W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
25 lutego, wtorek
Liczba przejażdżek pod domem Marka Darcy’ego, żeby sprawdzić, czy palą się jakieś światła 2 (albo 4, jeśli liczyć w obie strony). Liczba telefonów pod 141 (żeby się nie dowiedział, że dzwoniłam, jeżeli zasięgał informacji pod 1471), a potem odsłuchiwanie jego sekretarki tylko po to, żeby usłyszeć jego głos 5 (źle) (ale bdb, że nie zostawiłam żadnej wiadomości). Liczba razy, kiedy sprawdzałam numer telefonu Marka w książce telefonicznej, tylko po to, żeby sobie udowodnić, że on jeszcze istnieje 2 (b. powściągliwie), procent telefonów z komórki, żeby nie blokować linii na wypadek, gdyby zadzwonił 100. Procent telefonów wywołujących wściekły żal, że to nie Mark Darcy – chyba że ktoś zadzwonił, żeby pogadać o Marku Darcym – i rozmów kończonych czym prędzej, bo Mark Darcy mógłby się nie dodzwonić 100.
20.00.
Przed chwilą zadzwoniła Magda, żeby spytać, jak minął weekend. W końcu opowiedziałam jej całą historię.
– Słuchaj, jak jeszcze raz mu to zabierzesz, wylądujesz w kącie! Harry! Przepraszam, Bridge. No i co on na to?
– Nie rozmawiałam z nim.
– Co? Dlaczego? Opowiedziałam jej o wiadomości na sekretarce i o całej tej teorii o gumce / emocjonalnym siniaku / zbyt wielkiej sympatii do mnie.
– Bridget, jesteś dosłownie niewiarygodna. W całej tej historii nic nie świadczy o tym, że Mark cię rzucił. Po prostu wpadł w dołek, bo cię przyłapał, jak się z kimś obściskiwałaś.
– Z nikim się nie obściskiwałam. To się stało wbrew mojej woli!
– Ale on nie jest Duchem świętym. Skąd ma wiedzieć, co czujesz? Musicie się skomunikować. W tej chwili wyjmij to z buzi! Marsz ze mną. Idziemy na górę do kąta.
20.45.
Może Magda ma rację. Może po prostu z góry przyjęłam, że mnie rzucił, a on wcale tego nie zrobił. Może wtedy w samochodzie po prostu był zdenerwowany tym całym obściskiwaniem i chciał, żebym to ja coś powiedziała, a teraz myśli, że go unikam!!! Zadzwonię. Na tym właśnie polega problem z nowoczesnymi (lub byłymi) związkami, po prostu za mało w nich komunikacji.
21.00.
Dobra, dzwonię.
21.07.
Uwaga, dzwonię.
21.10.
Mark odebrał telefon szczeknięciem: „Tak?”, i to niewiarygodnie zniecierpliwionym, a w dali rozlegał się jakiś hałas. Zbita z tropu wyszeptałam:
– To ja, mówi Bridget.
– Bridget! Czyś ty zwariowała? Nie wiesz, co się dzieje? Nie odzywasz się przez dwa dni, a potem nagle dzwonisz w samym środku najważniejszego, najbardziej liczącego się… Nieeeee! Nieeeeee! Ty idioto, cholerny… Jezu Chryste. Ty głupi, tuż koło sędziego. To był faul! A niech cię… dostaje czerwoną kartkę. Schodzi z boiska. O Jezu… Słuchaj, zadzwonię po meczu.
21.15.
Oczywiście wiedziałam, że trwa jakiś transuniwersalny finał czy coś w tym stylu, ale po prostu zapomniałam przez ten emocjonalny zamęt. Każdemu może się przydarzyć.
21.35.
Ojej – telefon! Mark Darcy! To była Jude.
– Co? – zdziwiła się. – Nie rozmawiał z tobą, bo oglądał mecz piłki nożnej? Wyjdź z domu. Wyjdź natychmiast, zanim oddzwoni. Jak on śmiał!
Od razu sobie uświadomiłam, że Jude ma rację i że gdyby Markowi rzeczywiście na mnie zależało, piłka nożna nie byłaby ważniejsza ode mnie. Shaz okazała więcej empatii.
– Mężczyźni tylko dlatego mają takiego świra na punkcie piłki nożnej, że sami są kompletnie gnuśni – wypaliła. – Wydaje im się, że kibicując jakiejś drużynie i robiąc wokół tego tyle hałasu, to oni wygrywają mecz i zasługują na oklaski i zaszczyty.
– Tak. To co, przychodzisz do Jude?
– Eee, nie…
– Dlaczego?
– Oglądam mecz z Simonem.
Z Simonem? Shazzer i Simon? Ale Simon to tylko jeden z naszych kolegów.
