W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
– Cóż, chyba masz rację – zgodziła się, przyklepując sobie włosy.
– Smacznego – dodał Wellington, mrugając do mnie leciutko. Kiedy wróciłam do jadalni, wyglądało na to, że matka Marka już umiejętnie zmieniła temat całej tej szopki.
– Dla mnie absolutną zagadkę stanowi to, jak w tych czasach komuś udaje się wziąć ślub – mówiła. – Gdybym tak wcześnie nie wyszła za mąż, to chyba nigdy bym tego nie zrobiła.
– Och, całkowicie się z tobą zgadzam! – powiedział tata, stanowczo zbyt ochoczo.
– Ja z kolei nie rozumiem, jak to możliwe, że kobieta w wieku Bridget jeszcze sobie nikogo nie przygadała – powiedział wujek Geoffrey. – Nowy Jork. Kosmos. Poooszli, fruuu! „Och, zamknijcie się! Po prostu się zamknijcie!” – miałam ochotę wrzasnąć.
– Teraz młodym jest bardzo ciężko – znowu wtrąciła się Elaine, patrząc na mnie twardo. – Łatwo wyjść za mąż, jak się ma osiemnaście lat, ale kiedy ma się już ukształtowany charakter, człowiekowi trudno się dostosować. Oczywiście nie mam na myśli nikogo z tu obecnych.
– No, mam nadzieję! – ryknął radośnie ojciec Marka, poklepując ją po ramieniu. – Bo inaczej musiałbym cię wymienić na dwie trzydziestoparolatki. Dlaczego tylko mój syn miałby się bawić?! – Skinął z galanterią w moją stronę, na co serce znowu podeszło mi do gardła. Czyżby myślał, że wciąż jesteśmy razem? A może wiedział o Rebecce i wydawało mu się, że Mark chodzi z nami obiema? Dzięki Bogu rozmowa znowu zeszła na HMS Pinafore, potem przeskoczyła na talent piłkarski Wellingtona, stoczyła się na wakacje z golfem Geoffreya i taty, prześlizgnęła przez zielniki, dotknęła podjazdu Billa i w końcu zrobiło się za piętnaście czwarta i cały ten koszmar się skończył. Przy wyjściu Elaine wcisnęła mi w rękę parę Sobranies.
– Myślę, że przydadzą ci się w drodze powrotnej. Mam szczerą nadzieję, że się jeszcze spotkamy. – Co tchnęło we mnie nadzieję, choć nie aż taką, by zbudować na niej swe życie. Niestety, to z Markiem chciałam się znowu spotykać, a nie z jego rodzicami.
– No dobra, kochanie – powiedziała mama, wypadając z kuchni z pudełkiem z Tupperware. – Gdzie masz torebkę?
– Mamo – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. – Nie chcę żadnego jedzenia.
– Dobrze się czujesz, kochanie?
– Na tyle, na ile to możliwe w tych okolicznościach – wymamrotałam. Przytuliła mnie. Miłe, ale nieco zaskakujące.
– Wiem, że ci ciężko, ale nie przejmuj się Markiem. Wszystko się ułoży. Jestem tego pewna. – Niedługo się nacieszyłam tą niespotykaną matczyną troską, bo zaraz wykrzyknęła: – No! Hakuna Matata! Nie martw się. Uśmiechnij się! No. Chcesz wziąć parę paczek minestrone? A może trochę herbatników Tuca? Mogę cię przeprosić? Chciałam się dostać do tej szuflady. Ooo, wiesz co? Mam parę steków.
Czy jej się wydaje, że jedzenie jest lepsze od miłości? Przysięgam, że gdybym jeszcze minutę dłużej została w tej kuchni, to chyba bym się porzygała.
– Gdzie tata?
– Och, pewnie w swojej szopie.
– Co?
– W swojej szopie. Przesiaduje tam całymi godzinami, a jak wychodzi, pachnie…
– Czym?
– Niczym, kochanie. Leć już i się pożegnaj, jeśli chcesz.
Na zewnątrz Wellington czytał na ławce „Sunday Telegraph”.
– Dzięki – powiedziałam.
– Nie ma sprawy – odparł, po czym dodał: – To dobra, silna kobieta. Kobieta o dobrym sercu i pełna entuzjazmu, ale może…
– …czasami ma go jakieś czterysta razy za dużo?
– Taa – roześmiał się. O mój Boże, mam nadzieję, że miał na myśli tylko entuzjazm wobec życia. Kiedy podeszłam do szopy, na chwiejnych nogach wyszedł z niej tata nieco zaczerwieniony na twarzy. W środku z taśmy śpiewał Nat King Cole.
– Aaa, wracamy do wielkiego, zadymionego Londynu? – zagadnął, lekko się zakołysał i przytrzymał drzwi szopy. – Jsteśś w dołku, kchanie? – wybełkotał. Pokiwałam głową.
