Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
Słonie przystanęły na samym skraju wierzbowego nadbrzeża. Zabrzmiały rogi, trąby i bębny. Strzelcy hinduscy pokrzykiwali donośnie, niektórzy strzelali z pistoletów. Dopiero teraz, przy wtórze tej niezwykłej wrzawy słonie wolno ruszyły w zarośla. Olbrzymie zwierzęta torowały sobie drogę niczym tarany, deptały krzewy, gięły drzewa bądź wyrywały je z korzeniami i odrzucały na bok.
Było już zupełnie zrozumiałe, że maharadża postanowił zamknąć krąg obławy nad brzegiem bagnistej rzeczki.
W miarę jak słonie coraz bardziej brnęły w nadrzeczne chaszcze, cichła wrzawa ludzka. Naraz w kilku miejscach równocześnie rozległy się najpierw przeraźliwe wrzaski dzikich pawi, a w ślad za nimi ostrzegawcze nawoływania małp.
“Pillau! Pillau, pillau...” — wrzeszczały pawie, jakby chciały przestrzec ludzi przed czyhającym na nich niebezpieczeństwem.
Słonie, na których jechali trzej biali łowcy dzikich zwierząt, jeszcze bardziej przybliżyły się do lektyki maharani Alwaru, albowiem powodujący nimi mahuci nie zlekceważyli ostrzeżenia. Wiedzieli doskonale, że tygrysa niełatwo można dostrzec w gęstwinie, lecz pawie i małpy, często napadane przez małe tygrysięta, zaprawiające się w ten sposób do samodzielnych łowów, niemal zawsze zdradzają jego obecność. Małpy w nocy nieraz dają się podejść panterze lub wężowi dusicielowi, natomiast podczas dnia zawsze pamiętają o obowiązku ostrożności. Nie mylą się nigdy, co do rodzaju zwierzęcia czatującego w gęstwinie; jeżeli to będzie dzik lub sarna, zachowują się spokojnie, ponieważ nic im od nich nie zagraża, lecz gdy jest to tygrys bądź pantera, wówczas krzykiem ostrzegają swe towarzyszki.
Tomek porozumiewawczo spojrzał na ojca. On również zrozumiał, co oznaczał niepokój pawi i małp. To tygrys musiał podnieść się ze swego legowiska.
W tej właśnie chwili maharadża wypalił w górę ze sztucera.
Na to hasło od strony rzeki rozległy się krzyki oraz huk broni palnej. Ostatnie ogniwo łańcucha obławy zostało zamknięte. Gdzieś z prawej strony zatrzeszczały krzewy. Kilka słoni zatrzymało się wyczekująco. Olbrzymie zwierzęta na pozór zdawały się być zupełnie spokojne, lecz nerwowe ruchy trąb węszących wokół i gniewny błysk ślepi zdradzały ich wielkie rozdrażnienie. Był to nieomylny znak, że w pobliżu znajdował się tygrys.
Maharadża oraz dwaj Anglicy trzymali już w rękach broń gotową do strzału. Lewe skrzydło obławy zacieśniało krąg. Pod potężnymi, słupowatymi nogami słoni łamały się krzewy. W dali rozbrzmiał straszliwy pomruk, przypominający przeciągły, żałosny jęk, i powtarzał się jeszcze kilkakrotnie w krótkich odstępach czasu.
Słonie poruszały wachlarzowatymi uszami, przestępując jednocześnie z nogi na nogę. Tomek drgnął usłyszawszy głębokie, gardlane pojękiwanie. Potem rozległo się groźne warczenie.
Zanim Tomek zdążył wypatrzyć tygrysa, słoń maharadży uniósł do góry trąbę. Maharadża błyskawicznie przyłożył sztucer do ramienia i nacisnął spust.
Huk strzału oraz przeraźliwy ryk ranionego zwierzęcia zlały się w jedno. Wysmukłe, giętkie, cynamonowobrunatne cielsko, pokryte czarnymi pręgami, skręciło się w gąszczu zieleni jak sprężyna. Ryk rozwścieczonego tygrysa skonał w grzmocie dalszych strzałów.
To pułkownik Burton i generał Mac Donald dobijali zranione zwierzę.
Święty słoń, dosiadany przez maharadżę Alwaru, wolno zbliżył się do drgającego jeszcze cielska tygrysa. Przetoczył je trąbą po ziemi, po czym wysoko podrzucił w powietrze. Gdy martwy tygrys upadł tuż u jego nóg, uniósł trąbę i krótkim trąbieniem obwieścił zwycięstwo.
Mosiężne trąby, rogi i bębny rozhuczały się w dżungli. Przy ich wtórze nagonka znów ruszyła w kierunku brzegu rzeki.
— Nie ma co gadać, zmyślnie wytresowali te słonie. Widziałeś, jak trąbami dawały znak do strzału? — powiedział bosman do Tomka, kiedy znaleźli się obok siebie.
— Naprawdę wspaniała tresura. W dogodnej do strzału chwili słonie same zatrzymują się i ruchem trąby przynaglają myśliwego — entuzjazmował się Tomek.
