Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]

Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:

Niezbyt odległa przyszłość, człowiek opanował układ słoneczny, posiadł też umiejętność teleportowania się z miejsca na miejsce, o ile zna koordynaty miejsca docelowego. Teleportować można się w obrębie planety, nikomu jednak nie udał się skok przez kosmiczną pustkę.
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 62
Перейти на страницу:

— Nie mogę znaleźć drzwi, Jiz. Drzwi z kliniki. Ja…

— Sza…!

— Ale…

— Cicho, Gully.

Namydlona dłoń znalazła jego usta i zacisnęła się na nich. Druga dłoń wpiła się tak mocno w jego ramię, że paznokcie przebiły mu skórę. Poprzez wrzawę dochodzącą z jaskiń przebijał stukot kroków zdających się rozlegać tuż tuż. Przez komory Sanitariatów biegli po omacku Strażnicy. Podczerwone oświetlenie nie zostało jeszcze naprawione.

— Mogą zauważyć okno — syknęła Jisbella. — Cicho.

Przykucnęli na podłodze. Kroki tupotały po komorach w oszałamiającym tempie. Potem oddaliły się.

— Poszli sobie — wyszeptała Jisbella. — Ale zaraz wrócą z reflektorami. Chodź, Gully. Wychodzimy.

— Ale drzwi do kliniki, Jiz. Zdaje mi się…

— Żadnych drzwi tu nie ma. Korzystają ze spiralnych schodów i kiedy wychodzą, wciągają je na górę. Oni również pomyśleli o tej drodze ucieczki. Będziemy musieli poszukać wyciągu pralni. Bóg jeden wie, co z tego wszystkiego wyniknie. Och, Gully, ty wariacie! Ty kompletny wariacie!

Przeleźli przez okienko obserwacyjne z powrotem do komór. Szukali w ciemnościach wyciągu, którym zabierane były stare ubrania i podawane nowe, a mechaniczne ręce ponownie mydliły ich, spryskiwały i dezynfekowały. Nic nie mogli znaleźć. Wtem miauczenie syreny, odbijając się echem po jaskiniach, wyciszyło wszystkie inne dźwięki. Zapadła cisza równie przytłaczająca jak i ciemność.

— Tropią nas G-fonem, Gully.

— G… czym?

— Geofonem. Wykrywa szept przez pół mili litej skały. Syrena była sygnałem do wyciszenia.

— A wyciąg pralni?

— Nie mogę go znaleźć.

— No to chodź.

— Gdzie?

— Uciekamy.

— Dokąd?

— Nie wiem, ale nie dam się złapać klawiszom. Trochę gimnastyki dobrze ci zrobi.

Znowu popchnął Jisbellę przed sobą i potykając się co chwila pobiegli dysząc przez czerń korytarza prowadzącego w dół, do najgłębiej położonych partii Południowej Ćwiartki. Jisbella upadła dwa razy, zawadzając o występy ściany na zakrętach. Foyle objął prowadzenie i biegł trzymając przed sobą jak antenę, trzonek kowalskiego młota. Nagle zderzył się ze ścianą i zdał sobie sprawę, że dotarli do końca ślepego korytarza. Znaleźli się w pułapce.

— Co teraz?

— Nie wiem. To mi też wygląda na ślepą uliczkę moich pomysłów. Wrócić nie możemy na pewno. Sprałem w biurze Dagenhama. Nienawidzę tego faceta. Wygląda jak etykieta na buteleczce z trucizną. Masz jakąś myśl, mała?

— Och, Gully… Gully — zaszlochała Jisbella.

— Liczyłem na twoje pomysły. „Koniec z bombami”, mówiłaś. Teraz chciałbym mieć jedną. Mógłbym… Chwileczkę. — Dotknął wilgotnej ściany, o którą się opierali. Pod palcami wyczuł karbowaną szachownice murarskich spoin. — Komunikat od G. Foyla: „To nie jest naturalna ściana jaskini. To jest sztuczny mur. Z cegły i kamieni. Czuję”.

— Tak? — Jisbella pomacała ścianę.

— To by znaczyło, że korytarz tu się nie kończy. Biegnie dalej. Zamurowali go. Odcięli drogę.

Odepchnął Jisbellę od muru, przyłożył ręce do ziemi, aby natrzeć namydlone dłonie piaskiem i zaczął walić młotem w ścianę. Walił jednostajnym rytmem, chrząkając i posapując. Stalowy młot uderzał w mur z głuchym odgłosem, jaki wydają zderzające się pod wodą kamienie.

— Nadchodzą — powiedziała Jiz. — Słyszę ich.

