Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
— A więc skazano pana na głód, drogi przyjacielu — odezwał się ponurym głosem. — W starożytności głodówkę uważano za jedną z najcięższych kar.
— Nie jest tak źle. Starożytna tortura głodu dlatego była tak nieznośna, że poddawany jej zdawał sobie sprawę, z nieuchronnej śmierci. Mnie to nie grozi, gdyż skazano mnie na męki, a nie na unicestwienie.
Romero odszedł, a ja znów się zdrzemnąłem. Nagle usłyszałem czyjś niewyraźny głos. Uniosłem się na łokciu. Po drugiej stronie przezroczystej ściany, stał, opierając się o nią rękami, Andre. Twarz szaleńca wykrzywiał uśmiech, jego mętne dniem oczy płonęły gorączkowym blaskiem, w którym jednak można było dostrzec iskierkę rozumu. Zbliżyłem się do niego, ale i wtedy nie zdołałem zrozumieć szybkiego, niewyraźnego mamrotania.
— Wiem — powiedziałem zmęczonym głosem. Miała babuleńka kozła rogatego. Idź spać.
Andre zachichotał, a potem powiedział dobitnie:
— Zwariuj! Zwariuj!
— Nie, Andre — odparłem po chwili, raczej sobie niż jemu. — Nie oszaleję, mój biedny przyjacielu. Nie mogę sobie na to pozwolić…
Tlejąca iskierka rozumu zgasła w jego oczach. Zachichotał jeszcze raz, wykrzywił się nieprzyjemnie i zaczął powtarzać coraz ciszej, jakby zasypał:
— Zwariuj! Zwariuj! Zwariuj!…
11
Głód mi zbytnio nie dokuczał, ale doprowadzało mnie do wściektości to, że moją głodówkę zamieniono w obrzydliwe widowisko. Nie otrzymywałem pożywienia, a moi przyjaciele nie mogli przełknąć choćby kęsa. Słyszałem, jak Mary namawiała Astra do jedzenia, karciła go, ale sama nie jadła. Jedynie Romero i Osima spokojnie się pożywiali i byłem im za to wdzięczny, gdyż im też nie przychodziło to z łatwością.
Pewnego dnia zawołałem Mary i powiedziałem gniewnie:
— Czy sądzisz, że będzie mi lżej, jak zachorujesz z wycieńczenia? Słaniająca się z głodu matka nie jest najlepszą opiekunką dla syna! Sama nalegałaś, abym traktował cię jak zwykłego członka załogi. Bierz przykład z Osimy i Romera!
— Spójrz więc na Kamagina — odparła. — Jestem twoją żoną, a on tylko kolegą i również nie je!
— Przynajmniej ty mnie nie męcz! — wykrzyknąłem i położyłem się na podłodze plecami do niej. Odeszła bez słowa. Później widziałem, że jadła.
Kamagin też się pożywiał. Udałem, że zasypiam, a tak dobrze udawałem, że istotnie zmorzył mnie sen. Wkrótce pojąłem, iż najlepiej dla wszystkich będzie, jeżeli zacznę przesypiać godziny, kiedy wszyscy pozostali są na nogach. Początkowo nie bardzo mi się to udawało, ale wkrótce nauczyłem się przywoływać sen wtedy, kiedy był potrzebny.
Słyszałem, że głodujący wyobrażali sobie najsmaczniejsze potrawy i tym doprowadzali się do szaleństwa. Przekonałem się, że w opowieściach tych było wiele przesady. Nie pociągały mnie obrazy uczt i obżarstwa. Wspominałem wprawdzie swoje ulubione syntetyczne grzyby mięsne, chrupiące pierożki i wiele innych pokarmów uzyskiwanych na Ziemi w drodze przeróbki ropy naftowej i jej produktów, ale nigdy nie przybrało to postaci obsesji. Dopiero po wielu dniach przypomniałem sobie nieudany szaszłyk z prawdziwego jagnięcia przyrządzony przez Romera i przyznam się, że wtedy nawet to cuchnące mięso przełknąłbym z radością.
Męki pragnienia też moim zdaniem nie są tak straszliwe, jakby to wynikało z niezliczonych opowiadań zachowanych w ludzkiej pamięci. Wiem, że w starożytności tysiące rozbitków umierały z pragnienia, ale jestem przekonany, że ich męczarnie wzmagały się na widok niezmierzonych mas słonej oceanicznej wody niezdatnej do picia. Powtórzę jeszcze raz to, co mówiłem Romerowi: najgorszy w głodówce jest strach przed śmiercią wzmagający cierpienia mające swe źródło w zjawiskach fizjologicznych, a mnie tego strachu pozbawili sami moi niezręczni kaci. Słabłem więc, ale nie traciłem ducha.
