Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
W czasie gdy mężczyźni budowali szałasy i zbierali chrust, zakonnica oddaliła się za potrzebą. Wstydząc się mężczyzn, zapuściła się dosyć daleko, bo zmierzch jeszcze całkiem nie zapadł, więc nie było obawy pobłądzenia.
Nagle skądś słabo zapachniało dymem, ale nie z polany, tylko z przeciwnej strony. Natychmiast przypomniały się jej opowieści o leśnych pożarach. Wielki Las palił się rzadko, bo ratowały go bagna, ale jeśli już zapłonął, to dla nikogo ani niczego nie było ratunku z tego piekła.
Wciągając nosem powietrze, Pelagia ruszyła w stronę podejrzanego zapachu. I rzeczywiście, ujrzała przed sobą drgający ogieniek. Może to próchno?
Kiedy do ogieńka było całkiem blisko, nagle rozległ się trzask. Niezbyt głośny, ale wyraźnie pochodził od żywej istoty. Mniszka zamarła.
Za świerkiem coś się poruszyło.
Nie coś – tylko ktoś!
Zdrętwiała ze strachu zakonnica zauważyła jakieś rytmiczne machanie. Przyjrzała się – ogon, i to wilczy! Najbardziej niepojęte było to, że ogon poruszał się nie nad ziemią, lecz dosyć wysoko, tak jakby zwierzę siedziało na gałęzi!
Pelagia przeżegnała się i cofnęła, mamrocząc: „W Bogu nasze schronienie i siła..." Z mroku dobiegło niegłośne powarkiwanie z jakimś dziwnym mlaskaniem; nie tyle drapieżne, ileprzywidziało się biednej mniszce – urągliwe.
Opamiętawszy się, szybko się odwróciła i co sił w nogach popędziła z powrotem.
Biegła tak, że potknęła się o kłodę, upadła i rozdarła sobie habit, ale nawet tego nie zauważyła; natychmiast zerwała się i puściła jeszcze szybciej.
Wypadła na polanę pobladła, z zagryzioną ze strachu wargą.
– Co się stało? Niedźwiedź? – wyskoczył jej na spotkanie Dolinin, wyciągając rewolwer. Policjanci sięgnęli po karabiny.
– Nie... nie – wydobyła z siebie Pelagia, chwytając ustami powietrze. – Nic takiego. Na widok ogniska i spokojnie siedzących współtowarzyszy zrobiło się jej wstyd. Wilk na gałęzi i w dodatku mlaskający? W lesie może przywidzieć się wszystko.
– No, no – rzekł cicho Sergiusz Siergiejewicz, odprowadzając ją na bok. – Nie należy pani do osób strachliwych, a jest pani teraz blada jak chusta. Co się przydarzyło?
– Tam wilk... Dziwny... Jakby siedział na drzewie. I pali się ogieniek... Przypomniałam sobie o Strąku. Wie pan, to takie leśne straszydło – przyznała się Pelagia z wymuszonym uśmiechem.
Ale Dolinin nie odpowiedział tym samym. Spojrzał ponad jej ramieniem w granatowiejącą wieczorną gęstwinę.
– No cóż, pójdziemy popatrzeć, co to za Strąk. Pokaże pani?
Ruszył przodem, świecąc latarką. Kroczył pewnie, nie kryjąc się, pod nogami trzeszczały gałązki, a strach przygasł i odstąpił.
– To tam – wskazała mniszka, doprowadzając śledczego do strasznego miejsca. – To tamten świerk. Sergiusz Siergiejewicz rozsunął bez wahania kłujące zielone łapy i pochylił się.
– Złamana gałązka – powiedział. – Ktoś na nią nastąpił, i to całkiem niedawno. Szkoda, że tu mech, bo zostałyby ślady.
– On... Ono warczało – poskarżyła się Pelagia. – I jakoś tak szyderczo, nie po zwierzęcemu. A najważniejsze, że ogon miało na takiej wysokości. – Wspięła się na palce, żeby pokazać. – Przysięgam! A ogieniek zniknął. I dymem też już nie pachnie...
Zrobiło jej się nieswojo, że wyplata takie bzdury. Dolinin jednak i tutaj nie pozwolił sobie na żarty. Pociągnął nosem.
– Odrobinę chyba tak... Wie pani, mademoiselle, jestem człowiekiem o naturze racjonalnej i kieruję się światopoglądem naukowym. Daleki jestem wszakże od myśli, że nauce znane są wszystkie ziemskie tajemnice, nie mówiąc już o tajemnicach nieba. Naiwnym byłoby sądzić, że istotę zjawisk wyczerpują prawa fizyki i chemii. Tylko bardzo ograniczeni ludzie mogą być materialistami. Ale pani nie jest materialistką?
