoziemską. Tak. Czego chciałeś, offendi?

CHCĘ SIĘ ZACIĄGNĄĆ.

— Zaciągnąć? Gdzie?

DO KLATCHIAŃSKIEJ LEGII CUDZOZIEMSKIEJ.

— A gdzie to?

Znowu zabrzmiały szepty.

— Aha. W porządku. Przepraszam. Zgadza się. To my. Brama się uchyliła. Przybysz wkroczył do fortu. Legionista z insygniami kaprala na ramieniu wyszedł mu na spotkanie.

— Musisz się zameldować… — Oczy zaszkliły mu się lekko. — No wiesz… potężny facet, trzy paski… jeszcze przed chwilą miałem to na końcu języka…

SIERŻANT?

— Tak — potwierdził kapral z wyraźną ulgą.

— Jak się nazywasz, żołnierzu?

EEE…

— Właściwie nie musisz mówić. Na tym to właśnie polega w tym… no…

KLATCHIAŃSKIEJ LEGII CUDZOZIEMSKIEJ?

— Właśnie. Ludzie zaciągają się, żeby ten… no, z umysłem, wiesz, kiedy nie możesz… te rzeczy, które się wydarzyły…

ZAPOMNIEĆ?

— Otóż to. Jestem… — Szukał w pamięci. — Zaczekaj chwilę, dobrze?

Spojrzał na swój rękaw.

— Kapral…

Zawahał się, wyraźnie zaniepokojony. Nagle wpadł na jakiś pomysł, pociągnął za kołnierz kurtki i wykręcił głowę, by popatrzeć z ukosa na odsłoniętą w ten sposób naszywkę.

— Kapral… Średni? Jak to brzmi?

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)