Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Do trzeciej za to wemknął się tak zręcznie, że natychmiast zniknął z oczu. Pelagia złapała lampę i przecisnęła się w ślad za nim.
Ów przełaz był jeszcze ciaśniej szy niż ten, który prowadził z poziomu pierwszego na drugi. W pewnym miejscu, przypominającym szyjkę butelki, Pelagia omal nie utknęła. Sama przesunęła się jakoś, ale potem nie mogła sięgnąć po lampę.
Dalej wspinała się w nieprzeniknionych ciemnościach, wymacując oparcie dla rąk. Cała przemokła i zziębła – po skałach ściekała zimna woda. Nie oznaczało to jeszcze, że na górze jest wyjście – woda, jak wiadomo, przesączy się przez każdą szczelinę, niekiedy nawet przefiltruje przez zwartą skałę.
Mniszka odpędzała straszną myśclass="underline" oto korytarz zwęzi się do takiej szczeliny, że dalej posuwać się już nie zdołasz. Wówczas koniec, a przy tym straszny, dlatego że wycofać się nie jest możliwe. Utkwisz w tym kamiennym całunie i nikt nigdy cię nie odnajdzie... Po co ją poniosło za kogutem? Lepiej siedziałaby na dole i czekała na pomoc!
Gdzie on się podział, ten sprawca zguby? Taki to wszędzie przejdzie.
Pelagia bezsilnie przycisnęła czoło do mokrej skały i zamknęła oczy. W tym momencie Pietia dał znać o sobie: zawrzasnął na całe kogucie gardło, gdzieś na górze, blisko:
– KUKURYKUUUU!!!
Zdaje się, że nadeszła pora, aby zapiał po raz trzeci i ostatni. Siostra otworzyła oczy, zadarła głowę i zobaczyła słabo przesączające się światło! Krzyknęła i ruszyła do góry.
Niebo, dalibóg, niebo! Nieznośnie błyszczało i raziło przywykłe do ciemności oczy. Pelagia po pas wysunęła się z jamy, odetchnęła pełną piersią błogim zapachem otwartej przestrzeni.
Obok, na skale, jak gdyby nigdy nic, siedział Pietia i nie zwracając na mniszkę uwagi, coś sobie pracowicie wydziobywał spod czerwonego skrzydła.
Światło nie było takie jasne, jak w pierwszej chwili wydało się siostrze. Okazuje się, że ledwie zaczęło świtać, a słońce nie uniosło się jeszcze nad horyzontem.
Dziwne – zakonnica mogłaby przysiąc, że uwięziona spędziła w podziemiu kilka godzin, gdy tymczasem barwa nieba wskazywała, że najwyżej pół godziny. Jakież to jednak zagadkowe zjawisko – czas. To zastygnie w miejscu, to pędzi na złamanie karku i nigdy jedna minuta nie równa się drugiej, godzina godzinie, dzień dniowi, rok rokowi.
Należało wszakże ustalić, gdzież to ona się wydostała?
Tu okazało się, że całkowicie wyjść z dziury się nie da – nie ma dokąd. Szczelina, z której wyglądała siostra, znajdowała się w pionowej skale: ani wejść do góry, ani zejść na dół. Kogucik jeszcze jakoś ulokował się w skalnym wyżłobieniu, ale człowiek to przecież nie ptak.
Wyglądało na to, że radość była przedwczesna.
Wychyliwszy się, Pelagia z trwogą ujrzała, że ku dołowi urwisko jest nie tylko pionowe, ale jeszcze i podcięte. Nie ma mowy, żeby po czymś takim zejść. Skoczyć tym bardziej. Wysokość jakieś dziesięć sążni, na dole ostre kamienie.
Jak się stąd wydostać? Przecież nie do jaskini z powrotem. Dreszcze przejmowały na samą myśl. Poza tym wracać nie ma sensu – wszak wyjście zasypane.
Przyjrzawszy się lepiej, mniszka zrozumiała, że znajduje się dokładnie nad miejscem, gdzie wchodziła do jaskini. Poznała i klinowate zagłębienie, i krzaki. Dobrze widoczne było także samo wejście, przy czym... w ogóle nie było zasypane, tylko całkowicie otwarte!
Nie wierzyła własnym oczom.
Jak to możliwe? Czyżby przez te nieskończone pół godziny, kiedy wdrapywała się na górę, ktoś zdążył usunąć zawał?
Ale wówczas wokół rozrzucone byłyby kamienie, a jakoś ich nie widać.
Cuda, nic innego.
Z dołu dobiegł łoskot – początkowo niezbyt głośny, ale stopniowo nabierał siły.
Znowu lawina? Mniszka wychyliła się jeszcze bardziej i nagle na zboczu, powyżej wejścia, ujrzała człowieka, który zachowywał się nader dziwnie.
