W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
– Cześć, Pam! Margo! Już jedziemy! Mogłabyś mi pożyczyć specjalną blachę na szwajcarską roladę na dwudzieste pierwsze urodziny Alison?
Z obłędem w oczach rozejrzałam się po kuchni, osłupiała na myśl o innych światach, jakie się przed nami odsłaniają po odsłuchaniu wiadomości nagranych na sekretarce. Może ktoś powinien zrobić z tego instalację w Saatchi Gallery. Mama pobrzękała trochę w kredensach, po czym wykręciła jakiś numer.
– Margo. Pam. Mam formę na biszkopt, jeśli ci się to na coś przyda. A może użyj blachy do puddingu Yorkshire i wyłóż dno kawałkiem odpornego na tłuszcz papieru?
– Cześć, cześć, bombdibombom – powiedział tata, wtaczając się do kuchni. – Czy ktoś wie, jaki jest kod pocztowy do Barton Seagrave? KT4 HS czy L? O, Bridget, witaj w okopach trzeciej wojny światowej w kuchni. Mau Mau [28] jest w ogrodzie.
– Colin, mógłbyś wylać ten olej z frytkownicy? – poprosiła mama. – Geoffrey mówi, że jak się go dziesięć razy podgrzeje do wysokiej temperatury, to potem trzeba go wylać. A przy okazji, Bridget, kupiłam ci talk. – Podała mi liliową butelkę Yardleya ze złotą zakrętką.
– Po co? – spytałam, łapiąc butelkę z ożywieniem.
– No jak to?! Dla urody i świeżości!
Wrrr. Wrrrr. Aluzja była jasna. Mark umówił się z Rebeccą, bo…
– Sugerujesz, że śmierdzę? – spytałam.
– Ależ skąd, kochanie. – Urwała. – Ale zawsze warto się odświeżyć, prawda?
– Dzień dobry, Bridget! – Una pojawiła się jak grom z jasnego nieba, niosąc talerz z jajkami na twardo. – Pam! Zapomniałam ci powiedzieć, Bili próbuje zmusić radę osiedla, żeby usunęła żużel z jego podjazdu, bo nie zeskrobali nawierzchni i teraz porobiły się wyrwy, więc Eileen pyta, czy mogłabyś im powiedzieć, że dopóki nie położyli kraty, z twojego podjazdu spływała woda? Jak na jarmarku. Normalnie jak na jarmarku. Poczułam się jak pacjent w śpiączce, który zdaniem lekarzy niczego nie słyszy.
– No, Colin, gdzie to mięso? Zaraz tu będą.
– Kto? – spytałam podejrzliwie.
– Państwo Darcy. Una, kapnij trochę kremówki i papryki na te jajka, dobrze?
– Państwo Darcy? Rodzice Marka? Teraz? Dlaczego? W tej samej chwili rozległ się dzwonek do drzwi, który odgrywa całą melodyjkę kuranta z ratusza.
– Jesteśmy starszyzną plemienia! – zaszczebiotała mama, zdejmując fartuszek. – No, do roboty!
– Gdzie Wellington? – syknęłam do mamy.
– Och, jest w ogrodzie, gra w piłkę nożną! Nie lubi tych nasiadówek, kiedy musi sobie z nami strzępić język. Mama i Una popędziły, a tata poklepał mnie po ramieniu.
– Do ataku! – powiedział. Poszłam za nim do zagraconego bibelotami salonu wyłożonego dywanem w esyfloresy, zastanawiając się, czy mam tyle siły i władzy w kończynach, żeby się urwać, ale doszłam do wniosku, że nie. Rodzice Marka, Una i Geoffrey stali w koślawym kółku, trzymając szklaneczki sherry.
– OK, złotko – powiedział tata. – Dam ci drinka. Poznałaś już…? – Ruchem ręki wskazał Elaine. – Wiesz, kochana, strasznie cię przepraszam, znamy się od trzydziestu lat, a ja zupełnie zapomniałem, jak masz na imię. – To co tam u waszego syna? – palnęła Una.
– U mojego syna! Wiecie, żeni się! – odparł admirał Darcy, istny wyjęć. Pokój nagle zawirował mi przed oczami. Żeni się?
– Żeni się? – spytał tata, łapiąc mnie za rękę, podczas gdy ja starałam się głęboko oddychać.
– Och, wiem, wiem – powiedział wesoło admirał Darcy. – Za tymi młodymi trudno już nadążyć: w jednej chwili żeni się z jedną, a już w następnej odchodzi z inną! Prawda, kochanie? – spytał, klepiąc matkę Marka po pupie.
