Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Cóż było robić, poszła szukać przy „kamieniach". I wołała, i po kurzemu błagała, i płakała – wszystko na nic.
Tak dotarła do Czarciego Kamienia, gdzie z własnej woli nigdy by się nie zapuściła, a już na pewno nie sama.
– Dlaczego? – zapytała Pelagia. – Co to za Czarci Kamień?
– Mocno złościwe miejsce.
– Dlaczego złościwe?
– A dla jaśnie pana.
Głuptaczka opowiedziała, że bardzo dawno temu przy Czarcim Kamieniu zaginął przyjezdny pan.
Mówiła jej o tym babula, kiedy jeszcze od „leżuchy" nie odjęło jej języka. A babuli opowiadał o tym jej dziad.
Może sto lat temu, a może jeszcze dawniej, przyjechał do Stroganowki jaśnie pan. Szukał skarbów – złota, kamieni szlachetnych. Łaził po górach, gdzie miejscowi w życiu nie zaglądali, bo i po co. Kopał w ziemi, zapuszczał się do „pieczarów". Do „pieczaru" koło Czarciego Kamienia też wlazł. Wziął ze sobą koguta.
– Po co? – nie zrozumiała mniszka
– Bo kiegdy w pieczarze obłądzisz, kokota trza puścić, on zawdy wyście najdzie. Ale jaśnie panu kogut nie pomógł. Przepadli obydwaj – i człowiek, i ptak; z jaskini już nie wyszli.
Wtenczas wioskowi, ci odważniejsi, wyruszyli ich szukać. I znaleźli: po jaśnie panu sukienną czapkę, a po kogucie pióro z ogona.
Więcej nic. Czart ich porwał, bo to wiadomo – kamień jego.
Okropnie strasznie było Głuptaczce iść w takie miejsce, ale bez Białaski też nie ma co wracać. Szła „obokoło" przeklętej skały, „żałowała" (płakała), cała się trzęsła. Nagle słyszy – coś jakby kogut piał: głucho, jak spod ziemi. Zajrzała za wielki głaz i krzyknęła. Tam, za krzakiem, czerniało wejście, a pianie dochodziło właśnie stamtąd.
Zrozumiawszy, że to jest onaż jaśniepanowa jaskinia, Głuptaczka długo nie mogła się zdecydować, czy do niej wejść. Skąd tam się wziął kogut? Czyżby to ten sam, którego porwał czart? A może zaginiony pan też tam jest? Oj, jak strasznie!
Chciała już uciekać, gdy nagle słyszy – gdakanie. Znajome, Białaski!
To znaczy, że ona tam jest – w jaskini.
I przeżegnawszy się (modlitwy odmówić nie mogła – „niemowna" była), poszła szukać Białaski. Początkowo niczego nie mogła dostrzec – ciemno. Potem oczy trochę się przyzwyczaiły. Ujrzała białą plamę – Białaska. Rzuciła się do niej, a obok kogut. Ostry, bo co rusz na kurę wskakiwał. Patrzy, a tu trochę dalej leży brodaty mężczyzna w białej koszuli (tak w każdym razie Głuptaczce się wydawało) i pochrapuje. Gdyby mężczyzna nie spał, ubieżałaby z przeklętego miejsca i za nic by tam nie wróciła. Ale bać się śpiącego? To znaczy bała się przez jakiś czas, pewnie, ale potem przyjrzała się, zobaczyła, że nie jest straszny, obudziła go i razem z kogutem przyprowadziła do wsi.
Kokot ów, czerwonego upierzenia, przypadł Głuptaczce, bo jaskiniowy mężczyzna powiedział, żeby go sobie wzięła. Dobry to był kogut, miejscowe wiejskie nie mogły się z nim równać. Za kilka jajek Głuptaczka i babula użyczały go, żeby deptał cudze kury, i odtąd mocno im się poprawiło, a po kokocie pojawił się w Stroganowce gatunek „pytliwych" (to jest nienasyconych w deptaniu) czerwonych kogucików. Jego zaś po roku sąsiedzkie koguty zadziobały – za bardzo był już awanturny.
Wysłuchawszy opowieści do końca, Pelagia zaczęła wypytywać o Manuiła: jakim był człowiekiem, jak się zachowywał, czy był porządny? Pamiętała, za co chłopi przepędzili mniemanego proroka, i nie mogła sobie tego poskładać: jeśli tak, to dlaczego Głuptaczka tak bardzo martwi się o „szkaradę".
Dziewczynka niczego złego o swym krzywdzicielu nie powiedziała, wręcz przeciwnie. Kiedy o nim mówiła, jej głosik łagodniał i pojawiały się w nim marzycielskie nutki. Zdaje się, że spotkanie z „dzikim Tatarzynem" stało się najważniejszym wydarzeniem w jej malutkim, biednym życiu.
