Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
— Jasne, trzymaj się blisko mnie. Też nie chcę się zgubić.
Tak, gdy wpadliśmy do wody, była ona zimna. Pamiętałem to.
Przynajmniej wydawała się zimna w porównaniu z naszym ciepłym przytulnym łóżkiem. Wiatr również był lodowaty.
— Co się stało z górą?
— Alec, nie wiem tego. Wpadliśmy do wody razem. Chwyciłeś mnie i odpłynąłeś ze mną od statku. Jestem pewna, że to nas uratowało. Było jednak ciemno jak w grudniową noc, wiał silny wiatr i w tej ciemności wyrżnąłeś głową w lód. Wtedy właśnie o mały włos bym cię zgubiła. Straciłeś przytomność, najdroższy, i wypuściłeś mnie z rąk. Zanurzyłam się i nałykałam wody, wypłynęłam na powierzchnię, wyplułam ją i nigdzie nie mogłam cię znaleźć, Alec, nigdy w życiu nie byłam tak wystraszona. Nigdzie cię nie było. Nie mogłam cię dostrzec. Wyciągałam ręce we wszystkie strony i nie zdołałam cię dosięgnąć. Wołałam cię, a ty nie odpowiadałeś.
— Przepraszam cię.
— Nie powinnam była wpaść w panikę. Pomyślałam, że utonąłeś. Albo właśnie toniesz, a ja nie mogę ci pomóc. Ale wiosłując na oślep rękami, dotknęłam cię, chwyciłam mocno i znów wszystko było dobrze… dopóki nie okazało się, że mi nie odpowiadasz. Stwierdziłam jednak, że twoje serce bije pewnie i mocno, a więc ostatecznie wszystko wróci do normy. Objęłam cię z tyłu, utrzymując twoją twarz nad powierzchnią wody. Po dłuższym czasie obudziłeś się — i teraz wszystko jest w porządku.
— Wcale nie wpadłaś w panikę. Zginąłbym, gdyby tak się stało. Niewielu ludzi potrafiłoby dokonać tego co ty.
— Och, to nic nadzwyczajnego. Pracowałam jako ratownik na plaży na północ od Kopenhagi przez dwa sezony letnie. W piątki udzielałam lekcji. Przychodziło mnóstwo dzieciaków.
— Lekcje nie nauczą zachowania zimnej krwi, i to w takich egipskich ciemnościach. Nie bądź taka skromna. Co się stało ze statkiem? I z górą lodową?
— Alec, tego też nie wiem. Zanim cię nie znalazłam i nie upewniłam się, że nic ci nie jest, nie miałam czasu, aby się rozejrzeć. Gdy już to zrobiłam, ujrzałam to, co teraz. Nic, oprócz ciemności.
— Ciekaw jestem, czy statek zatonął? Oberwał przecież solidnie. Czy nie było wybuchu? Nic nie słyszałaś?
— Nie słyszałam eksplozji. Tylko wiatr i odgłosy zderzenia, które z pewnością też usłyszałeś, a potem, gdy już znaleźliśmy się w wodzie, kilka rozpaczliwych krzyków. Nawet jeśli zatonął, nie widziałam tego, lecz… Alec, przez jakieś pół godziny płynę z głową opartą o poduszkę czy materac. Czy to znaczy, że statek zatonął? A resztki unoszące się na wodzie?
— Niekoniecznie, ale to nie napawa optymizmem. Dlaczego opierasz o to głowę?
— Dlatego, że to się może przydać; Być może to jedna z poduszek z pokładu lub materaców z basenu, jest wypełniona kapokiem i może służyć jako tratwa ratunkowa.
— O to właśnie mi chodzi. Jeśli to jest lżejsze od wody, to dlaczego opierasz tylko o to głowę, zamiast wdrapać się na to?
— Dlatego, że nie mogłam tego zrobić, nie wypuszczając cię z objęć.
— Och, Margrethe, gdy już wydostaniemy się z tej kabały, czy zechcesz łaskawie dać mi szybkiego kopniaka? Jestem już teraz przytomny. Możemy sprawdzić, co to takiego. System Braille’a.
— Zgoda. Boją się jednak cię puścić, skoro nic nie widzę.
— Kochanie, ja również, w nie mniejszym stopniu, nie chciałbym cię zgubić. No dobrze, zróbmy tak. Trzymaj się mnie jedną ręką, a drugą sięgnij w tamtą stronę. Złap się mocno tej poduszki, czy cokolwiek to jest. Potem ja odwrócę się w twoją stronę i trzymając się ciebie, przesunę się wzdłuż twojej ręki do tej poduszki. Wtedy oboje zobaczymy, czy raczej poczujemy, co znaleźliśmy i jaki możemy z tego zrobić użytek.