– Nie.
– Dlaczego zatem tak się pani zdziwiła? Cóż, przestraszyła się pani, to zrozumiałe, ale dlaczego zaraz się dziwić? Sama pani widzi, jaka tu okolica. – Ogarnął ręką mrok, którym w nocy okrył się Las. – Gdzież miałoby się trzymać diabelstwo, jeśli nie w głębinach wód i w leśnych ostępach?
– Pan żartuje? – cicho zapytała Pelagia. Sergiusz Siergiejewicz westchnął.
– Proszę powiedzieć, czy Bóg i aniołowie istnieją?
– Tak.
– A zatem istnieje też Szatan i jego pomagierzy. To jedyny logiczny wniosek. Istnienie bieli niemożliwe jest bez istnienia czerni – podsumował niezwykły śledczy. – No dobrze, chodźmy napić się herbaty.
IV
CZY TO SEN?
Dziki Tatarzyn
Do Stroganowki dotarli czwartego dnia pod wieczór.
Wioszczyna rozrzuciła swoje niepozorne domki po obszernej łące, która, jak się zdaje, została odebrana Lasowi jeszcze w odległych czasach.
Jakieś dwieście, trzysta lat temu znajdowały się tutaj, jak wynikało z nazwy wsi, włości kupców Stroganowów – zdobywców Syberii. Z dawnych dni pozostał prostokąt ze zbutwiałych kloców – ślady po niewielkiej warowni – i kilka dziesiątków dołów na pamiątkę istniejącej tu niegdyś solnej faktorii.
Mieszkali w tej okolicy surowi długobrodzi chłopi, potomkowie stroganowowskich potępieńców, wszelkiej maści zbieraniny, która już w XVI wieku pociągnęła z całej Rusi na tutejszą wolniznę. To, że tubylcy nie należą do spokojnego rolniczego plemienia, wyczuwało się od razu – i z powodu braku pól uprawnych, i po malutkich, obronnych okienkach chat, i po suszących się na płotach zwierzęcych skórach. Stroganowowcy ziemi nie orali. Żyli z lasu i wyskrobywali z od dawna wyeksploatowanych dołów sól kamienną. Była byle jaka, szara, brali ją tylko chłopi z okolicznych gmin, i to za półdarmo.
Za sosnami zaś, po drugiej stronie bystrej kamienistej rzeczki, widać było urwiste skały – pierwsze zwiastuny Uralu.
Dolinin rozmawiał z sołtysem – ponurym dziadem, który niczym licho leśne obrosły był siwozielonkawymi włosami. Oprócz starca w gromadzkiej chacie byli jeszcze dwaj niemłodzi chłopi, którzy nie otwierali ust i tylko wybałuszali się z napięciem na nieproszonych gości.
Gdyby nie wójt gminy, który był dla starosty kumem, zapewne do żadnej rozmowy w ogóle by nie doszło.
Rzecz podstawowa, dla której tutaj jechali, wyjaśniła się niemal natychmiast.
Zajrzawszy do otwartej skrzyni, sołtys przeżegnał się i powiedział, że to na pewno Piet'ka Szełuchin, rodowity stroganowowiec. Już trzy lata, jak odszedł, i nikt go odtąd nie widział.
– W jakich okolicznościach opuścił miejsce zamieszkania? – zapytał Dolinin.
– Czegój to? – Sołtys, który posługiwał się miejscowym dialektem, dla obcych dosyć trudnym do zrozumienia, wytrzeszczył na śledczego oczy. – Coż powiedacie?
– No, dlaczego odszedł?
– O to, to, odszedł, to odszedł. My łoni onegoż domek odpisali na gromadę. – Dziad wskazał izbę, trzeba przyznać, że okropną, z niskim sufitem, w rogach aż czarną od pajęczyn.
– „Łoni" to w „zeszłym roku" – przetłumaczyła Pelagia. – W domu Szełuchina urządzili chatę gromadzką.
– Merci. Nie pytam go o chatę. Co to był za człowiek ten Szełuchin? Dlaczego opuścił wieś?
– ...człowieczyna. – Dziad wyraźnie wymówił to niezbyt ładne słowo, na które mniszka zmarszczyła się. – Chełpa, gnus. Do łży pirwy libo i co zemknąć.