Jest dobry, powiedziała Głuptaczka. Dobrze było z nim „staczać gadki".
– Ale jakże mogliście rozmawiać? – nie wytrzymała Pelagia. – Ty byłaś niemowna, a on też, jak mówią, nie za bardzo.
W duchu pomyślała: a może udawał przed chłopami?
– Mieli gadałki – uparcie powtórzyła Głuptaczka. – Amanuił tak rokował, co ni słówka nie wyrozumiesz, a pobaczysz wszystko.
– To co on ci takiego opowiadał?
– Różnisto – odparła dziewczynka i spojrzała w niebo, na księżyc. Na jej twarzy błąkał się dziwny uśmiech, bynajmniej nie dziecięcy. – A bo to mała byłam i durna. Chcę go umawiać: „Nikędy nie chodź, żyj u nas z babulą", a sama tylko „me" i „me".
– To kiedy nauczyłaś się mówić?
– To on, Amanuił, zleczył mnie od niemoty. Peda: „Ty, dziewka, drzewiej gadać nie chciała, bo to ani z kim, ani o czym. A ze mną zagadasz".
– I wszystko to wyraził ci bez słów? – zapytała Pelagia z niedowierzaniem. Głuptaczka zamyśliła się.
– Nie pomnę. Zawiódł mnie nad rzeczkę, kazał zwlec się do gołego. Naczął wodą polewać na ciemko, po ramionach gładzić. Tak to słodko! I gusła przymawiał czarowne. A tu Waniatka od młynarzów nas spatrzał, poleciał za chłopami. Przylecieli ci oni i dawaj go, Amanuiła, kołatać, a za włosy po ziemie wlekać, a nogami! A ja jak nie wskrzyknę:
„Nie ruszajcie go! Nie ruszajcie!" Słowami wskrzykłam, jedno nikt nie usłuchał – tak siłno bałuszyli. I tak się zumiałam, że mogę słowami – że padłam bez pamiątki i leżałam dzień i wtóry. A jak się ocuciłam, już jego wyświecili... Żądałam lecieć za nim do Świętej Ziemi. Amanuił zonąd rodem.
– Z Ziemi Świętej? Skąd ci to przyszło?
– Bo i zjąd jeszcze taki by się przywziął? – zdziwiła się Głuptaczka. – A i sam mi o tym rokował. Jedno ja nie poleciała. Bo nie kazał. Ja jeszcze drzewiej się u niego wypraszałam – meczałam: „Weź mnie, weź". Bojałam się, że nie wyrozumie, bo kromie babuli żadny mnie nie usłuchał. A on wyrozumiał. „Rano tobie – peda – do Świętej Ziemi. Bo jak bez ciebie babula? Bóg dopuści, tedy do mnie przystępuj. Czekać będę".
Dopiero teraz, z pewnym opóźnieniem, do Pelagii dotarło, że dziewczynka może coś zaplatać albo, łagodniej mówiąc, fantazjować. Wymyśliła sobie bajkę i to daje jej pociechę. Bo, z drugiej strony, czym innym biedaczka mogłaby się pocieszać?
Pelagia pogładziła Głuptaczkę po głowie.
– Dlaczego milczysz? We wsi uważają cię za przygłupią niemowę, a ty taka mądrala. Porozmawiaj z wioskowymi, to od razu odniosą się do ciebie inaczej.
– Z kim tu gadać? – parsknęła Głuptaczka. – I o czym? Jedno z babulą rokuję, cichuczko. Powieczernie. O Amanuile jej powiedam, a ona słucha. Odkażać nie może, bo bez języka leży. Kiedy mała byłam, babula, bywało, gada i gada, a ja, głupia, meczę. Ninie opak. Ja gadam, babula meczy. Mdła ona, rychle pomrze. Pochowam ją i wonczas wolna będę. I pójdę do niego, do Amanuiła. Do Świętej Ziemi. Jedno wprzód podrosnę, dziewką będę. Na co mu mała dziewczynka? Trza jeszcze roczek, dwa czekać. Poźrzyj, co tu u mnie. – Głuptaczka z dumą rozpięła podartą sukienczynę, po czym pokazała ledwie nabrzmiewające piersiątka: najpierw jedno, potem drugie. – Baczysz? Rychle dziewką będę?
– Rychle – westchnęła Pelagia.
Obydwie zamilkły, zadumały się, a każda myślała o czym innym.
– Posłuchaj – powiedziała mniszka – czy mogłabyś pokazać mi tę jaskinię? No, tam gdzie znalazłaś Manuiła?
– Ukażę – łatwo zgodziła się Głuptaczka. – Jak kokoty wtórnie zapieją, zasię do młyna przychodź. Zawiodę.