Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Zaczął przetrząsać niezamieszkałe korytarze, przypominając sobie jak przez mgłę ich układ, aż dotarł do komory — w połowie naturalnej pieczary, w połowie starożytnego kadłuba — w której przechowywane były narzędzia.
Plądrował i grzebał zbierając wiertła, koronki diamentowe, termity, ziarna ścierne, żelatynę wybuchową i zapalniki. W obracającym się powoli asteroidzie, waga brutto tego sprzętu nie przekraczała stu funtów. Zwalił wszystko na stos, obwiązał z grubsza kablem i opuścił jaskinię-magazyn.
Joseph i jego Ludzie Naukowi czekali na niego jak pchły czyhające na wilka. Rzucili się na Foyla, a on grzmocił na prawo i lewo siejąc spustoszenie wśród napastników, zachwycony, okrutny. Pancerz skafandra chronił go przed ich atakami, szedł więc dalej korytarzem, szukając luku prowadzącego na zewnątrz w próżnię i niewiele sobie robiąc z zaciekłości Ludzi Naukowych.
Wtem w słuchawkach rozległ się cichutki, podniecony głos Jisbelli:
— Gully, słyszysz mnie? Mówi Jiz. Gully, słuchaj mnie.
— Dalej, mów.
— Dwie minuty temu nadleciał inny statek. Dryfuje teraz po drugiej stronie asteroidu.
— Co takiego?
— Jest pomalowany w żółto-czarne pasy. Wygląda jak szerszeń.
— To barwy Dagenhama!
— A zatem byliśmy śledzeni.
— Cóż innego? Dagenham miał mnie prawdopodobnie na oku cały czas od kiedy zwialiśmy z Gouffre Martel. Idiota ze mnie, że o tym nie pomyślałem. Musimy działać szybko, Jiz. Wskakuj w skafander i dołącz do mnie na „Nomadzie”. Będę w kabinie płatnika. Pośpiesz się, mała.
— Ależ, Gully…
— Wyłącz się. Mogą prowadzić nasłuch na naszym paśmie. Pospiesz się!
Pognał przez asteroid, dopadł do okratowanego luku, przedarł się przez pilnującą go straż, wyważył klapę i wypadł w próżnię zewnętrznych korytarzy. Ludzie Naukowi byli zbyt zaabsorbowani rozpaczliwym zamykaniem luku, żeby puścić się za nim w pogoń. Wiedział jednak, że potem będą go ścigali; byli rozjuszeni.
Wijąc się i skręcając doholował swój masywny bagaż do wraka „Nomada”. Jisbella czekała już na niego w kabinie płatnika. Uczyniła ruch, chcąc włączyć swoją mikrofalówkę, ale Foyle powstrzymał ją. Przyłożył swój hełm do jej kasku i krzyknął:
— Nie używaj fal radiowych. Będą prowadzili nasłuch i zlokalizują nas przez namierzanie. Słyszysz mnie teraz, co?
Skinęła głową.
— W porządku. Mamy może z godzinę, zanim Dagenham nas zlokalizuje. Upłynie godzina, zanim przyjdzie tu Joseph ze swoją bandą. Znajdujemy się w cholernym położeniu. Musimy działać szybko.
Znowu skinęła głową.
— Nie ma czasu na otwieranie sejfu i przenoszenie sztabek.
— Jeśli w ogóle tam są.
— Dagenham tu jest, prawda? To najlepszy dowód na to, że sztabki też tu są. Musimy wyrwać cały sejf z „Nomada” i zataszczyć go na Weekendowicza. Potem pryskamy stąd.
— Ale…
— Słuchaj mnie i rób co mówię. Wracaj na Weekendowicza i opróżnij go. Wyrzuć wszystko, czego nie potrzebujemy… wszystkie zapasy, oprócz awaryjnych racji żywnościowych.
— Dlaczego?
— Dlatego, że nie wiem ile ton waży ten sejf. Gdy powróci grawitacja, statek może go nie udźwignąć. Musimy wziąć to z góry pod uwagę. Droga powrotu będzie ciężka, ale opłaci się. Patroszymy statek. Szybko! Pośpiesz się, mała, pośpiesz się!
Popchnął ją i nie patrząc więcej w jej stronę przypuścił szturm na sejf. Była to masywna, stalowa kula o średnicy jakichś czterech stóp, wbudowana w stal konstrukcyjną kadłuba. Przyspawano ją do płatów blach stanowiących poszycie kadłuba „Nomada” i do jego wręg w dwunastu różnych miejscach. Foyle zaatakował kolejno każdą ze spoin kwasami, wiertłami, termitem i czynnikami oziębiającymi. Pracował, stosując się do teorii odkształceń sieci krystalicznej metali… podgrzewał, zamrażał i trawił stal, dopóki jej struktura krystaliczna nie uległa zdeformowaniu, a wytrzymałość fizyczna zniszczeniu. Męczył metal.
