Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
— Opuścił brodę! — wykrzyknął. — A to bęcwał z tego Bakera…
— Zamknij się — ucięła krotko Jisbella. — To zarost.
Opadły ostatnie warstwy opatrunku, odsłaniając policzki, usta i brew. Brew była czysta. Policzki pod oczyma były czyste. Resztę twarzy pokrywała granatowa, siedmiodniowa szczecina.
— Ogól się — rozkazała Jisbella.
Foyle odkręcił wodą, zwilżył twarz, wtarł w nią maść do golenia i zmył zarost. Potem przysunął twarz blisko do lustra i przyglądał się sobie nieświadomy, że Jisbella, przysunąwszy swą głowę do jego policzka, również z napięciem wpatruje się w lustro. Po tatuażu nie pozostało ani śladu. Oboje odetchnęli z ulgą.
— Czysta — odezwał się Foyle. — Czysta. Dobrze to zrobił. — I ni stąd ni zowąd pochylił się jeszcze bardziej w przód i przyjrzał się sobie uważniej. Własna twarz wydawała mu się jak nowa, równie nowa jak dla Jisbelli.
— Zmieniłem się. Nie pamiętam, żebym tak wyglądał. Czy on mi zrobił przy okazji operację plastyczną?
— Nie — powiedziała Jisbella. — Zmieniło cię to, co w tobie siedzi. To co widzisz w lustrze to hiena do spółki z kłamcą i oszustem.
— Na miłość boską! Odczep się! Daj mi wreszcie spokój!
— Hiena — powtórzyła Jisbella przeszywając Foyla pałającym wzrokiem. — Kłamca. Oszust.
Pochwycił ją za ramiona i wypchnął z łazienki. Poleciała do tyłu i po schodkach zejściówki prowadzących pod pokład runęła do świetlicy, czepiając się po drodze pionowego pręta prowadzącego i wirując wokół niego.
— Hiena — krzyczała. — Kłamca! Oszust! Hiena! Rozpustnik! Zwierzę!
Foyle pognał za nią, dopadł dziewczynę na dole i potrząsnął gwałtownie. Rude włosy Jiz wymknęły się spod spinki, która zbierała je w kok i rozsypały jak pukle rusałki. Jej płonące spojrzenie doprowadzało Foyla do pasji. Objął ją i przywarł swą nową twarzą do jej piersi.
— Rozpustnik — wymruczała Jiz. — Zwierzę…
— Och, Jiz…
— Światło — szepnęła Jisbella.
Foyle sięgnął na oślep do wyłącznika ściennego i nacisnął przycisk. Saturnowy Weekendowicz mknął dalej w stronę asteroidów z wygaszonymi iluminatorami.
Unosili się razem w kabinie godzinami, drzemiąc, pomrukując i dotykając się czule.
— Biedny Gully — szeptała Jisbella. — Biedny, kochany Gully…
— Nie biedny — odpowiedział. — Bogaty i to już niedługo.
— Tak, bogaty i pusty. Nic nie masz w środku, mój drogi Gully… Nic prócz nienawiści i żądzy zemsty.
— To mi wystarczy.
— Wystarczy na teraz, ale co później?
— Później? To zależy.
— To zależy od twego wnętrza, Gully, od tego co zdołasz w nim zamknąć.
— Nie. Moja przyszłość zależy od tego, czego się pozbędę.
— Gully… dlaczego nie byłeś ze mną szczery w Gouffre Martel? Dlaczego nie powiedziałeś mi o fortunie znajdującej się na pokładzie „Nomada”, chociaż o niej wiedziałeś?
— Nie mogłem.
— Nie ufałeś mi?
— Nie, to nie to. Nie potrafiłem się przełamać. To przez to, co we mnie siedzi… przez to, czego musze się pozbyć.
— Znowu tracisz panowanie nad sobą, co Gully? Ponosi cię.
— Tak, ponosi mnie. Nie mogę nauczyć się panowania nad sobą, Jiz. Chce, ale nie potrafię.
— A próbujesz?
— Próbuję. Bóg mi świadkiem. Próbuję. Ale potem coś się staje i…
— I wtedy miotasz się jak tygrys.
— Gdybym tak mógł nosić cię w kieszeni, Jiz… żebyś mnie ostrzegała… żebyś mnie czasem uszczypnęła…
— Nikt nie może robić tego za ciebie, Gully. Musisz nauczyć się samego siebie.
Trawił przez chwile jej słowa, po czym odezwał się z wahaniem w głosie:
— Jiz… co do pieniędzy…
— Do diabła z pieniędzmi.
