Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 104
Перейти на страницу:

Wstydliwy sen

Do piania kogutów, które zgodnie z prawami natury powinno poprzedzać świt, było jeszcze daleko, pewnie jakieś pięć albo sześć godzin, tak więc należało urządzić sobie nocleg.

Pelagia wróciła do gromadzkiej chaty, żeby zapytać sołtysa, gdzie można zanocować. W domu świeciły się okna, mniszka więc, zanim weszła, zajrzała przez jedno z nich.

Sołtysa w izbie nie było. Przy zbitym z desek stole siedział samotnie Sergiusz Siergiejewicz, a wzdłuż ścian ułożyli się na ławach pozostali uczestnicy ekspedycji.

Widać było z tego, że chatę przeznaczono na nocleg dla śledczego i jego oddziału. Bo gdzież by indziej ich umieścić? Stroganowka to nie miejsce dla zajazdu.

Dosyć długo siostra stała nieruchomo, patrząc na Sergiusza Siergiejewicza. Ach, jaki wyraz twarzy miał śledczy, kiedy sądził, że nikt go nie widzi! Ani śladu drwiny, ani śladu oschłości.

Czoło Dolinina poznaczyły wyrażające cierpienie zmarszczki, usta wykrzywiła tragiczna fałda, a oczy błyszczały podejrzanie mocno – czy nie z powodu łez?

Nagle Sergiusz Siergiejewicz opuścił głowę na skrzyżowane ręce, a jego ramiona zadrżały.

Jakże go żałowała – brak słów. Oto jaką udrękę nosi w sobie człowiek, ale nie ugina się, nie poddaje.

Tu mniszka przyłapała się na tym, że bardzo chciałaby przycisnąć jasną głowę cierpiętnika do piersi, pogładzić udręczone czoło, otrzeć łzy z oczu.

Dosyć – przeraziła się nagle – czy to na pewno litość? A jeśli nie?

Skoro ma być ze sobą całkowicie szczera, bez żadnych wykrętów, to dlaczego tak łatwo zgodziła się jechać z Dolininem do Stroganowki? Czy chodziło tylko o śledztwo i ochronę spraw Mitrofaniusza?

Nie, mateczko, spodobał ci się petersburski mistrz kryminalistyki, dowodziła sobie zakonnica. W dodatku ty, grzesznico, wyczułaś, że i sama mu się podobasz. No to zachciało się pobyć razem z nim. Co, może nie?

Tak, zwiesiła głowę Pelagia, właśnie tak.

Przypomniała sobie, jak ścisnęło się jej serce, kiedy zwrócił się do niej z niedopuszczalnymi słowami, że drugiej takiej nie ma na świecie i że gdyby nie była mniszką...

Ach, jaki wstyd! Ach, jak niedobrze!

A najgorsze to, że swą straszną opowieścią o kwasie siarkowym Sergiusz Siergiejewicz potrącił w niej jakąś czułą strunę. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego, niż kiedy w kobiecym sercu, trwającym w bezwzględnym rygorze – można nawet rzec: zaciśniętym w żelaznej rękawicy – nagle delikatnie zadźwięczy pewna, wydawałoby się, od dawna i na zawsze zerwana struna...

Czernica tak się przestraszyła, że zaszeptała modlitwę o wybawienie od pokuszenia. Strach wywołał stanowczość.

Pelagia wkroczyła na ganek, przeszła przez sień i zastukała do drzwi izby. Odczekała chwilę, aby Sergiusz Siergiejewicz zdążył dojść do siebie, i przestąpiła próg.

Dolinin podniósł się na jej widok. Opanować twarzy nie potrafił – patrzył na zakonnicę ze zdumieniem i omalże lękiem, zupełnie jakby przyłapano go na gorącym uczynku. To dodatkowo przekonało ją o słuszności decyzji.

– Wie pan co? Proszę na mnie nie czekać – oświadczyła Pelagia. – Proszę wracać, choćby zaraz. Po co ma się pan tu męczyć? Widzę, że nawet spać pan nie może. Skoro już, dzięki panu, znalazłam się w tej głuszy, zajmę się swoimi sprawami. W końcu jestem kierowniczką szkoły. Rozejrzę się, porozmawiam z chłopami, z sołtysem. Może oddadzą mi mniejsze dziewczynki na naukę. Po co mają rosnąć tu w nieuctwie?

Pomyślała: bo to prawda i koniecznie trzeba będzie zabrać Głuptaczkę, a jej babcię można umieścić w klasztornym szpitalu.

Była przekonana, że Dolinin zacznie protestować, a nawet się zirytuje.

Śledczy jednak patrzył na nią w milczeniu – nie wyrzekł ani słowa. Czyżby odgadł prawdziwą przyczynę? – przeraziła się Pelagia. Z pewnością się domyślił, wszak to człowiek mądry i subtelny.

