Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
Wendy uśmiechnęła się do niego. Kątem oka zauważyła, że Jenny Cadine i Tanner Cole idą ku niej przejściem. Za pół minuty Jenny ją dopadnie… i wtedy będzie już po rozmowie z Seldenem i Victorem. Jenny wymagała uwagi. Była gwiazdą filmową i jako taka żądała pierwszeństwa.
– Dziękuję, Victorze. – Selden podłapał spojrzenie Wendy.
– Doskonale pracuje mi się z Wendy.
Wendy omal nie jęknęła, ale z jej twarzy nie znikał nieszczery uśmiech. A więc Selden tak pogrywał. Nagle zrozumiała: Selden chciał wcielić cały Parador do własnego działu, MovieTime. Zamierzał rządzić MovieTime i Paradorem i zostać szefem Wendy – co za horror! Trzy lata wcześniej, kiedy Splatch-Verner zakupił Parador, a ona stanęła na czele wytwórni, Selden Rose nie miał nic wspólnego z Paradorem, chodziło o jakieś nieprzyjemne problemy z byłą żoną… Nawet krążyły pogłoski, że Selden marzy o upadku Paradoru. Potem jednak Wendy uratowała studio, produkując pięć wielkich hitów w ciągu dwóch lat, a MovieTime ledwie wiązało koniec z końcem – nic dziwnego, że Selden żądał jej krwi.
Jenny Cadine była tuż-tuż. Wendy wciągnęła powietrze przez nos, w nadziei na zastrzyk tlenu do mózgu. Jeśli pozwoli, by Seldenowi uszło to na sucho na oczach Victora, Rose wsadzi swoje nieuczciwe paluchy w szczelinę i będzie ją rozwierał, dopóki nie otworzy się otchłań.
Musi mu je przytrzasnąć!
– Selden ogromnie mi pomógł, Victorze. – Pokiwała głową, z udawaną aprobatą dla poprzedniej uwagi Seldena. – W sprawie Prosięcia w sosie spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, ale to Selden skontaktował nas z Peterem Simonsonem, reżyserem. – Uśmiechnęła się, jak gdyby film zawdzięczał sukces temu telefonowi. – Który cudownie sobie poradził – dodała.
Zamilkła i pogratulowała sobie doskonałego ciosu. To wystarczyło, by Selden zrozumiał, że jeśli zamierza przekroczyć granicę, będzie musiał stanąć do walki, i jednocześnie przypomniało Victorowi, że choć Wendy tutaj rządzi, potrafi grać w zespole. Chwila też była idealna. W następnej sekundzie podeszła do nich Jenny Cadine i uwiesiła się na ramieniu Wendy, co oznaczało koniec wszystkich rozmów na temat inny niż Jenny.
– Wen… – wymruczała uwodzicielsko. – Jestem zmęczona. Chcę dziś przyjść do ciebie na kolację. Przyrządzisz mi swoją słynną lasagne?
Wendy poklepała ją po ramieniu.
– Znasz Victora Matricka, prawda?
Jenny, która miała metr osiemdziesiąt i ważyła niespełna sześćdziesiąt kilo (wliczając ze dwa kilo implantów z soli fizjologicznej w piersiach, pomyślała Wendy), z gracją węża oderwała się od Wendy i wyciągnęła długą, białą dłoń.
– Cześć, tatuśku – powiedziała, ujęła rękę Victora i wychyliła się ku niemu, żeby głośno cmoknąć go w policzek. Victor się rozpromienił. Bogu dzięki za Jenny, pomyślała Wendy. Ta dziewczyna wiedziała, gdzie stoją konfitury. – Bardzo mi się podobało, tatuśku – rozpływała się z zachwytu Jenny.
Grupka zaczęła sunąć ku schodom.
– Wendy pracuje nad nowym, świetnym scenariuszem dla mnie – mówiła Jenny do Victora. Jej niebieskie oczy były olbrzymie, a kiedy otwierała je szerzej, żeby podkreślić wagę swoich słów, nie dało się oderwać od niej wzroku. – To coś poważnego. Naszym zdaniem ma szanse na Oscara…
– Pogadaj o tym z Wendy. – Victor poklepał ją po ramieniu. – Nigdy nie kwestionuję działań moich podwładnych.
Uśmiechnął się do pozostałych i ruszył korytarzem do swojego gabinetu.
Selden Rose przycisnął guzik windy. Sala projekcyjna znajdowała się na przedostatnim piętrze, podobnie jak tajna winda do prywatnego gabinetu Victora oraz jadalni. Biura rozmaitych działów Splatch-Verner znajdowały się niżej, najwyżej z nich gabinet Wendy. Pocałowała Jenny w policzek i zaprosiła ją do siebie na ósmą. Selden stał przed windą i bawił się komórką. Wendy zastanawiała się, czy jest zły. To nie miało jednak znaczenia. Teraz, kiedy wykopała pod nim dołek, mogła sobie pozwolić na wspaniałomyślność.
