Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
Victory westchnęła, patrząc na swoje nazwisko, i weszła do windy. Przeniosła się tutaj cztery lata wcześniej, z zagraconego loftu na jednej z bocznych ulic. Jej pracownia była jedną z mniejszych – zajmowała tyko część jednego piętra, w przeciwieństwie do trzech pięter Ralpha Laurena – jednak liczyła się lokalizacja: w tej branży jak cię widzieli, tak cię pisali. Właśnie z tego powodu projektant mógł być jednego dnia na ustach wszystkich, a następnego odchodził w niebyt. Nigdy nie zapomniała tego popołudnia, kiedy wróciła z lunchu, ujrzała w recepcji ludzi od przeprowadzek i odkryła, że William Marshall się zwija…
Mnie to się nie przydarzy, pomyślała szybko. Poza tym William był gigantem. A ona jeszcze nie. Niezupełnie.
Winda zadzwoniła, zapaliło się wymyślne logo „Victory Ford". Victory podeszła do drzwi z matowego szkła. Jej żołądek skurczył się ze strachu. Czynsz wynosił dwadzieścia tysięcy na miesiąc. To dwieście czterdzieści tysięcy dolarów rocznie…
– Cześć, Clare – przywitała recepcjonistkę, jak gdyby nigdy nic. Clare była młodą, ładną i pracowitą mieszkanką tego miasta i wciąż ją cieszyło, że zdobyła cudowną pracę we wspaniałej branży mody.
– Cześć – odpowiedziała Clare natychmiast. – Jak tam podróż?
– Świetnie. – Victory zdjęła płaszcz. Clare zrobiła taki ruch, jakby chciała jej pomóc, ale Victory machnęła ręką. Nie czuła się dobrze, prosząc podwładnych, by robili to, co każda normalna osoba może zrobić sama.
– Jak było w Japonii?
– Gorąco – odparła Victory.
– Właśnie przyszły dwie wielkie paczki – oznajmiła Clare. Victory pokiwała głową. Przez cały ranek obawiała się ich przybycia, od chwili, gdy rozmawiała z panem Ikito, a on nalegał, by zgodziła się na jego boski plan zatrudnienia panny Matsudy. Powiedział, że już je przygotowała i że dziś zjawią się w biurze Victory.
– Nie ma mowy o odmowie – oświadczył.
Zaczynała go nienawidzić. Dlaczego wcześniej nie uświadamiała sobie, że budzi jej niechęć?
– Dziękuję, Clare – powiedziała.
Naprzeciwko recepcji znajdowała się elegancka sala do prezentacji, gdzie gwiazdy i kupcy oglądali nowe kolekcje. Ściany i dywan miały kolor brudnego różu, a na suficie wisiały dwa niewielkie żyrandole z bakaratu. Dobieranie odcienia trwało tygodniami. Koncepcja różu była genialna – kobiety miały do niego naturalną skłonność, poza tym pasował do niemal każdej karnacji – jednak zazwyczaj róż okazywał się katastrofą. Gdy był zbyt jasny, wyglądał infantylnie, niewłaściwy odcień przypominał wszystkim papierek lakmusowy zanurzony w kwasie. Ten róż jednak, zmieszany z odrobiną beżu, był idealny i tworzył wyrafinowaną i kojącą atmosferę.
Jednak przy wejściu do showroomu zauważyła coś niepokojącego. Niemal pełny wieszak próbek z wiosennej kolekcji. Te ubrania zostały wysłane do domu towarowego Neiman Marcus w Dallas zaledwie trzy dni wcześniej, te, które nie zostaną sprzedane, miały wrócić dopiero pod koniec tygodnia. Żołądek Victory opadł w okolice kolan.
– Clare? Kiedy kolekcja wróciła?
– Och. – Clare spojrzała na nią zdenerwowana. – Dziś rano…
– Dzwonili z Neimana?
– Raczej nie. Ale musiałam wyjść do sklepu – podsunęła Clare z nadzieją. – Może zostawili wiadomość Zoe.
– Dzięki. – Victory udawała pogodę ducha. Ruszyła długim korytarzem do swojego gabinetu. Minęła przestronną wzorcownię i szwalnię, gdzie przy maszynach do szycia siedziały cztery kobiety. W dwóch innych pomieszczeniach podzielonych na boksy urzędowali rozmaici konsultanci, asystenci i praktykanci. Następne pomieszczenie, mały pokój, należało do jej rzeczniczki prasowej. Na końcu znajdował się niewielki gabinet kierowniczki biura i księgowej. Jak zwykle drzwi były zamknięte i ozdobione tabliczką z informacją o złym kocie. Victory zapukała i weszła.
