Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
— Do rzeki; tej, którą cały czas słyszymy. Musi przepływać gdzieś blisko. Wypływa pewnie z topniejącego lodowca.
— Do rzeki?
— To jedyna pewna droga prowadząca na zewnątrz. Musi gdzieś wypływać z góry. Popłyniemy.
— Gully, tyś oszalał!
— O co chodzi, kurczę? Nie umiesz pływać?
— Pływać umiem, ale…
— No to musimy spróbować. Musimy, Jiz. Chodź.
Podczas gdy szum rzeki z każdą chwilą narastał, oni zaczęli opadać z sił. W końcu Jisbella zatrzymała się dysząc ciężko.
— Gully, musze odpocząć.
— Nie przystawaj. Jest za zimno.
— Już nie mogę.
— Nie zatrzymuj się. — Namacał jej ramię.
— Zabierz te łapy — krzyknęła rozwścieczona. W jednej chwili przemieniła się w sekutnicę. Puścił ją, zdumiony tym nagłym wybuchem.
— Co ci się stało? Głowa do góry, Jiz. Jestem zdany na ciebie.
— Co? Mówiłam przecież, że musimy planować… opracować ucieczkę…, a teraz wpędziłeś nas w sytuacje bez wyjścia.
— Sam byłem w sytuacji bez wyjścia. Dagenham chciał mi zmienić cele. Nie mielibyśmy już Linii Szeptu. Musiałem, Jiz… no i wydostaliśmy się, może nie?
— Z czego się wydostaliśmy? Zagubieni w Gouffre Martel. Szukający jakiejś cholernej rzeki, żeby się w niej utopie. Jesteś idiotą, Gully i ja też jestem idiotką, że dałam ci się w to wrobić. Niech cię diabli porwą! Niech cię diabli! Sprowadzasz wszystko do swojego imbecylskiego poziomu i mnie też do niego sprowadziłeś. Uciekaj. Walcz. Grzmoć. To wszystko, na co cię stać. Bij, łam, wysadzaj. Burz… Gully!
Jisbella krzyknęła. W ciemnościach rozległ się zgrzyt obruszonego kamienia i jej krzyk zaczął zamierać gdzieś w dole coraz to niżej i niżej, aż urwał się wraz z głośnym pluskiem. Foyle słyszał jak jej ciało uderza o wodę. Skoczył do przodu, krzycząc — Jiz! — i zachwiał się nad krawędzią przepaści.
Runął w dół i z oszałamiającym wstrząsem grzmotnął plackiem o wodę. Lodowata rzeka zamknęła się nad nim i nie wiedział już gdzie góra, a gdzie dół. Miotając się i dusząc czuł, jak wartki nurt wlecze go po lodowatej, oślizłej skale i po chwili, puszczając bąbelki z ust, wyniesiony został na powierzchnię. Krztusił się i krzyczał. Usłyszał odpowiedź Jisbelli. Jej głos był słaby i zagłuszany przez ryk potoku. Popłynął z prądem, próbując ją dogonić.
Krzyczał bez przerwy, słysząc głos dziewczyny coraz to cichszy i cichszy. Ryk wzmógł się i nagle Foyle runął w dół wodospadu wraz z syczącym płatem wody. Zanurkował do samego dna głębokiego rozlewiska i walcząc zawzięcie z otaczającym go żywiołem, jeszcze raz wypłynął na powierzchnię.
Wir cisnął nim o zimne ciało uczepione kurczowo gładkiej, skalnej ściany.
— Jiz!
— Gully! Dzięki Bogu!
Przywarli do siebie na chwilę opierając się rwącemu prądowi.
— Gully… — wykrztusiła Jisbella — Przepływa tedy.
— Rzeka?
— Tak.
Czepiając się ściany ominął dziewczynę i wymacał wlot podwodnego tunelu. Prąd wsysał ich do niego.
— Trzymaj się — wysapał Foyle. Badał skałę po prawej i po lewej stronie kanału. Kamienne ściany otaczające rozlewisko były gładkie i bez występów.
— Nie damy rady wspiąć się na górę. Musimy przepłynąć.
— Tam nie ma powietrza, Gully. Nie ma powierzchni.
— Nie cały czas. Wstrzymamy oddechy.
— Tunel może być dłuższy niż zdołamy powstrzymać się od oddychania.
— Musimy ryzykować.
— Nie mogę.
— Musisz. Innej drogi nie ma. Napompuj płuca. Trzymaj się mnie.
