Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Zmieszana taką ilością wykrzykników, a zwłaszcza „uwielbieniem", mniszka odpowiedziała, nieco się usprawiedliwiając:
– Jakże mogłam tego nie zrobić, skoro dziewczynka nie przyszła wypędzać krów? Trzeba było ustalić, gdzie się podziała. Ale nie powiedział pan jeszcze, co z plamami?
Matwiej Bencjonowicz westchnął boleśnie i tylko odrobinę popisując się terminologią naukową, odrzekł:
– W laboratorium zbadano woreczek z ziemią, którą zebrała pani w tamtym miejscu. Jak słusznie pani się wydawało, to istotnie krew, co potwierdza reakcja van Deyena na oddziaływanie wyciągiem z żywicy gwajakowej. Badanie surowicze metodą Ulenguta ustaliło zaś, że jest to, niestety, krew ludzka.
– Ach, jakie nieszczęście! – zawołała mniszka, załamując ręce. – Tego właśnie się bałam! Zabił biedaczkę, ukrył w jakiejś rozpadlinie i zasypał kamieniami! To przeze mnie straciła życie! Co teraz będzie z jej „babulą"?
Tu zalała się łzami, tak więc tym razem postąpiła dokładnie tak, jak należałoby oczekiwać od wyżej wspomnianych przedstawicielek słabej płci.
Mitrofaniusz zasępił się – źle znosił kobiece łzy, zwłaszcza gdy, jak teraz, lały się ze słusznych powodów.
– Po staruszkę poślę, niechaj umieszczą ją w naszym przytułku. Ale jakiż to złoczyńca z tego twojego Wilczego Ogona! Nie dość mu było ciebie, zakonnicy, musiał jeszcze i dziecko zabić! Czym mu ta dziewczynka zawiniła?
– Nie chciał, żeby opowiedziała we wsi, dokąd panią zaprowadziła – wyjaśnił prokurator, miętosząc w ręku czystą chusteczkę, którą chciał zaproponować Pelagii do otarcia łez, ale zabrakło mu śmiałości.
Siostra skorzystała z własnej chusteczki. Przyłożyła ją do oczu, wytarła nos. Zapytała niewyraźnie:
– A co ze śladem? Czy dobrze go odtworzyłam? Uradowany, że rozmowa powraca na mniej emocjonalne tory, Matwiej Bencjonowicz odparł pospiesznie:
– Mój ekspert twierdzi, że odcisk buta został odrysowany niemal idealnie. Jak to możliwe, że pani się nie bała – sama, prawdopodobnie na miejscu zabójstwa!
– Jeszcze jak się bałam! – Pelagia chlipnęla, powstrzymując szloch. – Ale co miałam robić? Kiedy wróciłam od Czarciego Kamienia do Stroganowki i dowiedziałam się, że Głuptaczka nie pojawiła się na wypęd bydła, zrobiło mi się słabo. Popędziłam do sołtysa i mówię: trzeba szukać. On zaś nie daje ludzi, niby że wszyscy przy pracy, zresztą niewielka strata – jakaś tam Głuptaczka. Wróciłam do Czarciego Kamienia sama, tąże drogą. Bałam się, to jasne, ale pomyślałam sobie: po co nikczemnik miałby tam tkwić? Z pewnością jest przekonany, że swój plan wykonał, że zamurował mnie w jaskini. Dotarłam do samego Kamienia, rozglądając się dookoła. W drodze powrotnej zaś patrzyłam już tylko pod nogi. No i na ścieżce, pod urwiskiem, znalazłam ślady na ziemi: smugę, jakby ktoś coś wlókł, ciemne plamy i odcisk buta. Wioskowi nie noszą butów, tylko łapcie. Sprawdziłam to później. Jedyna na całą Stroganowkę para jest u sołtysa. Wkłada je na odpusty i kiedy jeździ do gminy. Tyle że mają one zupełnie inną podeszwę.
– Tak, podeszwa jest niezwykła. – Berdyczowski skinął głową. – I jest to, pozwolę sobie zauważyć, nasz jedyny punkt zaczepienia. Czapka z wilczym ogonem to nic szczególnego. Zytiacy robią je od niepamiętnych czasów. Można je kupić także u nas, na bazarze w Zawołżsku, za pięć rubli. Ale ten but – to rzecz całkiem inna. Zelówka jest... jak by to ująć... interesująca, z ćwiekami, które układają się we wzór. Zwołałem u siebie naradę z udziałem najlepszych policjantów i śledczych. Proszę pozwolić. – Wyjął notes i odczytał: – „Nosek ścięty, czworokątny. Okuty dwudziestoma czterema ćwiekami, które tworzą trzy romby, rant dziesięciomilimetrowy, podkówka podwójna. Obcas kwadratowy, średniej wysokości. Wniosek: nie jest to wyrób fabryczny, lecz wysokiej klasy majstra, który ma własny styl". To dobrze, bo to umożliwia poszukiwania – wyjaśnił prokurator. – Gorzej natomiast, że w naszej guberni takiego majstra nie ma. Co jeszcze, by tak rzec, można wydobyć ze śladu? Wedle formuły de Parville'a, który ustalił, że wzrost człowieka to długość jego stopy pomnożona przez sześć i osiemset siedemdziesiąt sześć tysięcznych, otrzymamy, z cztero-, pięciomilimetrową poprawką na obuwie, że poszukiwany osobnik ma wzrost w granicach od metra siedemdziesiąt osiem do metra osiemdziesiąt cztery, to znaczy wysoki.
