Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Foyle uśmiechnął się zawzięcie.
— To Joseph i jego Ludzie Naukowi — powiedział. — Domagają się kilku słów wyjaśnienia. Dam im wymijającą odpowiedź. — Walnął dwa razy w kadłub. — A teraz osobista wiadomość dla mojej żony. — Twarz mu pociemniała. Grzmotnął ze złością w kadłub i odwrócił się. — Chodź. Idziemy.
Sygnały ścigały ich jednak w dalszym ciągu. Stało się oczywiste, iż zewnętrzna warstwa asteroidu została opuszczona przez jego mieszkańców; plemię wycofało się do środka planetki. Wtem, daleko w głębi szybu wykutego w aluminium otworzył się luk i w buchającym zeń snopie światła ukazał się Joseph w celofanowym skafandrze próżniowym. Stał tam w swym niezgrabnym worku gapiąc się swymi diabelskimi oczyma, składając błagalnie ręce i poruszając diabelskimi ustami.
Foyle utkwiwszy wzrok w starcu postąpił krok w jego kierunku i zatrzymał się, zaciskając pieści z narastającą furią. Grdyka chodziła mu w górę i w dół. Patrząc na Foyla, Jisbella krzyknęła z przerażenia. Na jego twarzy powrócił stary tatuaż krwawoczerwony na tle bladości twarzy, szkarłatny zamiast czarnego — prawdziwie tygrysia maska, zarówno pod względem barwy jak i wzoru.
— Gully! — krzyknęła. — Mój Boże! Twoja twarz!
Foyle puścił jej słowa mimo uszu. Stał wpatrując się w Josepha, który czyniąc błagalne gesty rękoma zapraszał ich, aby weszli do wnętrza asteroidu, po czym zniknął. Dopiero wtedy Foyle zwrócił się do Jisbelli:
— Co? Coś mówiłaś?
Poprzez przezroczystą kulę hełmu widziała wyraźnie jego twarz. I w miarę jak wściekłość Foyla opadała, Jisbella dostrzegła, że krwawoczerwony tatuaż blednie i znika.
— Widziałaś tego pajaca? — spytał Foyle. — To był Joseph. Widziałaś jak po tym co mi zrobili prosił i błagał…? Mówiłaś coś?
— Twoja twarz, Gully. Wiem co się stało z twoją twarzą.
— O czym ty mówisz?
— Chciałeś czegoś, co kontrolowałoby twoje zachowanie, Gully. No więc masz to. Własną twarz. Ona… — Jisbella zaczęła się histerycznie śmiać. — Będziesz się teraz musiał nauczyć panowania nad sobą, Gully. Nigdy nie będziesz mógł pofolgować emocjom… żadnym emocjom… bo…
Ale Foyle patrzył gdzieś ponad nią i nagle jak strzała wypuszczona z łuku wyprysnął z wrzaskiem z aluminiowego szybu. Zatrzymał się jak wryty przed otwartymi drzwiami i zaczął wydawać tryumfalne okrzyki. Były to drzwi do schowka na narzędzia cztery na cztery na dziewięć stóp. W schowku znajdowały się półki oraz walały się stare zapasy żywności i puste pojemniki. To była trumna Foyla na pokładzie „Nomada”.
Josephowi i jego ludziom udało się włączyć wrak do asteroidu, zanim rzeźnia wywołana ucieczką Foyla uniemożliwiła dalsze prace. Wnętrze statku pozostało praktycznie nietknięte. Foyle chwycił Jisbellę za ramię i pociągnął ją na krótką wycieczkę po „Nomadzie”. Zakończyli obchód w kabinie płatnika statku, gdzie Foyle tak długo darł kupy śmieci i połamanych gratów zawalających pomieszczenie, dopóki nie odsłonił masywnej, stalowej kuli, gładkiej i niedostępnej.
— Mamy teraz do wyboru — wysapał. — Albo oderwać sejf od kadłuba i zabrać go ze sobą na Ziemię, gdzie będziemy mogli spokojnie nad nim popracować, albo otworzyć go tutaj. Może Dagenham kłamał. Tak czy owak wszystko zależy od tego, jakie narzędzia miał Sam na Weekendowiczu. Wracamy na statek, Jiz.
Uwijając się w poszukiwaniu narzędzi po powrocie na Weekendowicza, nie zauważył nawet jej milczenia i zaabsorbowania.
— Nic nie ma! — wykrzyknął w końcu rozwścieczony. — Nie ma na pokładzie ani młotka, ani wiertła. Nic prócz otwieraczy do butelek i racji żywnościowych.
Jisbella nie odpowiedziała. Ani na chwile nie spuszczała wzroku z jego twarzy.