Wspierając się wzajemnie w wodzie i oddychając głęboko, napełniali płuca powietrzem. Foyle popchnął lekko Jisbellę w kierunku podwodnego tunelu.
— Płyń pierwsza. Będę tuż za tobą… Pomogę, jak będziesz miała kłopoty.
— Kłopoty! — krzyknęła Jisbella trzęsącym się głosem. Zanurzyła się i pozwoliła, aby prąd wessał ją do tunelu. Foyle zanurkował za nią. Rwąca woda wciągała ich głębiej i głębiej miotając obojgiem o szklisto gładkie ściany kanału. Foyle płynął tuż za Jisbellą, czując, jak jej młócące wodę nogi grzmocą go po głowie i ramionach.
Mknęli przez zdający się nie mieć końca tunel. Rozsadzało im już płuca, a ślepe oczy wychodziły z orbit, gdy wtem znowu dał się słyszeć ryk i pokazała się powierzchnia. Mogli zaczerpnąć tchu. Zamiast wypolerowanych przez wodę ścian tunelu mieli teraz wokół siebie postrzępione skały. Foyle złapał Jisbellę za nogę i uczepił się sterczącego z brzegu skalnego występu.
— Musimy tu wyleźć z rzeki — krzyknął.
— Co?
— Musimy się wspiąć na górę. Słyszysz ten ryk, tam przed nami? To katarakty. Progi. Rozedrze nas na strzępy. Wyłaź, Jiz.
Była zbyt wyczerpana, aby wspiąć się na brzeg. Wypchnął jej ciało w górę, na skały i sam poszedł w jej ślady. Leżeli na ociekających wodą kamieniach nie mając nawet siły na rozmowę. W końcu Foyle stanął chwiejnie na nogi.
— Musimy iść dalej — powiedział. — Wzdłuż rzeki. Gotowe?
Nie miała siły odpowiedzieć. Nie miała siły zaprotestować. Pomógł jej wstać i ruszyli przez ciemność potykając się co chwila i starając trzymać się brzegu strumienia. Trawersowali gigantyczne głazy usypane w stosy, wznoszące się jak dolmeny, przemieszane, rozrzucone w labirynt. Kluczyli miedzy nimi i krążyli, aż zgubili rzekę. Nie słyszeli już jej w ciemnościach; nie mogli do niej wrócić. Nie mogli nigdzie wrócić.
— Zabłądziliśmy… — mruknął Foyle z rozgoryczeniem. — Znowu zabłądziliśmy. Tym razem na dobre. Co teraz zrobimy?
Jisbella zaczęła płakać. Wydawała z siebie bezradne, a zarazem rozwścieczone dźwięki. Foyle zatrzymał się i usiadł, pociągając ją za sobą.
— Może masz i rację, mała — powiedział apatycznie. — Może i jestem cholernym durniem. Wpędziłem nas oboje w te pułapkę, z której nie można się jauntować i leżymy.
Nie odpowiedziała.
— Tyle pracy myślowej. Od cholery edukacji, której mi udzielałaś. Wszystko na nic. — Zawahał się. — Nie uważasz, że powinniśmy po własnych śladach pójść z powrotem do szpitala?
— Nigdy nam się to nie uda.
— Chyba nie. Ćwiczyłem sobie tylko mózg. Może powinniśmy podnieść wrzawę? Narobić tyle hałasu, żeby wykryli nas G-fonem?
— Nigdy nas nie usłyszą… Nigdy nas tu nie znajdą.
— Możemy narobić wystarczająco dużo hałasu. Możesz mnie na przykład trochę pomaltretować. Oboje będziemy mieli przyjemność.
— Zamknij się.
— Co za bryndza! Padł na plecy, uderzając głową o kępkę miękkiej trawy. — Na pokładzie „Nomada” miałem chociaż jakąś szansę. Było tam jedzenie i widziałem gdzie idę. Mogłem… — urwał w pół zdania i poderwał się do pozycji siedzącej. — Jiz!
— Nie gadaj tyle.
Pomacał grunt pod sobą i wydarł paznokciami kępkę darni z paroma grudkami ziemi. Podsunął gwałtownym ruchem dłoń pod nos Jisbelli.
— Powąchaj to — roześmiał się. — Posmakuj. To trawa, Jiz. Ziemia i trawa. Musimy być na zewnątrz Gouffre Martel.
— Co?
— Na dworze jest noc. Czarna jak smoła. