Muzyka duszy [Soul Music - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-036-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:
Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
— Nic z tego! — rechotał. — Hę, hę! Jest pod posłaniem kota! Wszystkie pieniądze zostawiłem kotu!
Susan rozejrzała się. Kot obserwował ich nerwowo, ukryty za umywalką.
Uznała, że wypada coś odpowiedzieć.
— To bardzo… bardzo ładnie z pana strony…
— Co? Wyliniałe bydlę! Trzynaście lat tylko spał, paskudził i czekał, żeby mu podać żarcie. W całym swoim tłustym życiu nie biegał nawet pół godziny! Ale to się zmieni, kiedy znajdą testament. Zostanie najbogatszym i najszybszym kotem świata…
Głos rozpływał się z wolna, podobnie jak jego właściciel.
— Co za okropny staruch — stwierdziła Susan.
Spojrzała na Śmierć Szczurów, który próbował robić do kota głupie miny.
— Co się z nim stanie? PIP.
— Aha.
Za nią jeden z byłych żałobników wysypał na podłogę zawartość szuflady. Kot zaczynał dygotać. Susan wyszła przez ścianę.
Chmury zwijały się za Pimpusiem jak fala za okrętem. — Nie było tak źle. Znaczy, żadnej krwi ani nic. W dodatku on był już bardzo stary i wcale nie miły.
— Czyli wszystko w porządku? — Kruk wylądował jej na ramieniu.
— Co ty tu robisz?
— Śmierć Szczurów mówił, że możecie mnie podrzucić. Mam spotkanie.
PIP.
Śmierć Szczurów wystawił nos z juków.
— Jesteśmy firmą dyliżansową? — spytała lodowato Susan.
Szczur wzruszył ramionami i wcisnął jej w dłoń życiomierz.
Przeczytała wyryte na szkle imię.
— Volf Volfssonssonssonsson? Jak dla mnie, brzmi to osiańsko.
PIP.
Śmierć Szczurów wgramolił się na grzywę Pimpusia i zajął miejsce między końskimi uszami. Wiatr szarpał jego maleńką czarną szatą.
Pimpuś biegł truchtem tuż nad polem bitwy. Nie była to żadna wielka wojna, raczej zwykłe wewnątrzplemienne spory. Nie walczyły też żadne wyraźnie określone armie, tylko — jak się zdawało — dwie grupy osobników, z czego kilku na koniach, którzy przypadkiem znaleźli się po tej samej stronie. Wszyscy byli ubrani w jakieś futra i podniecające skóry. Susan nie potrafiła odgadnąć, w jaki sposób odróżniają przyjacół od wrogów. Miała wrażenie, że głównie krzyczą i trochę na oślep wymachują wielkimi mieczami i toporami. Z drugiej jednak strony każdy, kogo udało się trafić, natychmiast stawał się wrogiem, więc prawdopodobnie na dłuższą metę unikali nieporozumień. Przy okazji jednak ginęli ludzie i dokonywano aktów niezwykle wręcz bezmyślnego bohaterstwa. PIP. Śmierć Szczurów nerwowo wskazywał w dół.
— No więc… lądujemy.
Pimpuś stanął na niewielkim wzgórku.
— Dobrze. — Susan wyjęła kosę z olstra. Ostrze ożyło natychmiast.
Nietrudno było zauważyć dusze poległych. Schodzili z pola bitwy ramię w ramię, przyjaciele i jeszcze przed chwilą wrogowie. Śmiejąc się i zataczając, zbliżali się do niej.
Susan zeskoczyła na ziemię. Skoncentrowała się.
— Tego… — Odchrząknęła. — CZY KTOŚ TU ZOSTAŁ ZABITY I MA NA IMIĘ VOLF?
Za jej plecami Śmierć Szczurów ukrył pyszczek w łapkach.
— Hm… HEJ TAM!
Nikt nie zwracał na nią uwagi. Wojownicy przechodzili obok. Formowali szereg na granicy pola bitwy i zdawało się, że na coś czekają.
Nie musiała… zajmować się… wszystkimi. Albert próbował jej wytłumaczyć, ale pamięć sama podsuwała szczegóły. Musi dopilnować niektórych, zależnie od danej chwili i historycznej wagi, a to wystarczało, by pozostali też byli obsłużeni. Ona miała tylko nie hamować pędu ostrza.
— Musisz być bardziej asertywna — poradził kruk. — Na tym polega kłopot z kobietami na stanowiskach: nie są wystarczająco asertywne.
— Dlaczego chciałeś tu przylecieć? — zainteresowała się Susan.