– Ile to będzie po naszemu? – skrzywił się przewielebny, niechętny najnowszej modzie przekładania wszystkiego z rosyjskich miar na metry. – No dobrze. Bóg z nimi, z tymi metrami. Powiedz lepiej, Matiusza, jak ty to wszystko widzisz?
Berdyczowski miał własną wersję, chociaż była ona dosyć mglista.
– Przestępca (za waszą przewielebnością będę go nazywał Wilczym Ogonem) podążał za siostrą Pelagią od samego Zawołżska. Na razie, ze względu na brak dowodów, powstrzymam się od pokusy założenia, że Wilczy Ogon i Szklane Oko to jedna i ta sama osoba. Nie budzi wszakże wątpliwości to, że przyczyny tak uporczywej uwagi, jaką zbrodniarz poświęca drogiej nam osobie, należy upatrywać nie w czym innym, tylko w uśmierceniu rzekomego proroka.
– Matwieju – poprosił przewielebny – wyrażaj się prościej, przecież nie występujesz w sądzie. Prokurator stracił wątek, ale tylko na chwilę.
– Prawdę mówiąc, jestem przekonany, że to jest właśnie Szklane Oko – powiedział już zwyczajnie, bez zadęcia. – Dowiedział się jakimś sposobem, że to siostra Pelagia naprowadziła na jego ślad, i postanowił się z nią porachować. Jeśli tak, to jest to człowiek niezrównoważony psychicznie. Przeczytałem niedawno niemiecką pracę na temat mściwości maniakalno-obsesyjnej. Wszystko się zgadza. Tacy osobnicy żyją z nieustannym poczuciem powszechnego spisku, który skierowany jest wyłącznie przeciwko nim, i ciągle poszukują winnych, a czasami mszczą się w naj okrutniejszy sposób. Coś takiego – tropić kobietę przez kilka setek wiorst, omal do samego Uralu! Przez las, wcześniej po rzece. Płynął łódką czy jak? A jaki nieludzki sposób zabójstwa wymyślił! I nie żal mu było dziewczynki. Proszę wybaczyć, ale to bez wątpienia maniak.
– Dlaczego nie zabił mnie w lesie? – zapytała Pelagia. – To byłoby najprostsze.
– Przecież mówię: zaciekła obsesja. Nie interesowało go zabicie pani „najprościej". Ośmielę się twierdzić, że te patologiczne typy lubią urządzać spektakle –jak choćby zamurowywanie żywcem w jaskini. Poza tym, jak się zdaje, chciał przedłużyć sobie przyjemność, poznęcać się. Czyż nie dlatego warczał na panią ze świerka? Bawił się jak kot z myszą.
Mniszka skinęła, uznając trafność wywodów prokuratora.
– Jeszcze jedna rzecz nie daje mi spokoju. Wciąż o tym myślę. Gdzie byłam, kiedy doszło do zawału: na dole, w jaskini, czy na górze? Jak mogłam widzieć z góry to, co zdarzyło się wcześniej?
Mitrofaniusz i Berdyczowski wymienili spojrzenia. Ten dziwny szczegół opowieści mniszki już między sobą omawiali i doszli do pewnych wniosków, które teraz przewielebny spróbował przekazać Pelagii – rzecz jasna, najdelikatniej, jak to możliwe.
– Sądzę, moja córko, że wstrząs wywołał u ciebie pomieszanie realności z jej pozorem. Czy nie mogło się tak zdarzyć, że Wilczy Ogon pojawił się w twej wyobraźni po przygodzie w lesie, która tak mocno cię przestraszyła? Dobrze, dobrze – powiedział pospiesznie Mitrofaniusz, widząc, jak te słowa wzburzyły Pelagię. – Bardzo możliwe, że tu w ogóle nie chodzi o ciebie, tylko o przyczyny zewnętrzne. Sama mówiłaś, że w jaskini jest jakieś szczególne powietrze, od którego lekko kręci się w głowie i dzwoni w uszach. Może wydziela się tam jakiś naturalny gaz, który wywołuje odurzenie – czytałem o takich przypadkach. Istnieją nieznane nauce substancje i emanacje, których działanie niedostępne jest ludzkim zmysłom. Czy pamiętasz, co było w Kanaanie?