– Myślałam, że powiedziałaś…?
– To co innego. Ja lubię piłkę nożną, bo to bardzo interesujący sport. Hmm.
Właśnie wychodziłam, kiedy znowu odezwał się telefon.
– O, cześć, kochanie. Tu mama świetnie się bawimy. Wszyscy strasznie polubili Wellingtona! Zabraliśmy go do klubu Rotariani…
– Mamo – syknęłam. – Nie możesz prowadzać się z Wellingtonem, jakby to było jakieś dziwo.
– Wiesz, kochanie – powiedziała lodowatym tonem – jeżeli jest coś, czego naprawdę nie lubię, to rasizm i bigoteria.
– Co?
– No. Kiedy Robertsonowie przyjechali z Amersham, zabraliśmy ich do Rotarian, a ty nie miałaś nic przeciwko temu, prawda? Rozdziawiłam usta, usiłując rozwikłać tę poplątaną sieć pokrętnej logiki.
– Ty musisz wszystkich szufladkować, prawda? Te twoje Szczęśliwe Małżeństwa, samotni, kolorowi i homo. W każdym razie dzwonię w sprawie piątkowej Miss Saigon. Zaczyna się o wpół do ósmej.
O Chryste. Zatkało mnie. Przecież nie powiedziałam, że idę z nimi, na pewno tego nie powiedziałam.
– Dajże spokój, Bridget. Już kupiliśmy bilety.
Z rezygnacją zgodziłam się na tę dziwaczną imprezę, nieporadnie się tłumacząc, że Mark pracuje, co ją strasznie wkurzyło.
– Pracuje, bzdura! A cóż on może robić w piątkowy wieczór? Jesteś pewna, że się nie przemęcza? Naprawdę uważam, że praca…
– Mamo, naprawdę muszę już kończyć, spóźnię się do Jude – powiedziałam stanowczo.
– Och, ty zawsze się gdzieś śpieszysz. Do Jude, Sharon, na jogę. Aż dziw, że znajdujecie z Markiem czas na to, żeby się spotykać!
U Jude rozmowa oczywiście zeszła na Shazzer i Simona.
– Powiem ci, że… – Tu Jude przysunęła się do mnie konspiracyjnie, chociaż poza nami nie było nikogo w pokoju. -…w sobotę wpadłam na nich w Conran Shop. Chichotali nad sztućcami jak para Szczęśliwych Małżonków. Jak to jest, że współcześni samotni potrafią angażować się tylko w takie związki, które w niczym nie przypominają normalnych? Na przykład taka Shaz umawia się z Simonem, ale nie robi tego, co powinna robić para, albo ja i Mark – powinniśmy się spotykać, a w ogóle się nie widujemy.
– Jeśli chodzi o mnie, to nie powinno się mówić: „Jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi”, ale: „Chodzimy ze sobą” – powiedziałam ponuro.
– No – przytaknęła Jude. – Może odpowiedzią byłaby tu platoniczna przyjaźń połączona z wibratorem. Po powrocie do domu znalazłam na sekretarce pełną skruchy wiadomość od Marka, który powiedział, że próbował dodzwonić się do mnie zaraz po meczu, ale telefon był ciągle zajęty, a potem wyszłam. Właśnie się zastanawiałam, czy oddzwonić, kiedy rozległ się dźwięk telefonu.
– Przepraszam za tę wcześniejszą rozmowę. – To był Mark. – Naprawdę jestem tym wszystkim strasznie przygnębiony, a ty?
– Wiem – odparłam czule. – Czuję się dokładnie tak samo.
– Ciągle się zastanawiam: dlaczego?
– Właśnie! – Cała się rozpromieniłam, przetoczyła się przeze mnie fala miłości i ulgi.
– To było takie głupie i niepotrzebne – powiedział udręczonym głosem. – Bezsensowny wybuch z katastrofalnymi konsekwencjami.
– Wiem. – Pokiwałam głową, myśląc, o kurde, on to przeżywa jeszcze bardziej niż ja.
– Jak można z czymś takim żyć?
– No cóż, jesteśmy tylko ludźmi – powiedziałam z zamyśleniem. – Ludzie muszą wybaczać sobie nawzajem i… samym sobie.
– Ha! Łatwo powiedzieć. Ale gdyby go nie wyrzucono z boiska, w ogóle by nie doszło do tego karnego. Walczyliśmy jak królowie pośród lwów, ale przez to przegraliśmy!
Wydałam z siebie zduszony okrzyk, w głowie mi się zakręciło. To chyba niemożliwe, że mężczyźni mają piłkę nożną zamiast serca? Wiem, że futbol jest ekscytujący i dzięki golom i wspólnej nienawiści zbliża do siebie narody, ale ta późniejsza masowa udręka, depresja i żałoba…