— Czego się tak na mnie gapisz. — zawołał Foyle.
— Jestem zafascynowana — odparła wolno Jisbella.
— Czym?
— Coś ci pokażę, Gully.
— Co?
— Jak bardzo tobą gardzę.
Jisbella wymierzyła Foylowi policzek, potem drugi i trzeci. Foyle poderwał się z furią, czując piekący ból twarzy. Jisbella podsunęła mu pod nos lusterko.
— Spójrz na siebie, Gully — powiedziała spokojnie. — Spójrz na swoją twarz.
Spojrzał. Zobaczył stare linie tatuażu płonące pod skórą krwawoczerwoną barwą, przekształcające jego twarz w szkarłatno-białą maskę tygrysa. Był tak sparaliżowany tym przerażającym widokiem, że jego wściekłość ulotniła się bez śladu i jednocześnie zniknęła maska.
— Mój Boże… wyszeptał. — O mój Boże…
— Musiałam cię zdenerwować, żeby ci to pokazać — powiedziała spokojnie Jisbella.
— Co to ma znaczyć, Jiz? Czy Baker spieprzył robotę?
— Nie sądzę. Myślę, że masz blizny pod skórą, Gully… po oryginalnym tatuażu, a także od jego wywabiania. Blizny po igle. Normalnie ich nie widać, ale pokazują się, kiedy twoje emocje biorą górę i twoje serce zaczyna pompować krew… kiedy jesteś wściekły lub przestraszony, albo namiętny, albo opętany… Rozumiesz?
Potrząsnął głową przypatrując się ciągle swej twarzy i dotykając jej z niedowierzaniem.
— Powiedziałeś, że chciałbyś mnie nosić w kieszeni, żebym ciebie szczypała, ilekroć stracisz panowanie nad sobą. Masz teraz coś lepszego, Gully, albo może coś gorszego, biedaku. Masz teraz swoją twarz.
— Nie! — jęknął Foyle. — Nie!
— Nie możesz nigdy stracić kontroli nad sobą, Gully. Nigdy nie będziesz mógł pić za dużo, jeść za dużo, kochać się za dużo, nienawidzić za bardzo… Musisz trzymać się w żelaznych karbach.
— Nie! — zaprotestował rozpaczliwie. — To można usunąć. Baker to potrafi, albo kto inny. Nie mogę spacerować po świecie w ciągłym strachu, żeby czegoś nie poczuć, bo przemieni mnie to w dziwoląga!
— Nie sądzę, żeby można to było usunąć, Gully.
— Przeszczep skóry…
— Nie. Te blizny są zbyt głęboko, żeby przeszczep coś tu pomógł. Nigdy nie pozbędziesz się tego piętna, Gully. Musisz nauczyć się z tym żyć.
W nagłym napadzie wściekłości, Foyle odrzucił od siebie lusterko i pod jego skórą znowu rozogniła się krwawoczerwona maska. Odbił się gwałtownym pchnięciem od ściany i wyprysnął z kabiny do głównej śluzy, gdzie ściągnął z wieszaka skafander i zaczął się w niego ubierać.
— Gully, dokąd idziesz? Co chcesz zrobić?
— Zdobyć narzędzia — warknął. — Narzędzia do sejfu.
— Gdzie?
— W asteroidzie. Mają tam z tuzin składów zapchanych narzędziami z rozwalonych statków. Muszą tam być wiertła… w ogóle wszystko, czego potrzebuję. Nie idź ze mną. Mogą być kłopoty. Jak teraz z moją cholerną gębą? Pokazało się? Chryste, mam nadzieje, że będą kłopoty!
Uszczelnił skafander i wrócił do asteroidu. Odszukał luk oddzielający zamieszkałe jądro od zniszczonej warstwy zewnętrznej i zabębnił w klapę. Poczekał chwile i zabębnił znowu. Powtarzał to ponaglające wezwanie, aż wreszcie klapa luku uchyliła się. Spoza niej wysunęło się ramie, wciągnęło go do środka i klapa zatrzasnęła się za nim. Luk nie miał śluzy powietrznej.
Mrugał, oślepiony jaskrawym światłem, spoglądając spode łba na zgromadzonych przed nim Josepha i jego niewinnych ludzi o straszliwie przyozdobionych twarzach. Wiedział już, że jego własne oblicze musi płonąć czerwienią i bielą, gdyż dostrzegł jak Joseph się wzdryga i widział jak diabelskie usta starca wykrzywiają się wymawiając sylaby: NO-MAD. Foyle podszedł do niego roztrącając brutalnie tłum i chlasnął Josepha na odlew w twarz swoją opancerzoną w rękawice skafandra dłonią.