Nie była to poduszka czy nawet materac z koi, lecz (sądząc z dotyku) wielki materac do opalania — przynajmniej sześć stóp szerokości i jeszcze więcej długości. Wystarczająco duży dla dwojga ludzi, czy nawet trojga, jeśli byliby ze sobą blisko zaprzyjaźnieni. Niemal równie dobry jak łódź ratunkowa!
Lepszy, bowiem na tym materacu była Margrethe! Przypomniał mi się bluźnierczy poemat, który krążył potajemnie po seminarium: „Dzban wina, bochen chleba i ty…” Wejście na materac, wiotki jak rosówka, gdy wokół jest ciemno, jak w samym środku stosu węgla, nie tylko sprawia trudność, lecz jest wręcz niemożliwe. Dokonaliśmy niemożliwego dzięki temu, że złapałem się materaca z całej siły obiema rękami, a Margrethe wpełzła po mnie. Potem podała mi rękę i wdrapałem się na materac. Gdy jednak oparłem się na łokciu, pośliznąłem się i ponownie plusnąłem do wody. Kierując się głosem Margrethe, wpadłem w ciemności na materac i po raz drugi wdrapałem się, powoli i ostrożnie, na gumowy pokład. Stwierdziliśmy, że najlepiej mogliśmy wykorzystać całą powierzchnię i wyporność materaca, leżąc na plecach rozciągnięci w „gwiazdę”, jak na rysunku Leonarda da Vinci, dzięki czemu rozłożyliśmy ciężar ciała na maksymalnej powierzchni.
— Dobrze się czujesz, kochanie? — zapytałem.
— Świetnie!
— Potrzebujesz czegoś?
— Niczego, co można tu dostać. Jest mi wygodnie, jestem spokojna i ty jesteś ze mną.
— Ja też tak czuję. Gdybyś jednak mogła otrzymać to, czego pragniesz, to co byś wybrała?
— Hmm… lody z gorącym sosem toffi.
Zastanowiłem się nad tym.
— Nie. Czekoladowe lody z syropem z prawoślazu i wisienką na wierzchu. I do tego filiżankę kawy.
— Czekolady! Ja jednak wolę lody z sosem toffi. Polubiłam je podczas pobytu w Ameryce. My, Duńczycy, potrafimy zrobić z lodów masę smakołyków, ale polanie lodowatego deseru gorącym sosem nigdy nie przyszło nam do głowy. Lody z gorącym sosem toffi. Najlepiej od razu podwójne.
— Zgoda. Postawię ci podwójne, jeśli tego pragniesz. Jestem hojnym facetem, daję słowo, a poza tym uratowałaś mi życie.
Musnęła moją dłoń.
— Alec, jesteś taki zabawny. Czuję się strasznie szczęśliwa. Jak myślisz, czy wyjdziemy z tego z życiem?
— Nie mam pojęcia, kochanie. Ironia losu polega na tym, że nikomu nie udaje się uniknąć swego losu. Obiecuję ci jednak, że zrobię wszystko, co będę mógł, żeby postawić ci te lody.
Oboje obudziliśmy się, gdy było już jasno. Tak jest, zasnąłem i wiem, że Margrethe spała również, gdyż obudziłem się na chwilę przed nią. Nasłuchiwałem spokojnie jej cichego pochrapywania, zanim nie ujrzałem, że otworzyła oczy. Nie spodziewałem się, że zdołam zasnąć, teraz jednak nie dziwię się, że to zrobiliśmy — idealne łóżko, idealna cisza, idealna temperatura, my oboje bardzo zmęczeni… i brak czegokolwiek, czym warto by się było przejmować, ponieważ nie istniało nic, zupełnie nic, co moglibyśmy uczynić, by poprawić naszą sytuację, zanim nadejdzie świt. Mam wrażenie, że zasypiając pomyślałem: Tak jest, Margrethe miała rację. Lody z gorącym sosem toffi są lepsze niż czekoladowe lody z syropem z prawoślazu. Pamiętam, że śniły mi się takie właśnie lody — pseudokoszmar, w którym nabierałem na łyżeczkę duży ich kęs… i unosiłem je do ust, aby stwierdzić, że jest pusta. Myślę, że to właśnie mnie obudziło.
Margrethe zwróciła głowę w moją stronę i uśmiechnęła się. Wyglądała jak szesnastolatka i to niebiańskiej urody. („Piersi twe jak dwoje koźląt, bliźniąt gazeli. Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja, i nie ma na tobie skazy”.)
— Dzień dobry, piękna.
Zachichotała.
— Dzień dobry, książę z bajki. Czy dobrze spałeś?
— Szczerze mówiąc, Margrethe, nie spałem tak dobrze od miesiąca. To dziwne. Jedyne, czego mi brak, to śniadania podanego do łóżka.