Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– No? – zapytał Dolinin Pelagię. Ta wyjaśniła:
– Samochwał, próżniak. Kłamca zawołany. Nieobce mu było też złodziejstwo.
– Pasuje jak ulał – zauważył Sergiusz Siergiejewicz. – Zwyczaje zgadzają się. Dlaczego Szełuchin wydalił się nagle z tej pięknej okolicy? Niechaj lepiej pani o to zapyta, siostro, bo my z tym matuzalemem jakoś nie bardzo nawzajem się rozumiemy.
Pelagia zapytała.
Sołtys, wymieniwszy spojrzenia z milkliwymi chłopami, odrzekł, że Piet'ka „odszedł z dzikim Tatarzynem".
– Z kim? – zapytali chórem Sergiusz Siergiejewicz i zakonnica.
– Tuto byl taki człek. Nie nasz. Z dalecza, nie świadomo zjąd.
– Co to takiego „tuto"? – Dolinin spojrzał niecierpliwie na pomocnicę. – I jeszcze to „zjąd".
– Ależ proszę zaczekać. – Pelagia niegrzecznie opędziła się od niepojętnego śledczego. – Powiedzcie, dziadku, to jednak, skąd... zjąd Tatarzyn przyszedł?
– Nizjąd. Tatarzyna bo przyprowadziła Głuptaczka. Tu już i czernica się pogubiła.
– Co?
Po długich wyjaśnieniach, obfitujących we wszelkiego rodzaju nieporozumienia, okazało się, że Głuptaczka nazywają niemą i zdziwaczałą dziewczynkę, mieszkankę Stroganowki.
Między tubylcami rozgorzał spór na temat tego, jak naprawdę Głuptaczka ma na imię.
Jeden z chłopów uważał, że Stieszka, drugi, że Fimka. Sołtys na temat imienia głuptaski niczego powiedzieć nie potrafił, oznajmił jednak, że niemowa mieszka z babką Bobrychą, która „siedm roków" cierpi na „leżuchę" (paraliż). Głuptaczka opiekuje się chorą, jak potrafi, a i gromada tym czy tamtym pomaga.
Pewnego razu wiosną, trzy lata temu, ta właśnie Głuptaczka nie wiadomo skąd przyprowadziła „dalecznego" człowieka, „czyście dzikiego".
– Dlaczego dzikiego? – zapytała Pelagia.
– Ano nijak, tylko dziki. Łbem świdrzy, oczyska wypałubia, nieco rokuje, niby po ludzku, jedno bez nijakiego wyrozumienia. „Ej, fuani, ej, fuani". Czysty koślawiec, z tych, co to w miastach pod cerkwią mendykują.
– Koślawiec? To znaczy, że był kaleką? – przerwał słuchający z natężeniem Sergiusz Siergiejewicz.
– Nie – odparła mniszka. – „Koślawiec" to „nawiedzony". Powiedzcie, dziadku, a jak ten człowiek był odziany?
– Rachuj, że nijak. Bez portek, w samym wańtuchu, po wierzchu opasany jacynktowym sznorem.
– Jakim, jakim sznurem, siostrzyczko?
Pelagia odwróciła się do śledczego i cicho powiedziała:
– „Jacynktowy" to niebieski...
Dolinin gwizdnął.
– Masz, babo, placek. A zatem ten w skrzyni to nie Manujła... Quod erat demonstrandum.
– Proszę zaczekać. – Pelagia znowu zwróciła się do sołtysa. – A skąd wam to przyszło, że jest Tatarem?
Dziad spojrzał koso na czernicę, ale wprost nie odpowiedział – polecił zrobić to jednemu z chłopów.
– Dońka, ty jej rzeknij, mnie się nie godzi.
– My go do bani, coby go umyć, a u niego pyta obkorowana – wyjaśnił Dońka. – Jak u tatarstwa.
– Co? Co?
– To akurat zrozumiałem – odezwał się Sergiusz Siergiejewicz. – „Dziki Tatarzyn" był obrzezany. Nie ma wątpliwości, to Manujła. Ten łajdak istotnie jest nieśmiertelny...
W dalszej rozmowie ujawniły się kolejne szczegóły.
Piet'ka Szełuchin, najmarniejszy chłopina w całej Stroganowce, z jakichś powodów przywiązał się do „dzikiego", przygarnął do swej chaty i chodził za nim wszędzie jak za rodzonym bratem. Wedle świadectwa sołtysa naprawdę byli do siebie podobni – i z oblicza, i ze wzrostu. I tak właśnie Pietka nazywał obcego: „starszym bratem", ów zaś ochrzcił swego opiekuna mianem „Obłupanego"
– Niee, nie Obłupany. Obłupaniec. Szelujak. Tak go Tatarzyn wołał – poprawił Dońka.
