Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
Wiedziała, że nie powinna angażować się uczuciowo w swoje filmy (zdaniem mężczyzn, tak właśnie postępują kobiety), ale nie dało się tak długo pracować nad projektem bez emocji. Kiedy film nie wypalał, było całkiem tak, jakby nie wyszło jej dobremu przyjacielowi. Przyjaciele mogą być pieprznięci, niepoukladani i beznadziejni, ale to nie oznacza, że się ich nie kocha i nie życzy się im sukcesu.
A po fiasku filmu, po jego śmierci, przez kilka dni Wendy zawsze kryła się w sekretnej czarnej dziurze wstydu. To nie film zawiódł, to ona. Zawiodła samą siebie i wszystkich pracujących nad projektem…
– Och, Wendy – powtarzał Shane, wzdychając z niesmakiem i przewracając oczyma. – Co ci tak zależy? To tylko głupi hollywoodzki film.
A ona odpowiadała z uśmiechem:
– Masz rację, kochany.
Ale tak naprawdę wcale nie miał racji. Najważniejsze w życiu było to, żeby człowiekowi na czymś zależało, naprawdę zależało. Trzeba było poświęcić się swojej pasji…
Zadzwoniła jej komórka.
– Shane – wyszeptała Wendy do dziewczyn.
– Szczęściara. – Sharline pokiwała głową i się uśmiechnęła. Ani ona, ani Myra nie były w poważnym związku od ponad pięciu lat i świadomość tego nigdy ich nie opuszczała.
Wendy wstała, żeby odebrać na korytarzu. Obite drzwi sali zamknęły się za nią cicho.
– Cześć – powiedziała z utęsknieniem. Dziś rozmawiała z nim po raz pierwszy.
– Jesteś zajęta? – odezwał się, dość zimno, jak uznała. Czyżby nie wiedział, że zaraz zaczyna się projekcja? Może zapomniała mu powiedzieć.
– Wszystko w porządku, skarbie? – zapytała ciepło i troskliwie.
– Musimy pogadać – oświadczył.
– Z dziećmi wszystko w porządku? Magdzie nic się nie stało, prawda?
– Dzieci są OK – odparł niecierpliwie. – Musimy pogadać.
Nie brzmiało to najlepiej. Przez umysł Wendy przelatywały rozmaite scenariusze. Umarł ktoś znajomy; urząd skarbowy zażądał więcej podatków; partnerzy wywalili Shane'a z restauracji. Uniosła wzrok. Victor Matrick szedł dziarskim krokiem przez korytarz. Dlaczego matki oraz mężowie najwyraźniej dysponowali szóstym zmysłem i zawsze dzwonili w najmniej odpowiednim momencie?
– Oddzwonic. Po projekcji – powiedziała najnormalniejszym głosem, jaki potrafiła z siebie wydobyć, i się rozłączyła.
– Witaj, Wendy. – Victor uścisnął jej dłoń.
– Miło cię widzieć, Victorze. Bardzo się cieszymy, że znalazłeś czas.
Przez chwilę stała zakłopotana, usiłując go przepuścić, żeby pierwszy wszedł do sali. Była kobietą, ale on był starszy i bardziej wpływowy. Starsi mają pierwszeństwo, pomyślała. Jednak mimo lat pracy w branży nadal nie wiedziała, jak postępować z ludźmi pokroju Victora Matricka – starymi, białymi mężczyznami na wysokich stanowiskach. Nienawidziła męskiej władzy. Za każdym razem, kiedy stawała oko w oko z facetem takim jak Victor, znów czuła się jak mała dziewczynka rywalizująca z ojcem. Nie łączyły ich bliskie więzy. Ojciec lekceważył Wendy, jakby nigdy nie wierzył, że córka cokolwiek osiągnie (nadal byl zdumiony, że znalazła pracę, a jeszcze bardziej zaszokowało go jej wynagrodzenie – kiedy odkrył, że Wendy zarabia ponad trzy miliony dolarów rocznie, oświadczył jedynie: „Ja już nie rozumiem świata"). Nico z kolei świetnie dawała sobie radę z mężczyznami w rodzaju Victora, posługując się subtelnym pochlebstwem. Rozmawiała z nimi na ich poziomie, jakby była jedną z nich. Wendy tego nie potrafiła. Nie była „jedną z nich", udawanie nie miało sensu.
– Myślisz, że to hit, Wendy? – zapytał. Victor był jednym z tych zwierzchników w wielkich firmach, którzy bez przerwy powtarzają imię podwładnego, rzekomo po to, by poczuł się ważny, ale tak naprawdę dlatego, żeby go onieśmielić swoją znakomitą pamięcią, jaką podwładny na pewno nie dysponuje.
