Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Nie winił za to Alicji Hargreaves. Była dzieckiem społeczeństwa, w którym żyła. Jak wszystkie kobiety była taką, jaką uczynili ją mężczyźni. Miała charakter dość silny i umysł na tyle elastyczny, by wznieść się ponad niektóre z przesądów swojej epoki i klapy. Nieźle przystosowała się do nagości, nie okazywała też otwarcie wrogości ani pogardy Wilfredzie. Wraz z Burtonem popełniła czyn, będący w sprzeczności ze wszystkimi poglądami, które w sposób otwarty i utajony wpajano jej przez całe życie. I zrobiła to już pierwszego dnia pobytu na „tamtym świecie”, kiedy powinna na kolanach śpiewać hosanny, ponieważ „zgrzeszyła” i obiecywać, że nigdy więcej nie „zgrzeszy”, jeśli nie zostanie wtrącona w ognie piekielne.
Myślał o niej, kiedy szli w stronę wzgórz. Od czasu do czasu odwracał głowę, by na nią popatrzeć. Brak włosów sprawiał, że jej twarz wydawała się stara, za to regiony poniżej pępka wyglądały jak u dziecka. Wszyscy demonstrowali tę samą sprzeczność: starcy od szyi w górę, dzieci od pasa w dół.
Przesuwał się do tyłu, aż znalazł się obok niej. Szedł teraz za Frigatem i Loghu. Jeśli nawet jego próba rozmowy z Alicją spełzła na niczym, to przynajmniej będzie mógł popatrzeć na Loghu. Miała ślicznie zaokrąglone tylne części ciała; jej pośladki wyglądały jak dwa duże jajka. I kołysała nimi równie czarująco jak Alicja.
— Jeżeli ta noc tak cię unieszczęśliwiła — zaczął cichym głosem — to dlaczego ze mną zostałaś?
— Nie zostałam z panem! Zostałam z grupą. Myślałam o tym, co naszło w nocy, choć to dla mnie bolesne. Muszę być uczciwa. To narkotyk w tej obrzydliwej gumie sprawił, że zachowaliśmy się… tak, jak się zachowaliśmy. Ja przynajmniej wiem, że to właśnie było powodem moich czynów. Wątpliwości co do pana tłumaczę na pańską korzyść.
— Czy nie ma nadziei na powtórkę?
— Jak może pan o to pytać? Oczywiście, że nie! Jak pan śmie!
— Nie zmuszałem cię. Jak próbowałem cię przekonać, zrobiłaś to, co byś zrobiła, gdyby nie krępowały cię przeróżne zahamowania. Te zahamowania nie są złe — w pewnych okolicznościach, na przykład gdy się jest prawnie poślubioną żoną człowieka, którego się kocha w Anglii, na Ziemi: Ale Ziemia już nie istnieje, przynajmniej taka, jaką znamy. Ani Anglia, ani angielskie społeczeństwo. I jeżeli nawet cała ludzkość została wskrzeszona i rozrzucona wzdłuż brzegów tej rzeki, to i tak możesz nigdy nie spotkać swego męża. Nie jesteś już zamężna. Pamiętasz… póki śmierć nas nie rozłączy? Umarłaś, a więc jesteście rozłączeni. Co więcej, nie ma małżeństwa w niebie.
— Jest pan bluźniercą, — panie. Burton. Czytałam o panu w gazetach i znam kilka pańskich książek o Afryce i Indiach, a także tę o Mormonach w Ameryce. Słyszałam też historie, w które trudno mi było uwierzyć, takim przedstawiały pana niegodziwym. Reginald był bardzo oburzony, kiedy przeczytał pańską „Kasidah”. Powiedział, że nie chce w swoim domu takiej ohydnej, ateistycznej literatury i wrzucił wszystkie pańskie książki do pieca.
— Jeśli jestem tak niegodziwy, a ty czujesz się kobietą upadłą, dlaczego nie odejdziesz?
— Czy muszę tłumaczyć raz jeszcze? W innej, grupie mężczyźni mogli być jeszcze gorsi. I, jak zechciał pan uprzejmie zauważyć, nie zmuszał mnie pan. W każdym razie jestem pewna, że ma pan jakieś serce pod tą powłoką cynizmu i ironii. Widziałam łzy w pana oczach, kiedy niósł pan płaczącą Gwenafrę.
— Rozgryzłaś mnie — powiedział z uśmiechem. — Bardzo dobrze. Niech i tak będzie. Będę rycerski, nie będę cię uwodził ani się naprzykrzał: Ale kiedy znów zobaczysz, że żuję gumę, to lepiej gdzieś się schowaj. Tymczasem daję słowo honoru — nie musisz się mnie obawiać, dopóki nie znajdę się pod wpływem gumy.