— Daj mi jednak powiedzieć.
— Och, Gully.
— Tylko nie pomyśl sobie… nie pomyśl sobie, że chcę cię oszukać. Gdyby to nie było na „Vorgę”, oddałbym ci tyle, ile byś chciała. Oddałbym ci wszystko! Kiedy załatwię te sprawę, oddam ci do ostatniego centa wszystko co zostanie. Ale jestem nawiedzony, Jiz. „Vorga” jest twarda… zważywszy, że na drodze do niej stoją Presteign, Dagenham i ten prawnik Sheffield. Musze się liczyć z każdym centem, Jiz. Boje się, że jeśli pozwolę zabrać ci chociaż jedną kredytkę, to zaważy to na mojej wojnie z „Vorgą”. — Czekał chwile. — Co ty na to?
— Jesteś całkiem opętany — powiedziała znużonym głosem. — Nie trochę. Właśnie całkiem.
— Nie.
— Tak, Gully. To tylko twoja powłoka kocha się ze mną. Reszta żyje „Vorgą”.
W tym samym momencie w sterowni dziobowej rozległ się alarm radarowy — przykry w brzmieniu i ostrzegający.
— Miejsce przeznaczenia — zero — mruknął Foyle. Odprężenie zniknęło. Był znowu opętany. Pomknął jak strzała w kierunku sterowni.
Tak więc powrócił na niezwykłą planetoidę w pasie asteroidów rozciągającym się miedzy Marsem a Jowiszem, na planetkę Sargasso skleconą ze skały, wraków i strzępów ocalonych z kosmicznych katastrof przez Ludzi Naukowych. Powrócił do Josepha i jego Ludzi, którzy wytatuowali mu na twarzy imię NOMAD i skojarzyli go naukowo z dziewczyną imieniem Moira.
Foyle nadleciał nad asteroid z dziką furią wandala-najeźdźcy. Jak piorun wyprysnął z przestrzeni, wyhamował pianą płomieni z dysz dziobowych i z fantazją wprowadził Weekendowicza na orbitę tej sterty złomu. Wirowali wokoło mijając ciemne iluminatory, wielkie luki, przez które wychodził Joseph ze swoimi Ludźmi Naukowymi udając się na połów kosmicznego śmiecia, nowy krater, który wyrwał w asteroidzie Foyle, uciekając stąd swego czasu na Ziemię. Przemknęli obok gigantycznego zlepku okien cieplarni asteroidu, z której gapiły się na nich setki twarzy — maleńkich, bladych punkcików, pocętkowanych tatuażami.
— A więc ich nie wymordowałem — mruknął Foyle. — Wycofali się w głąb asteroidu… Mieszkają prawdopodobnie gdzieś głęboko pod powierzchnią, starając się naprawić resztę.
— Pomożesz im, Gully?
— A po co?
— Przecież to ty wyrządziłeś te szkody.
— Do diabła z nimi. Mam swoje zmartwienia. Ale to ulga. Nie będą nam zawracać głowy.
Okrążyli jeszcze raz asteroid i wprowadzili Weekendowicza w czeluść nowego krateru.
— Będziemy pracować stąd — powiedział Foyle. — Ubierz się w skafander, Jiz. Prędzej! Prędzej!
Poganiał ją, oszalały z niecierpliwości; poganiał sam siebie. Nałożyli skafandry próżniowe, wyszli z Weekendowicza i przedzierając się przez rupiecie zaśmiecające krater, przedostali się do ponurych wnętrzności asteroidu. Przypominało to czołganie się krętymi tunelami, wydrążonymi przez jakiegoś gigantycznego robaka. Foyle włączył mikrofalówkę zainstalowaną w skafandrze i przemówił do Jiz:
— Nie musisz się bać, że tu zabłądzimy. Trzymaj się mnie. Trzymaj się blisko.
— Dokąd idziemy, Gully?
— Do „Nomada”. Pamiętam, że kiedy odlatywałem, wcementowali go w asteroid. Nie pamiętam tylko gdzie. Musimy go odnaleźć.
W korytarzach nie było powietrza, posuwali się więc bezgłośnie, nie licząc wibracji przenoszonych poprzez metal i skały. Przystanęli przy podziobanym kadłubie starożytnego statku wojennego, aby zaczerpnąć tchu. Oparli się o niego plecami i wtedy poczuli wibracje nadawanych z wewnątrz sygnałów rytmicznego stukania.