Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]

Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:

Niezbyt odległa przyszłość, człowiek opanował układ słoneczny, posiadł też umiejętność teleportowania się z miejsca na miejsce, o ile zna koordynaty miejsca docelowego. Teleportować można się w obrębie planety, nikomu jednak nie udał się skok przez kosmiczną pustkę.
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 62
Перейти на страницу:

Zaczął przetrząsać niezamieszkałe korytarze, przypominając sobie jak przez mgłę ich układ, aż dotarł do komory — w połowie naturalnej pieczary, w połowie starożytnego kadłuba — w której przechowywane były narzędzia.

Plądrował i grzebał zbierając wiertła, koronki diamentowe, termity, ziarna ścierne, żelatynę wybuchową i zapalniki. W obracającym się powoli asteroidzie, waga brutto tego sprzętu nie przekraczała stu funtów. Zwalił wszystko na stos, obwiązał z grubsza kablem i opuścił jaskinię-magazyn.

Joseph i jego Ludzie Naukowi czekali na niego jak pchły czyhające na wilka. Rzucili się na Foyla, a on grzmocił na prawo i lewo siejąc spustoszenie wśród napastników, zachwycony, okrutny. Pancerz skafandra chronił go przed ich atakami, szedł więc dalej korytarzem, szukając luku prowadzącego na zewnątrz w próżnię i niewiele sobie robiąc z zaciekłości Ludzi Naukowych.

Wtem w słuchawkach rozległ się cichutki, podniecony głos Jisbelli:

— Gully, słyszysz mnie? Mówi Jiz. Gully, słuchaj mnie.

— Dalej, mów.

— Dwie minuty temu nadleciał inny statek. Dryfuje teraz po drugiej stronie asteroidu.

— Co takiego?

— Jest pomalowany w żółto-czarne pasy. Wygląda jak szerszeń.

— To barwy Dagenhama!

— A zatem byliśmy śledzeni.

— Cóż innego? Dagenham miał mnie prawdopodobnie na oku cały czas od kiedy zwialiśmy z Gouffre Martel. Idiota ze mnie, że o tym nie pomyślałem. Musimy działać szybko, Jiz. Wskakuj w skafander i dołącz do mnie na „Nomadzie”. Będę w kabinie płatnika. Pośpiesz się, mała.

— Ależ, Gully…

— Wyłącz się. Mogą prowadzić nasłuch na naszym paśmie. Pospiesz się!

Pognał przez asteroid, dopadł do okratowanego luku, przedarł się przez pilnującą go straż, wyważył klapę i wypadł w próżnię zewnętrznych korytarzy. Ludzie Naukowi byli zbyt zaabsorbowani rozpaczliwym zamykaniem luku, żeby puścić się za nim w pogoń. Wiedział jednak, że potem będą go ścigali; byli rozjuszeni.

Wijąc się i skręcając doholował swój masywny bagaż do wraka „Nomada”. Jisbella czekała już na niego w kabinie płatnika. Uczyniła ruch, chcąc włączyć swoją mikrofalówkę, ale Foyle powstrzymał ją. Przyłożył swój hełm do jej kasku i krzyknął:

— Nie używaj fal radiowych. Będą prowadzili nasłuch i zlokalizują nas przez namierzanie. Słyszysz mnie teraz, co?

Skinęła głową.

— W porządku. Mamy może z godzinę, zanim Dagenham nas zlokalizuje. Upłynie godzina, zanim przyjdzie tu Joseph ze swoją bandą. Znajdujemy się w cholernym położeniu. Musimy działać szybko.

Znowu skinęła głową.

— Nie ma czasu na otwieranie sejfu i przenoszenie sztabek.

— Jeśli w ogóle tam są.

— Dagenham tu jest, prawda? To najlepszy dowód na to, że sztabki też tu są. Musimy wyrwać cały sejf z „Nomada” i zataszczyć go na Weekendowicza. Potem pryskamy stąd.

— Ale…

— Słuchaj mnie i rób co mówię. Wracaj na Weekendowicza i opróżnij go. Wyrzuć wszystko, czego nie potrzebujemy… wszystkie zapasy, oprócz awaryjnych racji żywnościowych.

— Dlaczego?

— Dlatego, że nie wiem ile ton waży ten sejf. Gdy powróci grawitacja, statek może go nie udźwignąć. Musimy wziąć to z góry pod uwagę. Droga powrotu będzie ciężka, ale opłaci się. Patroszymy statek. Szybko! Pośpiesz się, mała, pośpiesz się!