– Gratuluję, Selden – oświadczyła i dodała bez cienia ironii: – Świetna robota.
Selden uniósł wzrok.
– To twój projekt. – Wzruszył ramionami.
To było nieco zdumiewające. Wendy miewała już do czynienia z ludźmi pokroju Seldena Rose'a (pełno ich było w przemyśle filmowym) i zwykle takie subtelne walki podjazdowe prowadziły do niemego wypowiedzenia wojny. Ale może Selden nie był aż tak krwiożerczy, jak mówiono, albo umiejętnie sprowadziła go do parteru i teraz się od niej na parę miesięcy odczepi. I dobrze, miała wystarczająco wiele powodów do zmartwień. Kiedy szła korytarzem do swojego gabinetu, zabrzęczała jej komórka. Podczas ostatnich dwóch godzin przyszło piętnaście wiadomości, w tym pięć od Josha, jeden od jej córki i trzy od Shane'a. Co się z nim działo? Pewnie chciał pieniędzy. Miał rację, musieli pogadać. Nie była bankomatem. Wybrała numer komórki córki.
– Czeeeść, maaamaaaa – powiedziała Magda, przeciągając samogłoski.
– Cześć, Hrabino Kicia Kocia – odparła Wendy.
– Chyba musisz kupić moi kucyka.
– Naprawdę? – Wendy nie była tak całkiem niezadowolona. Doszła do wniosku, że to zapewne rezultat udanej lekcji jazdy konnej w tej samej szkółce jeździeckiej, do której uczęszczała również córka Nico, Katrina. Wendy liczyła na to, że zajęcia przypadną córce do gustu. Magda była dziwną dziewczynką. Byłoby dobrze, gdyby razem z przyjaciółmi zajęła się czymś, co sprawia jej przyjemność. A poza tym, ile może kosztować kucyk? Przecież to tylko taki minikonik, prawda? Dwa-trzy tysiące dolarów?
– Znajdź jakieś ogłoszenia o sprzedaży kucyków w Internecie, i potem pogadamy – powiedziała.
Magda westchnęła z irytacją.
– Maaamaa. Nie tak się kupuje kucyki. Nie przez Internet. – Niesmak w głosie Magdy był niemal namacalny. – Musisz polecieć prywatnym samolotem do Palm Beach, tam mieszka człowiek, który hoduje najlepsze kucyki w kraju…
Jezu Chryste! Jedna lekcja jazdy konnej, a Magda zachowuje się tak, jakby planowała zwyciężyć w igrzyskach olimpijskich. Skąd wytrzasnęła te wszystkie bzdety?
– Skarbie, nie kupimy kucyka w Palm Beach – powiedziała Wendy cierpliwie. – Na pewno uda się nam znaleźć uroczego kucyka w… Nowym Jorku.
Czy to możliwe? Cholera, skąd się bierze kucyki? Gdzieś musiały być. W końcu Nowy Jork to siedlisko rozmaitych szkodników, ludzkich i nie tylko… Czyż nie mieszkały tu wszelkiego typu zwierzęta i robale, których istnienia nikt nie podejrzewał? – Pogadamy o tym, kiedy wrócę do domu. Jenny C. przychodzi na kolację.
– Jaka Jenny? – zapytała Magda łobuzersko.
Wendy westchnęła.
– Ta aktorka. Pamiętasz ją. To jedna z twoich ulubienic. Była księżniczką Spiczastonosą w tym twoim ukochanym filmie.
– Maaamaaa, on był animowany!
– Księżniczka mówiła jej głosem. – Wendy się poddała. – Czy tatuś jest w domu.
– Nie ma.
Telefon Wendy zabrzęczał. Shane.
– Tatuś jest na drugiej linii. Zadzwonię później. – Rozłączyła się.
Shane wysłał jej esemesa.
„Chce rozwodu", napisał.
Był to tak oczywisty krzyk o odrobinę uwagi, że Wendy omal nie parsknęła śmiechem. Shane nigdy nie poprosiłby o rozwód. Niby dokąd by poszedł? Co by jadł? Jak mógłby sobie pozwolić na te drogie koszule od Dolce & Gabbany, które tak strasznie kochał?
„Nie głupiej", odpisała. „Kocham cie".
„Poważnie".
„Przeloz rozwód", napisała. „Jen jest wygłodniała, kolacja u nas". I dodała jako postscriptum: „Wygłodniała. Rozumiesz?".
Pod numerem pięćdziesiątym piątym przy Siódmej Alei mieścił się najbardziej prestiżowy budynek w Garment District, usytuowany dokładnie pomiędzy Trzydziestą Dziewiątą a Czterdziestą Ulicą. Był wąski, z dyskretnie eleganckimi mieszkaniami – z fasadą z marmuru, a drzwi obrotowe z lśniącego brązu prowadziły do niewielkiej recepcji. Na ścianie wywieszono listę lokatorów, swoiste kto jest kto w branży mody: Oscar de la Renta, Donna Karan, Ralph Lauren – i w środku listy, Victory Ford.