– Cześć – powiedziała Marcia rzeczowym tonem i uniosła wzrok znad komputera. Była zaledwie o dwa lata starsza od Victory, ale należała do tych kobiet, które od liceum wyglądają na panie w średnim wieku. Nadal żyła tam, gdzie dorastała, w Queens, i od piętnastu lat miała tego samego chłopaka. Marcia była nudna, ale znakomicie radziła sobie z cyferkami, i Victory uważała się za szczęściarę, że znalazła taką pracownicę.
– Mogłabyś pracować w księgowości na Wall Street, Marcia – powiedziała jej kiedyś. – Tam miałabyś gwarancję stałego zatrudnienia.
– Moją gwarancją stałego zatrudnienia jest porządek w twoich księgach – odpowiedziała jej Marcia. Marcia nie lubiła zmian, a Victory doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że mogłaby jej mniej płacić. Wierzyła jednak święcie w to, że podwładny pracuje tak, jak jest opłacany, i że ludzi należy wynagradzać wedle ich zasług.
– Chyba będziemy miały problem. – Victory usiadła na metalowym krzesełku na wprost biurka Marcii. Marcia mogła mieć większe biuro, ładniej wyposażone, ale twierdziła, że taki wystrój – tanie meble i bałagan – jej odpowiada, bo odstrasza petentów.
– No. – Marcia pokiwała głową i wyciągnęła gumę do żucia z szuflady.
– Cholera – westchnęła Victory. – Miałam nadzieję, że powiesz, że tylko to sobie wymyśliłam, że mam się nie martwić i że wszystko będzie dobrze.
– Tylko to sobie wymyśliłaś. – Marcia z zapałem żuła gumę. – Znasz te sprawy równie dobrze jak ja, więc sama wiesz. – Stuknęła w parę klawiszy. – Jeśli japońska kolekcja sprzeda się tak jak w zeszłym roku, będzie dobrze. Ale sprzedaż w domach towarowych spadła o pięćdziesiąt procent.
– Au – powiedziała Victory.
– Przykre, prawda? – Marcia pokiwała głową. – Sukinkoty. Sprowadzają nas do poziomu mniej więcej sprzed trzech lat.
– A jeśli Japonia również okaże się katastrofą?
– To już nie będzie dobrze – odparła Marcia. – W zeszłym roku było z tego dwa miliony siedemset tysięcy. Raczej wolałybyśmy tego nie tracić.
– Sukinkoty – powiedziała Victory.
Księgowa popatrzyła na nią pytająco, a Victory zrobiło się niedobrze.
– Ale są też dobre wiadomości – oznajmiła Marcia. Połknęła gumę i sięgnęła po następny listek. Marcia po prostu zjadała gumę, a Victory słabła na myśl, jak muszą wyglądać wnętrzności jej księgowej. – Pamiętasz dodatki z zeszłego roku, dla sklepów wolnocłowych? Naprawdę nieźle się sprzedają. Wiesz, parasolki, kalosze i rękawiczki. Jak dotąd mamy zyski w wysokości pięciuset osiemdziesięciu dziewięciu tysięcy dolarów, a zapowiada się ohydna zimnica przez co najmniej pięć miesięcy.
– Kalosze i parasolki – mruknęła Victory. – Kto by pomyślał?
– To rzeczy potrzebne podczas podróży, których zawsze zapomina się spakować. I naprawdę trudno znaleźć urocze parasolki.
Victory pokiwała głową, krzywiąc się lekko na dźwięk słowa „urocze". Czy kiedykolwiek zdoła od niego uciec? „Victory Ford jest urocza!", wpisała nauczycielka z przedszkola do jej pierwszego świadectwa. To słowo ścigało ją przez całą drogę z Minnesoty na Manhattan. „Urocze! Urocze! Urocze!", krzyczał nagłówek nad jej pierwszym wywiadem w. Women's Wear Daily". Pomyślała, że nigdy się nie pozbędzie tej etykietki.
Urocza, pomyślała z niesmakiem. Innymi słowy, niegroźna. Miła, ale nie dość dobra, żeby ją traktować poważnie…
– Wiosenna kolekcja nie była urocza – powiedziała głośno.
– Nie. Nie była. – Marcia patrzyła wprost na nią.