Popchnął ją i nie patrząc więcej w jej stronę przypuścił szturm na sejf. Była to masywna, stalowa kula o średnicy jakichś czterech stóp, wbudowana w stal konstrukcyjną kadłuba. Przyspawano ją do płatów blach stanowiących poszycie kadłuba „Nomada” i do jego wręg w dwunastu różnych miejscach. Foyle zaatakował kolejno każdą ze spoin kwasami, wiertłami, termitem i czynnikami oziębiającymi. Pracował, stosując się do teorii odkształceń sieci krystalicznej metali… podgrzewał, zamrażał i trawił stal, dopóki jej struktura krystaliczna nie uległa zdeformowaniu, a wytrzymałość fizyczna zniszczeniu. Męczył metal.

Jisbella wróciła po czterdziestu pięciu minutach. Foyle ociekał potem i chwiał się na nogach, ale odłączona od kadłuba kula sejfu unosiła się swobodnie w próżni. Z jej powierzchni sterczało dwanaście chropawych guzów. Foyle dawał Jisbelli ponaglające znaki, aby wraz z nim naparła ciężarem swojego ciała na sejf. Jednak nawet wspólnymi siłami nie mogli poruszyć z miejsca jego masy. Gdy osłabli wreszcie, wyczerpani włożonym wysiłkiem i desperacją, jakiś cień przesłonił na chwile, światło słoneczne, wpadające poprzez dziury w kadłubie „Nomada”. Spojrzeli w górę. W odległości nie większej jak ćwierć mili od asteroidu sunął statek kosmiczny. Foyle przytknął swój hełm do kasku Jisbelli.

— To Dagenham — wysapał. — Szuka nas. Wysadził już pewnie oddział, który przeczesuje teraz asteroid. Jak tylko spikną się z Josephem, przyjdą tutaj.

— Och, Gully…

— Wciąż jeszcze mamy szansę. Może będą musieli zrobić dwa okrążenia, zanim znajdą naszego Weekendowicza. Jest przecież ukryty w wyrwie. Może tymczasem zdążymy załadować sejf na pokład.

— Ale jak, Gully?

— Sam nie wiem. Diabli nadali! Nic mi nie przychodzi do głowy. — Walnął z bezsilną wściekłością obiema pięściami w stalową kulę. — Jestem skończony.

— A nie moglibyśmy tego rozsadzić?

— Rozsadzić…? No i co, bomby zamiast mózgów? I to mówi Myśląca McQueen?

— Posłuchaj tylko. Potraktuj sejf czymś wybuchowym. To podziała jak silnik rakietowy… no, da odrzut.

— Tak, myślałem o tym. Ale co potem? Jak załadujemy ten bąbel na statek? Nie możemy co chwila powodować wybuchów. Nie mamy na to czasu.

— Nie. Naprowadzimy statek na sejf.

— Co takiego?

— Wystrzelimy sejf prosto w kosmos. Potem zbliżymy się do niego statkiem i tak będziemy manewrowali, żeby sejf sam wpłynął do głównej śluzy. Tak, jakbyś łapał piłkę, w kapelusz. Rozumiesz?

Zrozumiał.

— Na Boga, Jiz, to może się udać. — Foyle rzucił się do sterty sprzętu i zaczaj wybierać z niej laseczki żelatyny wybuchowej, zapalniki i zawleczki.

— Będziemy musieli skorzystać z mikrofalówki. Jedno z nas zostaje przy sejfie, drugie pilotuje statek. Człowiek przy sejfie naprowadza na cel człowieka w statku przez radio. Zgoda.

— Zgoda. Ty jesteś lepszym pilotem, Gully. Ja będę naprowadzać.

Kiwnął głową, zajęty przymocowywaniem materiału wybuchowego do powierzchni sejfu i zakładaniem zapalników z zawleczkami. Potem przyłożył swój hełm do jej.

— To zapalniki próżniowe, Jiz. Są nastawione na dwie minuty. Kiedy dam sygnał przez radio, ściągnij tylko zawleczki z zapalników i szybko usuń się z drogi. Dobrze?

— Dobrze.

— Trzymaj się blisko sejfu. Jak tylko wprowadzisz go do statku, wchodź zaraz za nim. Na nic się nie oglądaj. To by było wszystko.

Klepnął ją w plecy i wrócił do Weekendowicza. Luk główny zostawił otwarty, tak samo wewnętrzne drzwi śluzy powietrznej. Powietrze natychmiast uleciało ze statku. Pozbawiony powietrza i opróżniony przez Jisbellę, wyglądał ponuro i przygnębiająco.

Foyle pognał prosto do sterowni, zasiadł w fotelu pilota i włączył mikrofalówkę.

— Uwaga — rzucił przyciszonym głosem. — Wychodzę w kosmos.

Włączył silniki odrzutowe, odpalił boczne, a po trzech sekundach dziobowe. Weekendowicz drgnął i strząsając z grzbietu i burt rupiecie jak wynurzający się na powierzchnią wieloryb, wysunął się rufą do przodu z czeluści krateru.

1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 62
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)