Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
— Czy możemy tu znaleźć jakieś zaciszne miejsce? — zapytał March.
Chłopak spojrzał na niego z politowaniem.
— Nie ma tutaj żadnego zacisznego miejsca. I o to właśnie chodzi. — Przeszli w milczeniu kilka kroków. — Możemy spróbować w koszarach — dodał. — Wszyscy są teraz w stołówce.
Jost zaprowadził go do niskiego, pomalowanego na zielono budynku. W pogrążonym w półmroku wnętrzu unosiła się mocna woń męskiego potu. Sala mieściła około stu ustawionych w czterech rzędach łóżek. Jost nie pomylił się: nie było tu nikogo. Jego łóżko stało w jednym ze środkowych rzędów, w trzech czwartych długości sali. March usiadł na szorstkim brązowym kocu i poczęstował chłopaka papierosem.
— Tutaj nie wolno palić. March machnął paczką.
— Daj spokój. W razie czego powiesz, że ci kazałem.
Jost wziął z wdzięcznością papierosa. Ukląkł, otworzył metalową szafkę obok łóżka i zaczął szukać czegoś, co posłużyłoby za popielniczkę. Kiedy drzwiczki otworzyły się na oścież, March zobaczył zawartość szafki: czasopisma, kilka książek w miękkich okładkach i oprawiona w ramki fotografia.
— Mogę?
Kadet wzruszył ramionami.
— Jasne.
March wziął do ręki fotografię. Przedstawiała rodzinę i patrząc na nią, bezwiednie pomyślał o Weissach. Ojciec w mundurze SS. Nieśmiało wyglądająca matka w kapeluszu. Córka: ładna, może czternastoletnia dziewczyna z blond warkoczami. I sam Jost: uśmiechnięty i pyzaty, zupełnie niepodobny do klęczącej na kamiennej podłodze, krótko ostrzyżonej, udręczonej postaci.
— Zmieniłem się, prawda? — zapytał. March był wstrząśnięty i próbował to ukryć.
— To twoja siostra? — zapytał.
— Wciąż chodzi do szkoły.
— A ojciec?
— Prowadzi teraz firmę inżynieryjną w Dreźnie. Jako jeden z pierwszych wkroczył w czterdziestym pierwszym do Rosji. Stąd ten mundur. . .
March przyjrzał się uważnie wyprostowanej sztywno postaci.
— Czy nie ma przypadkiem Krzyża Rycerskiego? — zapytał. Było to najwyższe odznaczenie za odwagę na polu walki.
— O tak — odparł chłopak. — Autentyczny wojenny bohater. — Odebrał Marchowi fotografię i schował ją do szafki. — A pański ojciec?
— Służył w cesarskiej marynarce — odparł March. — Został ranny podczas pierwszej wojny światowej. Nigdy już nie doszedł do siebie.
— Ile miał pan lat, kiedy umarł?
— Siedem.
— Wciąż pan o nim myśli?
— Codziennie.
— Też wstąpił pan do marynarki?
— Prawie. Pływałem na U-Bootach.
Kadet powoli pokiwał głową. Jego blada twarz lekko się zaróżowiła.
— Wszyscy idziemy w ślady naszych ojców, prawda?
— Może większość z nas. Nie wszyscy.
Przez chwilę w milczeniu palili. March słyszał dochodzące z zewnątrz odgłosy wciąż trwającej gimnastyki.
— Raz, dwa, trzy… raz, dwa, trzy…
— Ci ludzie… — powiedział Jost i potrząsnął głową. — Jest taki wiersz Ericha Kästnera. Nazywa się „Marschliedchen”. Piosenka marszowa. — Zamknął oczy i zaczął recytować:
Nagła pasja chłopaka wprawiła Marcha w zakłopotanie.
— Kiedy to zostało napisane?
— W tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim.
— Nie znam tego.
— Nie powinien pan. To zakazany wiersz.
Na chwilę zapadło milczenie.
— Znamy już nazwisko człowieka, którego ciało odkryłeś — powiedział w końcu March. — To doktor Josef Buhler. Był wysokim dygnitarzem w Generalnej Guberni. I Brigadeführerem SS.
— O Boże… — Kadet skrył twarz w dłoniach.
