W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
– Niestety, będziemy musieli się pożegnać – powiedziałam, prostując się i wracając do salonu. – Muszę wyjść. On jednak już mnie minął i znowu poszedł w stronę schodów.
– Taa, jest miejsce na przybudówkę. Ale musisz wiedzieć, że trzeba będzie przesunąć przewód spustowy.
– Gary…
– Mogłabyś sobie dobudować drugą sypialnię – z małym tarasem na dachu. Sama słodycz. Taras na dachu? Druga sypialnia? Mogłabym ją przerobić na gabinet i rozpocząć nową karierę.
– Ile to by kosztowało?
– Oooo. – Zaczął ze smutkiem kręcić głową. – Wiesz co? Chodźmy do pubu i się zastanówmy.
– Nie mogę – powiedziałam stanowczo. – Wychodzę.
– Dobra. No to pomyślę i zadzwonię do ciebie.
– Świetnie. No! Trzeba lecieć!
Wziął płaszcz, tytoń i bibułki do skrętów, otworzył torbę i z nabożną czcią położył na kuchennym stole jakiś magazyn. Kiedy podszedł do drzwi, odwrócił się i rzucił mi znaczące spojrzenie.
– Strona siedemdziesiąta pierwsza – powiedział. – Ciao.
Wzięłam magazyn, myśląc, że to pewnie „Architectural Digest”, ale okazało się, że patrzę na okładkę „Wędkarstwa Amatorskiego”, na której facet trzymał ogromną, oślizgłą, szarą rybę. Przekartkowałam gigantyczną liczbę stron ze zdjęciami facetów trzymających ogromne, oślizgłe, szare ryby. Dotarłam do strony 71 i tam, naprzeciwko artykułu Przynęty na ryby drapieżne, w dżinsowym kapeluszu z metalowymi ozdobami, widniał dumny, promiennie uśmiechnięty Gary, trzymający ogromną, oślizgłą, szarą rybę.
27 lutego, czwartek
58,5 kg (zrzucone O,5 kg to włosy), papierosy 17 (z powodu włosów), kalorie 625 (odrzuca mnie od jedzenia z powodu włosów), listy napisane w wyobraźni do radców prawnych, programów dla konsumentów, Ministerstwa Zdrowia itd., oskarżające Paola o masakrę dokonaną na moich włosach 72, milimetry włosów zapuszczone pomimo wzmożonych wysiłków 0.
19.45.
Zostało jeszcze tylko piętnaście minut. Przed chwilą znowu obejrzałam grzywkę. Straszna miotła na głowie zmieniła się w koszmarną, przerażającą, wołającą o pomstę do nieba miotłę na głowie.
19.47.
Wciąż wyglądam jak Ruth Madoc. Dlaczego musiało mi się to przydarzyć w do tej pory najważniejszy wieczór w moim związku z Markiem Darcym? Dlaczego? Ale przynajmniej dla odmiany sprawdzam w lustrze, czy coś mi się powiększyło. o Północ. Kiedy Mark Darcy stanął w drzwiach, serce podeszło mi do gardła. Wszedł zdecydowanym krokiem, nawet się nie witając, wyciągnął z kieszeni kopertę i podał mi ją. Widniało na niej moje nazwisko, ale adres Marka. Była otwarta.
– Od mojego powrotu leżała w mojej przegródce – powiedział, opadając na kanapę. – Dziś rano otworzyłem ją przez pomyłkę. Przepraszam. Ale może to i lepiej, że tak się stało. Cała roztrzęsiona wyjęłam kartkę z koperty. Przedstawiała dwa papierowe jeże patrzące, jak w pralce wiruje biustonosz zaplątany w parę slipek.
– Od kogo to? – spytał miłym głosem.
– Nie wiem.
– Ależ wiesz – powiedział tym spokojnym, sympatycznym tonem osoby, która za chwilę wyjmie tasak do mięsa i odrąbie ci nos. – Od kogo to?
– Już ci powiedziałam, nie wiem – wymamrotałam.
– Przeczytaj. Otworzyłam kartkę. W środku znalazłam kulfoniasty, czerwony tekst: „Bądź moją walentynką – spotkamy się, kiedy będziesz odbierała swoją koszulkę nocną – całuję – Sxxxxx”. Wstrząśnięta spojrzałam na Marka. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Aaaaa! To pewnie Jude, Shazzer albo ktoś inny z jakąś niedorzeczną radą na temat Marka. Już miałam się rzucić do aparatu, kiedy Mark położył rękę na moim ramieniu.
– Cześć, złotko, tu Gary. – O Boże. Jak on śmie tak się spoufalać? – Jeśli chodzi o to, o czym rozmawialiśmy w sypialni, to mam parę pomysłów, więc przekręć do mnie, to wpadnę.