Głuchy łomot ciosów przeszedł w odgłosy kruszenia i miażdżenia. Najpierw rozległ się cichy szmer, a potem ruszyła lawina kamyków i pokruszonej zaprawy. Foyle zdwoił wysiłki. Wtem usłyszeli rumor i twarze owiał im prąd lodowatego powietrza.

— Przebite — wymamrotał Foyle.

Zaatakował z wściekłością krawędzie wybitej w murze dziury. Wokół fruwały cegły, kamienie i okruchy starej murarskiej zaprawy. Foyle przerwał i zawołał do Jisbelli.

— Spróbuj.

Odrzucił młot, pochwycił dziewczynę wpół i podniósł ją do ziejącego na wysokości piersi otworu. Wydała okrzyk bólu, próbując przecisnąć się przez ostre krawędzie. Foyle pchał ją bezlitośnie, aż przepchnął ramiona i biodra. Puścił nogi dziewczyny i słuchał jak spadała z drugiej strony muru.

Podciągnął się sam na rękach i przecisnął przez poszczerbioną wyrwę. Spadł z łoskotem na stertę cegieł i pokruszonej zaprawy, czując po drodze jak ręce Jisbelli próbują złagodzić jego upadek. Znaleźli się oboje w lodowatej czerni niezamieszkałych pieczar Gouffre Martel… całe mile niezbadanych grot i jaskiń.

— Na Boga, jednak nam się udało — stęknął Foyle.

— Nie wiadomo, czy jest stąd jakieś wyjście, Gully. — Jisbella trzęsła się z zimna. — Może to tylko ślepy zaułek odgrodzony murem od szpitala?

— Musi być wyjście.

— Nie wiadomo, czy potrafimy je znaleźć.

— Musimy je znaleźć. Chodźmy mała.

Ruszyli na oślep w czerń. Foyle zdarł z głowy bezużyteczne gogle noktowizyjne. Wpadali na krawędzie i załomy skalne, uderzali głowami o niskie sklepienia, staczali się po pochyłościach i stromych, kamiennych stopniach. Przelazłszy przez ostrą jak brzytwa grań wydostali się na płaską równinę i ziemia uciekła im spod nóg. Upadli ciężko na szkliste podłoże. Foyle pomacał rękoma wokół siebie i dotknął ziemi językiem.

— Lód — mruknął. — To dobry znak. Jesteśmy w lodowej grocie, Jiz. To podziemny lodowiec.

Podnieśli się drżąc z zimna i stawiając szeroko nogi ruszyli po śliskiej tafli, która tworzyła się od tysiącleci w mrocznej otchłani Gouffre Martel. Po jakimś czasie dotarli do lasu kamiennych sopli, jaki uformowały sterczące w górę z postrzępionego podłoża stalagmity i stalaktyty zwisające w dół ze sklepień. Wibracje towarzyszące każdemu stąpnięciu udzieliły się ogromnym stalaktytom; z góry spadać na nich zaczęły z łoskotem ciężkie, kamienne włócznie. Na skraju lasu Foyle zatrzymał się, wyciągnął przed siebie ręce i szarpnął. Dał się słyszeć czysty, metaliczny dźwięk. Foyle poszukał ręki Jisbelli i wsunął jej w dłoń długi, zwężający się ku dołowi stożek stalagmitu.

— Laseczka — mruknął. — Używaj jej tak, jak to robią ślepcy.

Wyłamał sobie drugi stalagmit i ruszyli przed siebie postukując, macając i potykając się w ciemnościach. Nie dochodził ich żaden odgłos prócz galopu panicznego strachu… własnych przerywanych oddechów, przyspieszonego bicia serc, stukotu kamiennych lasek, kapania licznych kropel wody i odległego szumu podziemnej rzeki przepływającej pod Gouffre Martel.

— Nie tędy, mała. — Foyle trącił Jisbellę w ramie. — Bardziej na lewo.

— Masz choć najmniejsze pojecie dokąd się kierować, Gully?

— W dół, Jiz. Idziemy każdym pochyleniem, które prowadzi w dół.

— Masz jakiś pomysł?

— Mam. Niespodzianka, niespodzianka. Mózg zamiast bomb.

— Mózg zamiast… — Jisbella wybuchnęła histerycznym śmiechem. — Wpadłeś jak bomba do Ćwiartki Południowej wymachując kowalskim młotem i t… tto ma być t… ten twój mmózg zamiast b… b… b… — Wyła i skręcała się ze śmiechu nie mogąc go opanować, dopóki Foyle nie chwycił jej za ramiona i nie potrząsnął.

— Zamknij się, Jiz. Jeśli tropią nas G-fonem, to usłyszeliby ciebie z Marsa.

— P… Przepraszam, Gully. Przepraszam. Ja… — Wzięła głęboki oddech. — Dlaczego mamy iść w dół?

1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 62
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)