Jisbella wróciła po czterdziestu pięciu minutach. Foyle ociekał potem i chwiał się na nogach, ale odłączona od kadłuba kula sejfu unosiła się swobodnie w próżni. Z jej powierzchni sterczało dwanaście chropawych guzów. Foyle dawał Jisbelli ponaglające znaki, aby wraz z nim naparła ciężarem swojego ciała na sejf. Jednak nawet wspólnymi siłami nie mogli poruszyć z miejsca jego masy. Gdy osłabli wreszcie, wyczerpani włożonym wysiłkiem i desperacją, jakiś cień przesłonił na chwile, światło słoneczne, wpadające poprzez dziury w kadłubie „Nomada”. Spojrzeli w górę. W odległości nie większej jak ćwierć mili od asteroidu sunął statek kosmiczny. Foyle przytknął swój hełm do kasku Jisbelli.
— To Dagenham — wysapał. — Szuka nas. Wysadził już pewnie oddział, który przeczesuje teraz asteroid. Jak tylko spikną się z Josephem, przyjdą tutaj.
— Och, Gully…
— Wciąż jeszcze mamy szansę. Może będą musieli zrobić dwa okrążenia, zanim znajdą naszego Weekendowicza. Jest przecież ukryty w wyrwie. Może tymczasem zdążymy załadować sejf na pokład.
— Ale jak, Gully?
— Sam nie wiem. Diabli nadali! Nic mi nie przychodzi do głowy. — Walnął z bezsilną wściekłością obiema pięściami w stalową kulę. — Jestem skończony.
— A nie moglibyśmy tego rozsadzić?
— Rozsadzić…? No i co, bomby zamiast mózgów? I to mówi Myśląca McQueen?
— Posłuchaj tylko. Potraktuj sejf czymś wybuchowym. To podziała jak silnik rakietowy… no, da odrzut.
— Tak, myślałem o tym. Ale co potem? Jak załadujemy ten bąbel na statek? Nie możemy co chwila powodować wybuchów. Nie mamy na to czasu.
— Nie. Naprowadzimy statek na sejf.
— Co takiego?
— Wystrzelimy sejf prosto w kosmos. Potem zbliżymy się do niego statkiem i tak będziemy manewrowali, żeby sejf sam wpłynął do głównej śluzy. Tak, jakbyś łapał piłkę, w kapelusz. Rozumiesz?
Zrozumiał.
— Na Boga, Jiz, to może się udać. — Foyle rzucił się do sterty sprzętu i zaczaj wybierać z niej laseczki żelatyny wybuchowej, zapalniki i zawleczki.
— Będziemy musieli skorzystać z mikrofalówki. Jedno z nas zostaje przy sejfie, drugie pilotuje statek. Człowiek przy sejfie naprowadza na cel człowieka w statku przez radio. Zgoda.
— Zgoda. Ty jesteś lepszym pilotem, Gully. Ja będę naprowadzać.
Kiwnął głową, zajęty przymocowywaniem materiału wybuchowego do powierzchni sejfu i zakładaniem zapalników z zawleczkami. Potem przyłożył swój hełm do jej.
— To zapalniki próżniowe, Jiz. Są nastawione na dwie minuty. Kiedy dam sygnał przez radio, ściągnij tylko zawleczki z zapalników i szybko usuń się z drogi. Dobrze?
— Dobrze.
— Trzymaj się blisko sejfu. Jak tylko wprowadzisz go do statku, wchodź zaraz za nim. Na nic się nie oglądaj. To by było wszystko.
Klepnął ją w plecy i wrócił do Weekendowicza. Luk główny zostawił otwarty, tak samo wewnętrzne drzwi śluzy powietrznej. Powietrze natychmiast uleciało ze statku. Pozbawiony powietrza i opróżniony przez Jisbellę, wyglądał ponuro i przygnębiająco.
Foyle pognał prosto do sterowni, zasiadł w fotelu pilota i włączył mikrofalówkę.
— Uwaga — rzucił przyciszonym głosem. — Wychodzę w kosmos.
Włączył silniki odrzutowe, odpalił boczne, a po trzech sekundach dziobowe. Weekendowicz drgnął i strząsając z grzbietu i burt rupiecie jak wynurzający się na powierzchnią wieloryb, wysunął się rufą do przodu z czeluści krateru.