– Tak, Victorze – odparła. – I to wielki.
– To właśnie lubię u swoich ludzi. Entuzjazm. – Victor zwinął prawą dłoń w pięść i uderzył nią o lewą. – Szable w dłoń!
Wendy weszła za Victorem do sali projekcyjnej i usiadła w rzędzie za nim. Ekran zatrzeszczał i ożył, białe światło oświetlało potylicę Victora porośniętą krótkimi, żółtosiwymi włosami. Wendy wcisnęła się w fotel i przez chwilę zastanawiała, jak by zareagował, gdyby podeszła do niego i powiedziała:
– Jasne, Victorze! Barbie w dłoń!
Dokładnie sto jedenaście minut później Tanner Cole pochylił się i pocałował Jenny Cadine w powozie, który konie ciągnęły po promenadzie w Central Parku. Wendy widziała zakończenie setki razy w montażowni, ale i tym razem poczuła przypływ łzawej satysfakcji, takiej, jaką czuje widownia, gdy uwierzy, że prawdziwa miłość zbawi świat. To właściwie powinno być najłatwiejsze do osiągnięcia, ale było najtrudniejsze. Obowiązywały sztywne zasady: mężczyzna o wysokim statusie społecznym zakochuje się w wartościowej i zasługującej na miłość, choć pochodzącej z niższej sfery społecznej kobiecie. (Albo dziewczynie. Jeszcze lepiej). Pięćdziesiąt lat feminizmu i edukacji oraz sukcesu nie pomogły wyrugować tego mitu i czasem wciskanie kobietom takich oczywistych bzdetów budziło niepokój Wendy. Jaki jednak miała wybór?
Pracowała w branży rozrywki, nie w sądzie, a poza tym ile kobiet chętnie pisałoby się na coś wręcz przeciwnego: kobieta o wysokim statusie społecznym (bystra, wpływowa, bogata) zakochuje się w mężczyźnie o niższym statusie… i utrzymuje go do końca życia?
Nie. To nie miałoby porównywalnej siły oddziaływania.
Sharline wychyliła się i poklepała Wendy po ramieniu.
– Chcę, żeby mnie też to spotkało – jęknęła, pokazując stopklatkę z pocałunkiem Jenny Cadine i Tannera Cole'a, na której ukazały się napisy końcowe.
– Nas to nigdy nie spotka – prychnęła Myra. – Jeszcze na to nie wpadłaś?
– Ale ja chcę – upierała się Sharline.
– A ja chcę jacht i prywatny samolot. Tyle że ich nie dostanę – syknęła Myra.
Wszyscy zaczęli wstawać.
– Fantastycznie, mała! – wrzasnął Tanner Cole spod ekranu.
– Znakomita robota, moi drodzy – oznajmił Victor Matrick. – Naprawdę, prima sort. Sełden, co powiesz? Hit?
Wendy się uśmiechnęła. Żołądek ścisnął się jej z radości pomieszanej ze strachem i złością. Film był jej, nie Seldena Rose'a. Selden nie miał z nim nic wspólnego, oprócz tego, że przeczytał scenariusz i odbył kilka rozmów telefonicznych, żeby skłonić do reżyserii Petera Simonsona. A teraz Selden podszedł do Victora i potrząsał jego ręką, podlizywał się Victorowi, gratulując mu, jakby to wszystko to była robota prezesa. Pieprzony, niemrawy Selden Rose z loczkami i głupawym uśmiechem (niektóre kobiety w firmie uważały go za przystojniaka, ale Wendy zjadliwie protestowała) usiłował odebrać jej zasługi…
Stanęła w przejściu dokładnie przed Victorem i Seldenem. Musiała dać im odczuć swoją obecność. Nieczęsto znajdowala się w tym samym pomieszczeniu co Victor Matrick, należało wykorzystać każdą sekundę. Przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się do Seldena, udając, że go słucha. Znała Rose'a od lat, jeszcze z czasów, kiedy pracował w Los Angeles. Słynął z nienasyconej ambicji. Podobnie jak Wendy. Do tanga trzeba dwojga.
– Victorze – powiedziała służalczym tonem (koszmar, ale niezbędny). – Muszę ci pogratulować twojego przywiązania do jakości. W całym filmie znać inteligencję SplatchVerner…
Oczy Victora zalśniły – albo błyskiem szaleństwa lub podeszłego wieku, albo mieszanki obu tych czynników.
– Moja inteligencja, Wendy, polega na tym, że zatrudniam do prowadzenia firmy najlepszych ludzi na świecie – odparł.
– Oboje odwaliliście kawał dobrej roboty.