Spuściła oczy, a może nawet się zaczerwieniła. W każdym razie policzki oblało jej gorąco. Sergiusz Siergiejewicz oschle, z wysiłkiem wydusił:

– Cóż... Może tak i lepiej... I rozkaszlał się.

– To nic – cicho, łagodnie powiedziała Pelagia. – To nic... Na żadne inne słowa pozwolić sobie nie mogła, ale i tych było aż nadto. To jest w samych słowach, całkowicie obojętnych, nie było niczego nagannego, lecz ton, jakim zostały wypowiedziane, był, rzecz jasna, niedopuszczalny.

Dolinin szarpnął się na ów ton, a jego oczy błysnęły złością, jeśli nie nienawiścią. Burknął:

– No, żegnam panią, żegnam. Odwrócił się.

Krzyknął na podwładnych:

– Co za wylegiwanie się, taka wasza mać! Wstawać!

To z macią było celowe, zrozumiała Pelagia. Żeby szybciej wyszła. Dziwny człowiek. Trudno takiemu żyć na świecie. A i z nim, zapewne, także trudno. Skłoniła się w stronę gniewnych pleców śledczego i wyszła. Postanowiła nocować w stodole na gromadzkim podwórzu. Nie było tam tak duszno jak w chacie, poza tym miała nadzieję, że uniknie karaluchów.

Weszła po drabince na górę, wstrząsnęła zleżałe siano. Położyła się. Przykryła rozwiniętym pledem. Nakazała sobie spać.

Że zaśpi, nie bała się.

Stodołę wybrała na nocleg także dlatego, że na dole były kury. Podskakiwał też żwawy kogucik, sądząc po upierzeniu, potomek tamtego jaskiniowego. Taki budzik zaspać nie da: pierwszym krzykiem, po północy, rozbudzi, da czas, żeby się umyć i zebrać myśli. Po drugim pianiu zaś trzeba będzie pospieszyć do młyna na spotkanie z Głuptaczką.

Słychać było, jak na podwórzu podwładni Dolinina zaprzęgają i ładują bagaże. Pelagia westchnęła, słysząc nerwowe, ostre polecenia Sergiusza Siergiejewicza. Brzęknęla uprząż, zaskrzypiały koła. Ekspedycja ruszyła w drogę powrotną.

Pelagia westchnęła jeszcze kilka razy, po czym zasnęła.

Przyśnił jej się straszny, grzeszny sen.

Straszne sny, rzecz jasna, miewała i wcześniej. Zdarzały się także grzeszne – rzadko której mniszce nie śnią się rzeczy wstydliwe. Władyka wyjaśniał, że takich snów nie ma się co obawiać, i nawet zabraniał się z nich spowiadać, bo to bzdura i chimera. Nie ma w tym grzechu, wręcz przeciwnie. Jeśli mnich albo mniszka w godzinach czuwania przepędza od siebie biesa cielesności, to ów przyczaja się do pory snu, kiedy słabnie wola człowieka, i wtedy, niczym mysz, włazi z podziemia w duszę.

Ale żeby sen był jednocześnie i straszny, i wstydliwy – nic takiego wcześniej Pelagii się nie przydarzyło.

A najbardziej zadziwiające, że przyśnił się jej wcale nie Sergiusz Siergiejewicz. Pelagia zobaczyła martwego chłopa Szełuchina – takiego, jaki siedział przywiązany do krzesła. Niby całkiem jak żywy, a w istocie martwy. Oczy otwarte i nawet błyszczą, ale to od nitrogliceryny. A otwarte są dlatego – pamięta Pelagia – że powieki utrzymuje wata.

Przyjrzała się nieboszczykowi i nagle widzi, że to jakby nie Szełuchin. Tamten wargi miał bladoliliowe i wąskie, a ten ma nabrzmiałe, jaskrawoczerwone. I oczy niezupełnie takie – wpadnięte i kłujące.

To na pewno nie Szełuchin, ustaliła śpiąca. Podobny, ale to nie on. To Manuił, nikt inny. I wystarczyło, że domyśliła się tożsamości martwego, gdy ów poruszył się nagle i przestał udawać nieboszczyka.

Najpierw mrugnął, ale nie obydwoma oczyma naraz, tylko po kolei, jakby dwukrotnie dawał znak. Potem oblizał powoli swoje czerwone wargi jeszcze bardziej czerwonym, wilgotnym językiem. Niby nic szczególnego – wielkie rzeczy, oblizał się człowiek, ale Pelagia nigdy w życiu nie widziała niczego straszniejszego. Zajęczała przez sen, zaczęła miotać głową po sianie.

1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)