W rękach miał tęgi drąg, którego używał jako dźwigni: próbował poruszyć wielgachny blok skalny, spod którego sypały się w dół mniejsze kamienie.
Po chwili blok przechylił się i zwalił na dół.
Zatrzeszczały gałęzie – w ślad za głazem spadł na krzaki cały grad kamieni, a wejście zostało całkowicie zasypane.
Pelagia patrzyła jak zaczarowana. Nawet nie na sam zawał, ale na człowieka, który go wywołał. A ściślej – na głowę złoczyńcy.
Twarzy nie było z góry widać – zasłaniała ją włochata czapka ze zwisającym wilczym ogonem. I właśnie w ów ogon wpatrywała się mniszka.
To było to, na pewno to! Ogon Strąka, który wieczorem zwieszał się w lesie ze świerkowej gałęzi! Pelagia najbardziej przelękła się tego, że śpi i że to sen. Że zemdlała w zaczopowanej jaskini, że ją zamroczyło. Zaraz się ocknie i okaże się, że niczego nie ma – ani światła, ani świeżego powietrza – że jest tylko kamienny worek.
Zamknęła oczy aż do bólu w powiekach, zakryła rękami uszy.
Niczego nie widzieć, niczego nie słyszeć! Kiedy z wysiłku zadzwoniło w uszach, odsłoniła je i otworzyła oczy.
Nie, to nie sen.
Niebo, różowawy blask poranka, skalna ściana. Zniknęła tylko zjawa w wilczej czapce. Zostało jednak jej dzieło – zawalone na głucho wejście do jaskini.
A może to przywidzenie?
Potem Pelagia długo się modliła, nie próbując ogarnąć rozumem niedostępnych mu rzeczy. Dobrze jednak być mniszką: jeśli nie wiesz, co robić i co myśleć, możesz po prostu się pomodlić – a modlitw wszelakich znała wiele. I od diabelskiego pokuszenia, i od przedrannych utrapień, i od omroczenia duszy.
Nie od razu się uspokoiła – po godzinie, a może po dwóch, kiedy słońce porządnie już świeciło, zaczęła przemyśliwać, jak się wydostać.
I wymyśliła. Przykład dał jej Pietia-Pietuszek.
Widać znudziło mu się sterczeć na maleńkim występie niczym na żerdce. Zagdakał i zeskoczył ze stromizny.
Trzepocząc zaciekle krótkimi, mieniącymi się skrzydełkami, poszybował w dół. Tam otrząsnął się i nie oglądając na porzuconą w nieszczęściu przyjaciółkę, pobiegł po ścieżce.
Pelagia uwolniła się od paraliżu.
„Sukno jest mocne" – powiedziała sobie, macając swoją szatę. Jeśli podrzeć je na pasy, wyjdzie z tego lina, i to długa. Koniec można przywiązać obok, do skalnego występu.
Nie wystarczy jej, rzecz jasna, do samego dołu, ale nie ma takiej potrzeby. Byle spuścić się do zbocza, gdzie stał Wilczy Ogon, to stąd na oko pięć sążni, bo dalej jest już znacznie łagodniej. Jeśli jednak lina okaże się zbyt krótka, to są przecież jeszcze niciane pończochy.
To nic, to nic, jakoś to będzie.
V
MÓZG WAŻNIACZKI
Achillesowy obcas
Prokurator okręgowy Matwiej Bencjonowicz Berdyczowski miał pewną skłonność do patetycznych zwrotów – nabrał takiego przyzwyczajenia, występując w sądzie przed przysięgłymi. W życiu codziennym zdarzało się, że zaczynał mówić zwyczajnym językiem, po czym popadał w entuzjazm albo rozrzewnienie i zaraz pojawiały się rozmaite „dopokąd" i „zaprawdę".
Podobnie i teraz Berdyczowski zaczął rzeczowo, z powściągliwością właściwą dla poważnej rozmowy w wąskim kręgu, lecz nie utrzymał się w analitycznych ramach i ześlizgnął w ton dytyrambiczny.
– I jeszcze jedno – powiedział, przenosząc wzrok z Mitrofaniusza na Pelagię. – Jeśli państwo pozwolą, zaprawdę brak mi słów, ażeby wyrazić, droga siostro, cały mój podziw dla pani przytomności umysłu i dokładności! Po tak strasznym wstrząsie nie uległa pani nerwom, jak uczyniłaby to każda inna przedstawicielka słabej płci, a zresztą i dziewięciu na dziesięciu mężczyzn! Przeprowadziła pani najrzetelniejsze, najbardziej profesjonalne badanie świeżych śladów! A przy tym zupełnie sama, bez pana Dolinina! Jestem pełen uwielbienia dla pani dzielności!