— Jak widać słonie są nie zastąpione do polowań na tygrysy — dodał bosman. — Koń dawno by już “posiał cykorię”, a tymczasem poczciwe słonisko, chociaż podrażnione jest do najwyższego stopnia widokiem drapieżnika, stoi spokojnie i jeszcze człowiekowi ułatwia zadanie.
— To prawda, konie lękają się tygrysów i za żadne skarby nie podejdą do nich.
— Słuchaj, brachu, jeżeli oni będą tak rąbali do każdego napotkanego zwierzaka, to nie dadzą nam okazji do schwytania żywcem tygrysa — zaniepokoił się marynarz.
— Niech się pan nie obawia, maharadża nie zrezygnuje łatwo z podniecającego widowiska — odpowiedział Tomek wzruszając ramionami. — Jestem niemal pewny, że tutaj znajduje się więcej tygrysów.
Głębokie, jakby gardłowe pojękiwania, dobiegające z głębi gąszczu, zdawały się potwierdzać jego słowa. Wkrótce na lewym skrzydle obławy rozległy się strzały, a potem ryk trafionego zwierzęcia.
Brzeg rzeki zapewne znajdował się już bardzo blisko. Ciężkie słonie coraz głębiej zapadały nogami w miękką, podmokłą ziemię, coraz wyraźniej było słychać okrzyki ludzi płynących w łodziach.
Wilmowski dotąd spokojnie obserwował przebieg polowania i czujnie nadsłuchiwał odgłosów znad rzeki. Teraz dał znak siedzącemu za nim Hindusowi, aby podał mu rozwidlony na jednym końcu drąg. Jednocześnie zawołał do swych towarzyszy, by przygotowali się do łowów.
Bosman niedbałym ruchem ujął widły, sprawdził ich wytrzymałość, po czym wygodnie usiadł na grzbiecie słonia, beztrosko rozglądając się po chaszczach. Tomek natomiast z niepokojem myślał o schwytaniu żywego tygrysa. Tygrysy radżputańskie należały, według zdania wielu myśliwych, do największych okazów tych zwierząt w Indiach. Miały one być nie tylko większe, lecz również i silniejsze, od najbardziej znanych tygrysów bengalskich. Polując na nie, taki doświadczony łowca jak Smuga omal nie stracił życia.
Tomek nie lękał się niebezpieczeństwa, lecz zdawało mu się, iż tak hałaśliwe polowanie w obecności słoni rozdrażnionych widokiem tygrysów nie stwarzało odpowiednich warunków do chwytania żywych drapieżników. Ponadto nie był pewny, czy w krytycznej chwili będą mogli liczyć na skuteczną pomoc krajowców nie obeznanych z tego rodzaju łowami. Tymczasem pomoc ta była konieczna, a najmniejsza nieostrożność lub zawahanie się w decydującym momencie mogły spowodować nieobliczalne następstwa.
Tomek nieznacznie zerknął na przykucniętego za nim na słoniu Hindusa. Półnagi krajowiec jedną ręką przytrzymywał się uprzęży, podczas gdy w drugiej ściskał rozwidlony drąg.
“Może jakoś to będzie”, pomyślał Tomek, pokrzepiony na duchu dość raźną miną towarzysza łowów. Przypomniał sobie, że przed wyruszeniem na polowanie, ojciec kilkakrotnie tłumaczył przydzielonym przez wielkiego radżputa pomocnikom, na czym polega ich rola.
Wzmożona wrzawa od strony rzeki przerwała rozmyślania chłopca. Na prawym skrzydle łańcucha obławy znów gęsto padały strzały, nie musiały wszakże być celne, gdyż nie towarzyszyły im skowyty śmiertelnie ranionych zwierząt. Słonie tymczasem wciąż parły na przód, zacieśniając krąg. Podrażnienie łagodnych zazwyczaj olbrzymów wzmogło się na dźwięk gniewnego, głuchego ryku w gęstwinie.
Na rozkaz Wilmowskiego mahuci siedzący za Tomkiem i bosmanem skierowali swoje słonie jeszcze bliżej zwierzęcia niosącego maharani. Cztery słonie szły teraz niemal tuż obok siebie. Wilmowski przykucnął, przytrzymując się uprzęży, i tak, gotów do skoku na ziemię, pilnie przepatrywał wzrokiem wierzbowy gąszcz.
Naraz słoń generała Mac Donalda przystanął raptownie i uniósł trąbę w górę. Zaledwie Anglik dojrzał pręgowate cielsko bestii, pospiesznie nacisnął spust. Chybił wprawdzie, lecz kula musiała przelecieć blisko łba tygrysa, bo zdezorientowany i przestraszony rzucił się wprost pod nogi słonia maharadży. Sztucer Manibhadry plunął ogniem, choć strzały nie mogły dosięgnąć tygrysa, kotłującego się między nogami słonia. Święty słoń w lot zrozumiał sytuację, toteż cofnął się gwałtownie i trąbą usiłował schwycić drapieżnika. Ten jednak z nieprawdopodobną zręcznością wyrwał mu się spod nóg.