– Ty też? Otoczył mnie ramionami i porządnie wyściskał, jak wtedy, kiedy byłam mała. Zrobiło mi się miło – kochany tatuś.
– Jak ci się udało tak długo wytrzymać z mamą? – szepnęłam, zastanawiając się, co to za słodkawy zapach. Whisky?
– Tnie takie smplikowane – powiedział, znowu się opierając o szopę. Przechylił głowę na bok, słuchając Nat King Cole’ a. – „Najważniejsze – zaczął zawodzić – to nauczyć się kochać i być kochanym”. Mam nadzieję, że ona jeszcze kocha mnie, a nie tego Mau Mau. Potem się pochylił i pocałował mnie.
5 marca, środa
58 kg (dobrze), jedn. alkoholu 0 (doskonale), papierosy 5 (miła, zdrowa liczba), liczba razy przejechanych pod domem Marka Darcy’ego 2 (bdb), liczba razy, kiedy sprawdzałam nazwisko Marka Darcy’ego w książce telefonicznej, żeby się przekonać, czy on jeszcze istnieje 18 (bdb), telefony pod 1471 tylko 12 (lepiej), telefony od Marka 0 (tragedia)
8.30.
W domu. Bardzo mi smutno. Tęsknię za Markiem. Nie odzywał się przez całą niedzielę i poniedziałek, a kiedy wczoraj wieczorem wróciłam z pracy, czekała na mnie wiadomość, że na parę tygodni jedzie do Nowego Jorku. „Więc tym razem chyba naprawdę żegnaj”. Robię, co mogę, żeby nie podupadać na duchu. Odkryłam, że jeżeli rano zaraz po przebudzeniu, jeszcze zanim poczuję pierwsze ukłucie bólu, włączę radio na program Dzisiaj – nawet jeżeli polega on tylko na grze w stylu Just a Minutę, kiedy politycy starają się nie powiedzieć: „Tak”, „Nie” ani nie odpowiedzieć na żadne z pytań – to właściwie udaje mi się uniknąć popadnięcia w obsesyjne błędne koło rozważań „gdyby tylko” i pętlę rozmów przeprowadzonych w wyobraźni z Markiem Darcym, które tylko pogłębiają mój smutek i niemożność wygrzebania się z łóżka. Muszę przyznać, że dziś rano Gordon Brown [29] był bdb w tym programie, długo i bez wahania się rozwodził o euro, czasami urywał albo mówił, co mu ślina na język przyniesie, ale cały czas był spokojny i elokwentny, natomiast John Humphreys jak Leslie Crowther, wrzeszczał w tle: „Tak czy nie? Tak czy nie?” Ciekawe, czy euro to to samo, co wspólna waluta? Pod paroma względami jestem za, bo wtedy byśmy mieli różne monety, to by było całkiem europejskie i eleganckie. Mogliby też pozbyć się tych brązowych, które są za ciężkie, i pięcio oraz dwudziestopensówek, które są za malutkie i zbyt mało warte, żeby sprawiać przyjemność. Hmm. Powinniśmy jednak zachować jednofuntówki, które są fantastyczne, jak suwereny. Czasami, kiedy ci się wydaje, że skończyła się kasa, znajdujesz w torebce 8 funtów! Ale wtedy musieliby zmienić wszystkie bankomaty i… Aaaaaa! Dzwonek do drzwi. Może to Mark przyszedł się pożegnać. To był tylko ten cholerny Gary. W końcu udało mi się z niego wydusić, że przyszedł jedynie po to, żeby powiedzieć, że ta przybudówka będzie kosztować „tylko” 7000 funtów.
– A skąd ja wezmę siedem tysięcy funtów?
– Mogłabyś wziąć drugą hipotekę – powiedział. – To by cię kosztowało tylko dodatkową stówę miesięcznie.
Na szczęście nawet on się zorientował, że już jestem spóźniona do pracy, więc udało mi się go pozbyć. 7000 funtów. No słowo daję.
19.00.
Z powrotem w domu. To nie jest normalne, że traktuję swoją automatyczną sekretarkę jak staroświeckiego partnera: pędzę do niego z pracy, żeby sprawdzić, w jakim jest nastroju, czy brzęczeniem potwierdzi, że jestem kochanym i wartościowym członkiem społeczeństwa, czy będzie pusta i odległa, jak na przykład teraz. Już 42 dzień z rzędu nie ma żadnej wiadomości nie tylko od Marka, ale w ogóle od nikogo. Może poczytam trochę Drogę rzadziej uczęszczaną.
19.06.
Tak, miłość to nie coś, co ci się przydarza, ale coś, co się robi. Czego więc ja nie zrobiłam?
[29] Gordon Brown – brytyjski minister skarbu.