– Ano tak – potwierdził drugi chłop. – Obłupaniec. I Piet'ka to przywziął.
Śledczy polecił zawezwać dziewczynkę, która przyprowadziła „Tatarzyna".
Sprowadzono ją, tyle że nic rozsądnego z tego nie wyszło. Głuptaczka miała zapewne około czternastu lat, ale z powodu mizernego wzrostu i zamorzenia wyglądała na dziesięć. O cokolwiek ją pytano, nie rozumiała – i tylko coś meczała. Przeczesywała brudną dłonią zmierzwione włosy i pociągała nosem.
Dolinin w końcu machnął na nią ręką.
– To, powiadasz, Szełuchin zaprzyjaźnił się z przybyszem? – zwrócił się do sołtysa. – A na jakiej właściwie podstawie?
Pelagia, westchnąwszy ciężko nad niepoprawnym Sergiuszem Siergiejewiczem, przygotowała się do przetłumaczenia pytania na język mieszkańców Stroganowki – w przeciwnym bowiem razie powtórzona zostałaby rozmowa księcia duńskiego z grabarzem („A na jakim podłożu? – Na jakim? Tu, w Danii"[3]). Gdy nagle, całkiem przypadkowo, spojrzała na kulącą się u drzwi Głuptaczkę. Teraz, kiedy dorośli przestali zwracać na nią uwagę, wyraz jej twarzy uległ zmianie: w pustych oczach zapaliły się ogniki, a głupkowatość zniknęła. Dziewczynka przysłuchiwała się rozmowie, i to jak pilnie!
– Mykaj, mykaj! – zawołał do niej sołtys. Niechętnie wyszła.
Rozmowa o „dzikim" była kontynuowana.
– To w czym Tatarzyn Piet'ce ugodził? – zapytała Pelagia.
– Piet'ka kłapał, że dziki o Świętej Ziemi mu rokował. W rzeczy o tym, jak żyć po prawdzie.
– Dlaczego „kłapał"?
– Alboż to Tatarzynowi o Świętej Ziemi rokować, acz on po naszemu ni zacz nie gwarzył?
– To znaczy, że zupełnie nie umiał mówić?
– Aha.
Jeden z chłopów (nie Dońka, tylko drugi) wtrącił swoje trzy grosze:
– Jak to tam oni z Głuptaczką, ojczaszku, a? Ona meczy, on glegocze. Zabawka. Ochrim to niegdy zadurowal, nie? „Głuptaczka – peda – oblubionego se przyswatała. Niczegowata rodzinka – Głupek i Głuptaczką".
Tu pogładził ręką brodę, co, jak się zdaje, oznaczało w Stroganowce najwyższy stopień lekkomyślności, sołtys bowiem osadził wesołka:
– Zębów nie susz. Alboż to przepomniałeś, jako było potem?
– A co było potem? – zainteresował się natychmiast Dolinin.
Stroganowowcy spojrzeli po sobie.
– Ano, wyświecili my Tatarzyna – powiedział sołtys. – Pokołatali słusznie, łbem do gruby i puhami precz.
– Co oni zrobili? – Sergiusz Siergiejewicz spojrzał bezradnie na mniszkę.
– Prawie na śmierć pobili, wrzucili do dołu z nieczystościami, a potem przegnali ze wsi batogami.
– Za co? – Dolinin skrzywił się na miejscowe obyczaje.
– Trza go było, szkaradę, na śmierć sprawić – z powagą oświadczył sołtys. – Albo pytę mu tatarską urwać. Głuptaczkę, sirotę ubogą, co to za nim jako psina latała, zesromocić chciał. Bo i nosi ziemia bestyje. Głuptaczka potem dwa dni leżała zamartwe.
Sergiusz Siergiejewicz zachmurzył się.
– No, a co Szełuchin?
– Za swoim Tatarzynem w las się podał. Jak my zaczęli paskudę sprawiać, Piet'ka polazł za łby z chłopami, nie dawał swojego „starszego" nakarać. To i Piętce my mordę skołatali. A jak pognali my Tatarzyna w las, Piet'ka tobołkę zawiązał i za nim. „Zatraci się on w lesie! – zwał. – To człowiek Boży!" I sporzej my Piętki nie widali, aż do dzisia.
– A powiedz no, dziadku, w którą to stronę odszedł od was Tatarzyn? Na zachód, na wschód, ku północy czy... jak to tam... ku siewioru? – zapytał Dolinin.
Pelagia cichutko wstała i skierowała się do drzwi.
3
William Szekspir, Hamlet, w przekładzie Macieja Słomczyńskiego.