— Jak widzisz, zrobiła się z tego poważna afera. Zanim do ciebie przyszedłem, sprawdziłem zapisy na głównej wartowni. Zanotowali, że wczoraj rano opuściłeś koszary jak zwykle o piątej trzydzieści. Podane przez ciebie czasy nie mają zatem sensu.
Jost nie odsłaniał twarzy. Między palcami wypalał mu się papieros. March pochylił się do przodu, wyjął go i zgasił. Podniósł się z łóżka.
— Patrz na mnie — powiedział. Chłopak podniósł wzrok, a March zaczął truchtać w miejscu. — To jesteś ty, wczoraj, dobrze? — Zaczął udawać zmęczenie, wydymając policzki i ocierając czoło przedramieniem. Jost mimo woli się uśmiechnął. — Dobrze — powtórzył March. Nie przestawał truchtać w miejscu. — Teraz myślisz o jakiejś książce albo o tym, jakie podłe jest życie. Wybiegasz z lasu i skręcasz w ścieżkę wiodącą wzdłuż jeziora. Leje jak z cebra i jest jeszcze ciemno, ale po lewej stronie coś przyciąga twój wzrok…
March obrócił głowę. Kadet wpatrywał się w niego jak zahipnotyzowany.
— Cokolwiek to jest, to nie ciało…
— Ale…
March wyciągnął w jego stronę palec.
— Nie wkopuj się głębiej w to gówno, dobrze ci radzę. Dwie godziny temu sprawdziłem dokładnie miejsce, gdzie znaleziono topielca. Nie mogłeś zobaczyć go ze ścieżki. — Znowu zaczął truchtać w miejscu. — Więc widzisz coś, ale się nie zatrzymujesz. Ale potem sumienie nie daje ci spokoju i pięć minut później postanawiasz wrócić i przyjrzeć się uważniej. Znajdujesz ciało. I dopiero wtedy zawiadamiasz policję.
Złapał Josta za ręce i pomógł mu wstać z łóżka.
— Biegnij ze mną! — rozkazał.
— Nie mogę…
— Biegnij!
Jost zaczął niezgrabnie szurać nogami. Stukali obcasami o kamienne płyty.
— Opisz teraz, co widzisz. Wybiegasz z lasu i jesteś na ścieżce prowadzącej wzdłuż jeziora.
— Proszę…
— Mów!
— Widzę… widzę… samochód… — Chłopak miał zamknięte oczy. — A teraz trzech mężczyzn. Pada ulewny deszcz… ubrani są w płaszcze i kaptury… niczym mnisi. Mają spuszczone głowy. Wspinają się po zboczu, które opada ku jezioru. Boję się… Przecinam drogę i wbiegam między drzewa, żeby mnie nie zauważyli.
— Mów dalej.
— Wsiadają do samochodu i odjeżdżają… Czekam jakiś czas, a potem wychodzę z lasu i odnajduję ciało.
— O czymś zapomniałeś.
— Nie, przysięgam…
— Widziałeś twarz. Kiedy wsiadali do samochodu, widziałeś twarz.
— Nie…
— Powiedz mi, kto to był, Jost. Widziałeś go. Znasz tego człowieka. Powiedz mi.
— To był Globus! — krzyknął Jost. — Widziałem Globusa.
4
Paczka, którą wyjął ze skrzynki pocztowej Buhlera, leżała obok niego na przednim siedzeniu. Jeszcze jej nie otworzył. Może to bomba, pomyślał, uruchamiając silnik volkswagena. W ciągu ostatnich miesięcy przysyłane pocztą bomby urwały ręce albo głowy kilku urzędnikom państwowym. Już sobie wyobrażał tytuł na trzeciej stronie „Tageblatt”: „Policjant ginie w tajemniczym wybuchu obok koszar”.
Objechał Schlachtensee i znalazł delikatesy, gdzie kupił bochenek czarnego chleba, kilka deko westfalskiej szynki i ćwiartkę szkockiej whisky. Słońce wciąż świeciło; powietrze było rześkie. Skręcił na zachód, oddalając się od jeziora. Miał zamiar zrobić coś, czego nie robił od wielu lat. Zafundować sobie piknik.