Zatrzymała się, szeroko otwierając oczy.
Masz zamiar znowu jej użyć?
— Dlaczego nie? Wprawdzie zmieniła niektórych ludzi w dzikie bestie, ale na mnie nie podziałała w ten sposób. Nie łaknę jej, zatem nie sądzę, by tworzyła nawyk. Od czasu do czasu wypalałem fajkę opium i nie uzależniłem się, więc nie przypuszczam, żebym był psychicznie podatny na narkotyki.
— O ile dobrze rozumiem, często bywał pan mocno zamroczony. Pan i ta odrażająca kreatura Swinburne…
Przerwała. Jakiś mężczyzna krzyknął coś do niej i chociaż nie znała włoskiego, zrozumiała jego nieprzyzwoity gest. Zaczerwieniła się i szybkim krokiem ruszyła naprzód. Burton spojrzał na natręta. Był dobrze zbudowany i smagły, z dużym nosem, cofniętym podbródkiem i blisko siebie osadzonymi oczami. Mówił językiem półświatka Bolonii, gdzie Burton spędził sporo czasu badając relikty i grobowce Etrusków. Za nim stało dziesięciu mężczyzn, w większości sprawiających równie nieprzyjemne wrażenie jak ich przywódca oraz pięć kobiet. Było oczywiste, że chcieli przyłączyć do swojej grupy więcej kobiet. I równie oczywiste było, że mieli ochotę na kamienne noże i toporki grupy Burtona. Sami uzbrojeni byli tylko w swoje rogi obfitości i bambusowe kije.
11
Burton krzyknął i jego ludzie nie przystając zbili się w ciasną grupkę. Kazz nie zrozumiał słów, ale od razu wyczuł, co się dzieje. Cofnął się, by wraz z Burtonem iść w tylnej straży. Jego wygląd i toporek w wielkiej łapie na chwilę powstrzymały Bolończyków. Szli za nimi wykrzykując głośno docinki i groźby, ale nie zbliżali się. Kiedy jednak dotarli do wzgórz, ich przywódca rzucił jakiś rozkaz i zaatakowali.
Młodzik z blisko osadzonymi oczami wywijając swym rogiem obfitości, runął na Burtona. Ten uchylił się i gdy cylinder opadł w dół, pchnął włócznią. Kamienny grot wbił się w splot słoneczny i napastnik upadł. Kazz odbił pojemnik kolejnego przeciwnika drzewcem dzidy, ale uderzenie wyrwało mu ją z dłoni. Skoczył w przód i toporkiem trafił tamtego w głowę. Atakujący upadł z zakrwawioną czaszką.
Niewysoki Lev Ruach walnął jednego z Bolończyków cylindrem w pierś, po czym natychmiast skoczył na niego. Tamten próbował się podnieść, ale trafiony stopami w twarz przewrócił się znowu. Ruach pochylił się i wbił mu w ramię swój krzemienny nóż. Mężczyzna zerwał się z wrzaskiem i rzucił do ucieczki.
Frigate radził sobie lepiej niż Burton oczekiwał. Wprawdzie zbladł i zaczął drżeć, kiedy banda ich zaczepiła, ale teraz, z cylindrem przywiązanym do nadgarstka i siekierą w prawej ręce rzucił się do ataku. Dostał rogiem w ramię, lecz zdołał częściowo zablokować uderzenie. Upadł na bok. Któryś z nieprzyjaciół zamierzył się z góry bambusowym kijem, ale Amerykanin przetoczył się, uniósł cylinder i odbił nim cios. Natychmiast był na nogach, zaatakował przeciwnika głową i obaj upadli. Toporek Frigate'a dwukrotnie trafił tamtego w skroń.
Alicja rzuciła swój róg w twarz któregoś z Bolończyków, po czym dźgnęła go utwardzonym w ogniu ostrzem bambusowej dzidy. Loghu podbiegła z boku i kijem uderzyła innego mężczyznę w głowę tak mocno, że osunął się na kolana.
W sześćdziesiąt sekund było po bitwie. Pozostali członkowie bandy uciekli, a ich kobiety pobiegły za nimi. Burton przewrócił na plecy wrzeszczącego przywódcę i wyrwał mu z brzucha włócznię. Nie wbiła się głębiej niż na pół cala. Ranny wstał i zaciskając dłońmi krwawiącą ranę odszedł chwiejnym krokiem. Dwóch napastników było nieprzytomnych, lecz mieli duże szanse przeżycia. Przeciwnik Frigate'a nie żył.
Amerykanin zbladł, poczerwieniał i znowu zbladł. Najwyraźniej jednak nie czuł się źle ani nie dręczyły go wyrzuty sumienia. Jego twarz wyrażała raczej podniecenie. I ulgę.