– Wydaje mi się, że Una pytała o Marka, nie o Petera, kochanie – odparła jego żona, rzucając mi pełne zrozumienia spojrzenie. – Peter to nasz drugi syn, który mieszka w Hongkongu. W czerwcu się żeni. No, chłopcy, dajcie Bridget drinka. Potrafią tylko gadać, ale żeby wziąć się do działania, to już nie, prawda? – Spojrzała na mnie ze współczuciem. Niech mnie ktoś stąd zabierze – pomyślałam. Już dłużej nie wytrzymam tych tortur. Chcę jak normalny człowiek położyć się na podłodze w łazience z głową w pobliżu muszli klozetowej.
– Macie ochotę? – spytała Elaine, wyciągając rękę ze srebrnym pudełkiem pełnym papierosów Black Sobranies. – Wiem, że to zabójstwo, aleja mam sześćdziesiąt pięć lat i jeszcze jakoś żyję.
– No, chodźcie i siadajcie! – zarządziła mama, tanecznym krokiem zjawiając się z talerzem wątrobianki. – Uff. – Odstawiła szopkę z kasłaniem i machaniem rękami, po czym powiedziała lodowato: – Prosimy nie palić przy stole, Elaine.
Poszłam za nią do jadalni, gdzie za oknem balkonowym Wellington grał w zdumiewająco wyrafinowaną grę w podrzucanie piłki nogą, ubrany w podkoszulek i niebieskie jedwabne szorty.
– Patrzcie go! Do góry, kolego! – zarechotał Geoffrey, wyglądając przez okno i nie przestając ruszać rękami w kieszeniach. – Do góry.
Usiedliśmy i zaczęliśmy się na siebie głupio gapić. Zupełnie jak na przedślubnym wieczorku zapoznawczym dla szczęśliwych narzeczonych i rodziców, z tym że pan młody dwa dni wcześniej uciekł z jakąś zdzirą.
– No! – odezwała się mama. – Łososia, Elaine?
– Dziękuję – odparła Elaine.
– Parę dni temu byliśmy na Miss Saigon – z niebezpieczną radością wykrzyknęła mama.
– Baa! Musicale. Cholera, nie znoszę ich, banda przeklętych alfonsów – wymamrotał admirał Darcy, a Elaine nałożyła mu porcję łososia.
– Nam się podobało! – powiedziała mama. – W każdym razie… Błędnym wzrokiem wyjrzałam przez okno w poszukiwaniu jakiegoś natchnienia i zauważyłam, że Wellington mi się przygląda. „Pomocy!” – wymówiłam samymi wargami. Skinął głową w stronę kuchni i zniknął.
– Stoją rozkraczeni i się wydzierają! – ryknął admirał, mój beniaminek. – Taki Gilbert i Sullivan. HMS Pinafore to co innego.
– Przepraszam na chwileczkę – powiedziałam i wymknęłam się, ignorując wściekłe Spojrzenie mamy. Wpadłam do kuchni, gdzie już był Wellington. Osunęłam się na zamrażarkę.
– Co? – spytał, intensywnie wpatrując mi się w oczy. – Co się stało?
– Jej się wydaje, że należy do starszyzny plemienia – wyszeptałam. – Wyżywa się na rodzicach Marka, wiesz, tego Marka, którego widzieliśmy… Pokiwał głową.
– Wiem wszystko.
– Co ty jej naopowiadałeś? Ona próbuje zorganizować jakąś naradę plemienną w sprawie jego spotkania z Rebeccą, jakby… W tej samej chwili otworzyły się drzwi do kuchni.
– Bridget! Co ty tu robisz? O. – Mama spostrzegła Wellingtona i stanęła jak wryta.
– Pamelo? – powiedział Wellington. – Co się dzieje?
– No, pomyślałam sobie, że po tym, co mówiłeś, my, dorośli, moglibyśmy… moglibyśmy znaleźć jakieś rozwiązanie! – dokończyła, odzyskując pewność siebie i nawet niemal udało jej się uśmiechnąć.
– Przyjęliście zasady zachowania naszego plemienia?
– No… ja…
– Pamelo. Wasza kultura rozwijała się przez wiele wieków. Kiedy pojawiają się jakieś wpływy z zewnątrz, nie możecie pozwolić, żeby łamały należne wam prawa. Jak już mówiliśmy, celem podróży po świecie jest obserwowanie, a nie niszczenie.
Nie mogłam się nadziwić, jak nowiuteńki walkman CD Wellingtona miał się do tego wszystkiego, ale skruszona mama kiwała głową.
Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby aż tak uległa czyjemuś wpływowi.
– A teraz wracaj do gości i pozostaw romans Bridget swojemu własnemu losowi, jak nakazuje odwieczna tradycja twojego plemienia.
[28] Mau Mau – członek rewolucyjnej społeczności w Kenii utworzonej w latach pięćdziesiątych, składającej się głównie z członków plemienia Kikuyu, którzy przeprowadzali akcje terrorystyczne mające na celu usunięcie europejskich osadników i oddanie władzy w ręce rodowitych Kenijczyków.