Koszmarów głodowych oszczędzono mi, ale za to nawiedzały mnie inne widziadła, które z każdym dniem stawały się coraz bardziej wyraziste. Znów zobaczyłem dziwną salę pod kopułą i znów biegłem pod ścianami wokół półprzezroczystej kuli bojąc się do niej zbliżyć. Znów na kopule pojawiły się wizerunki gwiezdne, wśród których przemykały ruchome światełka naszej floty szturmującej Perseusza. Wpatrywałem się w ognie krążowników Allana nie mogąc początkowo zrozumieć ich ruchów, aż wreszcie pojąłem, że obserwuję łowy na wygasłe ciała kosmiczne poza granicami skupiska gwiezdnego. Allan w moich majaczeniach podciągał zdobyte karty ku Perseuszowi, przygotowując je do anihilacji u ścian bariery nieeuklidesowej, aby po wybuchu wtargnąć do wnętrza twierdzy Zływrogów.
— Jeszcze raz znalazłem się w sterówce galaktycznej Niszczycieli — rzekłem któregoś wieczoru do Romera i następnie opowiedziałem mu cały swój niby-sen.
Romero przyjrzał mi się smutnie i badawczo: moje sny interesowały go jedynie jako sprawdzian mego stanu, dowód rozstroju psychiki.
— W starożytności psycholodzy uważali sny za urzeczywistnienie marzeń. Trzeba przyznać, drogi przyjacielu, że pańskie widzenia nader posłusznie kopiują pragnienia.
Sterówka Zływrogów przyśniła mi się tylko raz, natomiast Wielkiego Niszczyciela widywałem bardzo często. Władca pojawiał się w otoczeniu notabli, wśród których był także Orlan meldujący o zachowaniu się jeńców.
Moja rozpalona fantazja nadawała Niszczycielom dziwaczny wygląd, oblekała ich w fantasmagoryjne postacie, których wrogowie, wedle tego, co teraz wiem, nigdy nie przybierali. Wielki Niszczyciel natomiast i Orlan zawsze byli podobni do siebie. Zarówno wygląd członków sztabu Wielkiego Niszczyciela, jak i sposób ich porozumiewania się ze sobą były tak nieprawdopodobne, że coraz częściej zastanawiałem się, czy przypadkiem nie postradałem zmysłów.
Było jednak coś, co powstrzymywało mnie od tego wniosku. Ciało wprawdzie słabło, ale rozum pozostawał jasny. Poza obłędnymi majakami wszystko było realne: twarze przyjaciół, kształty otaczających przedmiotów. Nie to jednak było najważniejsze: poprzebierani w najfantastyczniejsze kształty notable dyskutowali jednak nader rozsądnie i logicznie. Ja sam, gdybym znalazł się w analogicznej sytuacji, rozmawiałbym ze swoimi pomocnikami podobnie.
Romero po pewnym czasie zmienił stosunek do mych majaczeń i nie było teraz dnia, aby nie pytał o ich treść. Zdumiewało mnie to i nawet nieco złościło.
— Zabawia się pan moim kosztem? — zapytałem go pewnego razu. — Czy też potrzebuje pan dodatkowych informacji o moim stanie psychicznym?
Pokręcił przecząco głową.
— Pańskie sny, admirale, niosą informację. Dziwnie wprawdzie zniekształconą, lecz realną informację o rzeczywistych wydarzeniach… Nie wiem, jak wieści o nich przenikają do pańskiego mózgu, może to głód uczynił pana nadwrażliwym, ale chyba istotnie bywa pan we śnie świadkiem narad sztabu naszych wrogów.
12
Dni przełomowe dla naszego lotu zapadły mi w pamięć ze wszystkimi szczegółami.
Wieczorem, przed kolacją, usnąłem. Obudziłem się w nocy, kiedy wszyscy spali. Usiadłem — wstać i przespacerować się po klatce, jak to robiłem do niedawna, nie miałem już sił. Ostatnio zacząłem gorzej widzieć, a w dodatku nocą samoświecące ściany przygasały i niczego wokół nie dostrzegałem. Głodówka za to wyostrzyła mi słuch i bez trudu chwytałem dźwięki, których dawniej nie potrafiłbym rozróżnić.
Dlatego natychmiast usłyszałem ostrożne kroki, których odgłos niemal całkowicie tonął w chrapaniu i ciężkich oddechach śpiących. Ktoś się skradał w moim kierunku. Znieruchomiałem. Do bólu w oczach wpatrywałem się w ciemność, aż w końcu dostrzegłem malutkiego człowieczka napierającego całym ciałem na przezroczystą barierę.