Mark, bardzo szybko mrugając, spuścił głowę. Potem pociągnął nosem i potarł twarz wierzchem dłoni, jakby próbował wziąć się w garść.
– OK? – powiedział. – Możesz mi to jakoś wytłumaczyć?
– To budowlaniec. – Miałam ochotę go objąć. – Fachowiec od Magdy, Gary. Ten, który zainstalował te idiotyczne półki. Chce wstawić przybudówkę między sypialnią i schodami.
– Rozumiem – powiedział. – A ta kartka też jest od Gary’ego? Czy może od St Johna? Czy od jakiegoś innego…?
W tej samej chwili zaczął chrząkać faks. Coś z niego wychodziło. Kiedy stałam tak, gapiąc się, Mark wyjął z maszyny kartkę papieru, spojrzał na nią i podał mi. Ujrzałam nabazgrany ręką Jude tekst: Po co ci Mark Darcy, skoro za 9,99 funta plus opłaty pocztowe możesz sobie kupić coś takiego. Pod spodem widniała reklama wibratora z językiem.
28 lutego, piątek
58 kg (jedyny jasny punkt na horyzoncie), liczba powodów, dla których ludzie chodzą na musicale: tajemnicza i niewyobrażalna, liczba powodów, dla których Rebecca powinna pozostać przy życiu O, liczba powodów, dla których Mark, Rebecca, mama, Una i Geoffrey Alconbury oraz Andrew Lioyd Webber i im podobni powinni rujnować mi życie: niejasna.
Muszę zachować spokój. Muszę myśleć pozytywnie. Miałam pecha, że przydarzyło mi się naraz tyle fatalnych wpadek, bez dwóch zdań. To całkowicie zrozumiałe, że po tym wszystkim Mark po prostu sobie poszedł i powiedział, że zadzwoni, kiedy się uspokoi i… Ha! Właśnie sobie uświadomiłam, od kogo była ta cholerna kartka. Pewnie od tego faceta z pralni chemicznej. Kiedy próbowałam go zmusić do przyznania się do oszustwa i mówiłam: „Nie myśl, że nie wiem, co się dzieje”, kładłam na ladzie koszulę nocną. I dałam mu adres Marka, na wypadek, gdyby facet usiłował mnie nachodzić. Na świecie aż się roi od szaleńców i świrów, a ja dziś wieczorem muszę iść na Miss Saikarwstgon.
Północ.
Na początku nie było jeszcze tak źle. Z ulgą wyrwałam się z więzienia własnych myśli i piekła, jakim jest wykręcanie 1471 za każdym razem, kiedy szłam do łazienki. Wellington, bynajmniej nie przypominający tragicznej ofiary kulturalnego imperializmu, wyglądał całkiem swojsko w jednym z garniturów taty z lat pięćdziesiątych, zupełnie jak kelner z Met Bar, który ma wolne, i zachowywał się z pełnym godności wdziękiem, podczas gdy mama i Una obskakiwały go niczym groupies. Przyjechałam późno, więc zdążyłam tylko przeprosić w paru słowach.
– Nie czujesz się dziwnie w Anglii? – spytałam i natychmiast poczułam się głupio, bo to jasne, że czuł się dziwnie.
– Jest interesująco – odparł, przyglądając mi się badawczo.
– A ty czujesz się dziwnie?
– No! – przerwała nam Una. – Gdzie Mark? Myślałam, że on też przyjdzie!
– Pracuje – wymamrotałam. Chwiejnym krokiem nadszedł wstawiony Geoffrey z tatą.
– Ten poprzedni też tak mówił, nie?! – ryknął. – U mojej małej Bridget ta sama stara bieda – powiedział, poklepując mnie niebezpiecznie blisko pupy. – Pooooszli! Fruuuuuu!
– Geoffrey! – skarciła go Una, po czym dodała, chcąc nawiązać lekką pogawędkę: – Wellington, czy w twoim plemieniu są starsze kobiety, które nie mogą wyjść za mąż?
– Ja nie jestem starszą kobietą – syknęłam.
– To należy do obowiązków rady starszych plemienia – odparł Wellington.
– Zawsze twierdziłam, że tak jest najlepiej, prawda, Colin? – powiedziała mama, wyraźnie zadowolona z siebie. – Nie mówiłam Bridget, że powinna się umówić z Markiem?
– U nas starsza kobieta, bez względu na to, czy ma męża, czy nie, cieszy się szacunkiem całego plemienia – wyjaśnił Wellington, mrugając do mnie.
– Mogę się tam przeprowadzić? – spytałam ponuro.