— Wiesz, to przecież pole bitwy — tłumaczył cierpliwie ptak. — Po bitwie kruki są niezbędne. — Swobodnie zawieszone oczy obracały się nad dziobem. — Padlina wzywa, można by powiedzieć.
— Czyli wszyscy zostaną zjedzeni?
— To element cudu natury.
— Okropne…
Czarne ptaki krążyły już po niebie.
— Wcale nie. Jak to mówią: każdemu, co mu się należy.
Jedna ze stron, jeśli tak można ją nazwać, zaczęła uciekać, druga rzuciła się w pogoń. Ptaki lądowały na tym, co było — jak Susan uświadomiła sobie ze zgrozą — wczesnym śniadaniem. Z licznymi miękkimi kęskami.
— Lepiej rozejrzyj się za rym swoim chłopakiem — poradził kruk. — Inaczej spóźni się na przejażdżkę.
— Jaką przejażdżkę? Oczy zakręciły się znowu.
— Czy w ogóle nie uczyli cię mitologii?
— Nie. Panna Butts uważa, że to tylko wymyślone historie z literacką treścią.
— Aha. Straszne. Nie można na to pozwolić, prawda? No cóż, niedługo sama zobaczysz. Muszę lecieć. — Kruk wzniósł się w powietrze. — Zwykle staram się o miejsce u głowy.
— Goja mam…
Nagle ktoś zaczął śpiewać. Głos spłynął z niebios jak podmuch wiatru — całkiem niezły mezzosopran.
— Hej-jo, hej-jo! Hej!
Za głosem, na koniu niemal tak wspaniałym jak Pimpuś, pojawiła się kobieta. Stanowczo kobieta. Całkiem sporo kobiety. Tak wiele, ile tylko można ustawić w jednym miejscu, nie uzyskując dwóch kobiet. Miała na sobie kolczugę, lśniący napierśnik rozmiaru 115D i hełm z rogami.
Zebrani razem polegli przywitali ją radosnymi okrzykami. Koń stępa wylądował na ziemi. Za nim z góry pędziło jeszcze sześć śpiewających kobiet.
— Zawsze to samo — mruknął odlatujący kruk. — Można godzinami czekać, żeby zobaczyć chociaż jedną, a potem zjawia się wszystkie siedem naraz.
Susan patrzyła zdumiona, jak każda z kobiet chwyta zabitego wojownika i cwałuje z powrotem w niebo. Znikały nagle kilkaset sążni nad ziemią i niemal natychmiast wracały po kolejnego pasażera. Wkrótce między polem bitwy a niebem działała regularna linia promowa.
Po minucie czy dwóch jedna z kobiet podjechała stępa do Susan i wyjęła spod pancerza zwój pergaminu.
— Co jest? Tu pisze: Volf — rzuciła energicznym głosem, jakim ludzie w siodle zwracają się zwykle do zwykłych piechurów. — Volf Szczęściarz…?
— Tego… Nie wiem… TO ZNACZY: NIE WIEM, KTÓRY TO Z NICH — wyjaśniła bezradnie Susan.
Kobieta w hełmie pochyliła się. Było w niej coś znajomego.
— Jesteś nowa?
— Tak. To znaczy TAK.
— No to nie stój jak zbroja dużej dziewczynki! Bierz się, hej ho, i sprowadź go! Zuch dziewczyna!
Susan rozejrzała się niespokojnie i wreszcie go zobaczyła. Nie był zbyt daleko. Młody człowiek, otoczony migotliwym błękitem, wyróżniał się wśród poległych.
Podeszła szybko, ściskając kosę. Linia błękitu łączyła wojownika z jego martwym ciałem.
PIP! — krzyknął Śmierć Szczurów. Podskakiwał nerwowo i znacząco gestykulował.
— Wystawić lewy kciuk, prawa ręka ugięta w nadgarstku, i ruszaj tą kosą! — huknęła rogata kobieta.
Susan zamachnęła się. Błękitna linia pękła.
— Co się stało? — zapytał Volf. Spojrzał na ziemię. — To ja tam na dole, prawda? — Odwrócił się powoli. — I tam na dole, i tutaj. I…
Zauważył rogatą wojowniczkę i rozpromienił się nagle.
— Na lo! — zawołał. — Więc to prawda? Walkirie zaniosą mnie do hal Ślepego lo, gdzie będziemy przez wieczność pić i ucztować?
— Mnie nie… Chciałam powiedzieć: MNIE NIE PYTAJ. Walkiria schyliła się i przerzuciła sobie wojownika przez siodło.