Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
— Dobrze — zgodził się Sam. — Szczęście to mieć wszystko, czego się chciało będąc dzieciakiem. Jeśli w wieku pięćdziesięciu lat można mieć wszystko, czego się chciało mając piętnaście lat… — i Sam Quatt zaczął snuć opowieść o symbolach, ambicjach i frustracjach swego chłopięctwa, które wreszcie zaspokoił. Przerwał dopiero na widok wychodzącego z sali operacyjnej Bakera.
— Koniec? — spytała żywo Jiz.
— Koniec. Po zaaplikowaniu mu narkozy mogłem pracować szybciej. Bandażują mu teraz twarz. Wyjdzie za parę minut.
— Jest osłabiony?
— Oczywiście.
— Kiedy będzie można zdjąć bandaże?
— Za sześć albo siedem dni.
— I jego twarz będzie czysta?
— Myślałem, że nie interesujesz się jego twarzą, moja droga. Powinna być czysta. Nie wydaje mi się, żebym przeoczył jakąś plamkę pigmentu. Możesz podziwiać moją zręczność, Jisbello… moją dalekowzroczność również. Zamierzam postawić na wyprawę ratowniczą Foyla.
— Co? — Quatt wybuchnął śmiechem. — Podejmujesz ryzyko chociaż szansę mają się jak tysiąc do jednego, Baker? Miałem cię za rozgarniętego.
— Bo jestem rozgarnięty. Ból był dla niego zbyt silny i mówił pod narkozą. Na pokładzie „Nomada” jest dwadzieścia milionów w platynowych sztabkach.
— Dwadzieścia milionów! — Sam Quatt pociemniał na twarzy i zwrócił się do Jisbelli. Ale ona również była wściekła.
— Nie patrz tak na mnie, Sam. Nie wiedziałam o tym. Przede mną też to ukrywał. Przysięgał, że nie ma pojęcia dlaczego Dagenham go prześladuje.
— Właśnie Dagenham mu o tym powiedział — wtrącił Baker. — To też mu się wymknęło.
— Zabiję go — powiedziała Jisbella. — Rozerwę go na strzępy moimi własnymi rękami i nie znajdziecie w jego tułowiu nic prócz czarnej zgnilizny. Będzie unikatem w twoim zoo, Baker. Proszę Boga, żeby oddał go w moje ręce.
Drzwi sali operacyjnej otworzyły się i dwóch pielęgniarzy wytoczyło z niej wózek, na którym, podrygując nieznacznie, leżał Foyle. Cała jego głowa była jedną wielką kulą bandaża.
— Jest przytomny? — spytał Quatt Bakera.
— Ja to załatwię — wybuchnęła Jisbella. — Powiem temu skur… Foyle!
Spod bandaży dała się słyszeć słaba odpowiedź Foyla. W momencie, gdy Jisbella, szykując się do szturmu, nabierała gwałtownie powietrza w płuca, jedna ze ścian szpitala zniknęła i rozległ się grzmot, który poderwał na nogi wszystkich obecnych. Cały budynek drżał w posadach od następujących jedna po drugiej eksplozji, a przez szczeliny w ścianach zaczęli wjauntowywać się z ulic umundurowani ludzie, niczym gawrony rzucające się na wnętrzności rozsiane po pobojowisku.
— Nalot! — krzyknął Baker. — Nalot!
— Jezu Chryste! — Wzdrygnął się Quatt.
Umundurowani ludzie roili się po całym budynku, krzycząc:
— Foyle! Foyle! Foyle! Foyle!
Baker zniknął z cmoknięciem. Jego asystenci jauntowali się również, porzucając wózek, na którym, machając nieporadnie rękami i nogami oraz wydając słabe dźwięki, spoczywał Foyle.
— To jakiś cholerny nalot! — Quatt potrząsnął Jisbellę za ramiona. — Uciekaj, dziewczyno, uciekaj!
— Nie możemy zostawić Foyla! — krzyknęła Jisbella.
— Opamiętaj się, dziewczyno! Uciekaj!
— Nie możemy uciekać bez niego!
Jisbella chwyciła za wózek i pchając go przed sobą pobiegła korytarzem. Quatt kłusował obok niej. Wrzaski w szpitalu stawały się coraz głośniejsze:
— Foyle! Foyle! Foyle!
— Zostaw go na miłość boską! — ponaglał Quatt. — Niech go sobie mają.
— Nie.
— Dziewczyno, jak nas złapią to koniec z nami.
— Nie możemy go zostawić.
Skręcili z poślizgiem za róg, wpadając w sam środek tłumu rekonwalescentów: trzepoczących skrzydłami ludzi-ptaków, pełzające po podłodze jak foki syreny, hermafrodyty, olbrzymów, pigmejów, dwugłowe bliźnięta, centaury oraz kwilącego sfinksa. Cała ta menażeria, przerażona, rzuciła się z pazurami na Jisbellę i Quatta.
— Ściągnij go z wózka! — wrzasnęła Jisbella.
Foyle niepewnie stanął na nogach. Jisbella chwyciła go pod ramię. Ciągnąc Foyla miedzy sobą, Sam z Jisbellą wpadli do sali wypełnionej osobliwościami czasowymi Bakera… obiektami o przyspieszonym poczuciu czasu, które miotały się po sali z oszałamiającą szybkością kolibrów, wydając przeszywające, nietoperzowe piski.
— Wyjauntuj go, Sam.
— Po tym jak próbował nas wykantować i nabrać?
— Nie możemy go zostawić. Teraz powinieneś już o tym wiedzieć. Wyjauntuj go do mieszkania Caistera!
Jisbella pomogła Samowi wziąć Foyla na barana. Osobliwości czasowe zdawały się wypełniać całą salę piszczącymi błyskawicami. Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Przez pomieszczenie przeleciało ze skowytem z tuzin strzałek z pistoletów pneumatycznych, strącając w locie pacjentów czasowych. Quatta cisnęło plecami o ścianę. Puścił Foyla. Na jego skroni pojawił się granatowy siniak.
— Uciekaj stąd, do diabła — ryknął Quatt. — Już po mnie.
— Sam!
— Koniec ze mną. Nie mogę jauntować. Uciekaj, dziewczyno!
Próbując otrząsnąć się z oszołomienia, które czyniło go niezdolnym do jauntowania, Quatt wyprostował się i runął jak burza na spotkanie wpadającego do sali tłumu umundurowanych ludzi. Jisbella chwyciła Foyla pod ramię i pociągnęła go przez spiżarnię, klinikę, magazyn brudnej bielizny i dalej, na dół, starożytnymi schodami, które uginały się pod ich ciężarem i wyrzucały w górę tumany termiciego pyłu.
Zbiegli do piwniczki na wiktuały. Menażeria Bakera korzystając z zamieszania wydostała się ze swych cel i rzuciła do piwnic na podobieństwo pszczół, które w zaatakowanym ulu ponad miarę obżerają się miodem. Dziewczyna cyklopka smarowała sobie usta masłem, czerpiąc je pełnymi garściami z cebrzyka. Łypnęła na nich swoim jedynym okiem usytuowanym tuż nad nasadą nosa.
Jisbella, ciągnąc za sobą Foyla, przebiegła przez piwnicę z wiktuałami i wyważyła kopniakiem zamknięte na skobel drewniane drzwi. Potykając się, zbiegli po zmurszałych ze starości schodach i znaleźli się w pomieszczeniu spełniającym niegdyś rolę składziku na węgiel. Wstrząsy i wrzaski rozlegające się na górze brzmiały tu bardziej basowo i dudniąco. Widniejący w jednej ze ścian składziku wylot zsypu zagradzała żelazna krata zamknięta na dwie przerdzewiałe zasuwy. Jisbella położyła dłonie Foyla na zasuwach. Odciągnęli je wspólnymi siłami i przez zsyp na węgiel wygramolili się z piwnicy.
Znalazłszy się na zewnątrz Fabryki Potworów, przywarli do jej tylnej ściany. Ponad sobą mieli luki trentońskich szybów rakietowych i gdy tak stali dysząc, niezdolni dobyć z siebie głosu, Jisbella ujrzała frachtowiec ześlizgujący się po wiązce antygrawitacyjnej do oczekującego nań otworu. Iluminatory jarzyły się, a światła pozycyjne mrugały oświetlając tylną ścianę szpitala niczym jakiś niesamowity neon.
Z dachu szpitala rzuciła się jakaś postać. Był to Sam Quatt próbujący desperackiego lotu. Nie wiedząc co robić z rękoma i nogami poszybował w przestrzeń z zamiarem osiągnięcia bijącej w górę, antygrawitacyjnej wiązki najbliższego szybu, która przechwytując go w połowie drogi do ziemi złagodziłaby upadek. Wycelował idealnie. Wpadł w snop wiązki pod kątem prostym, znajdując się jeszcze siedemnaście stóp nad ziemią. Wiązka była wyłączona. Spadł i roztrzaskał się na krawędzi szybu.
Jisbella załkała. Wciąż bezwiednie trzymając Foyla pod ramie, pobiegła przez pokiereszowany beton do ciała Sama Quatta. Tam puściła Foyla i czule dotknęła głowy Quatta. Jej palce splamiła krew. Foyle szarpał bandaż, wydłubując w nim otwory na oczy. Mamrotał coś do siebie, słysząc szloch Jisbelli i krzyki dochodzące z fabryki Bakera. Pogmerał rękoma przy ciele Quatta, potem wstał i spróbował podnieść Jisbellę.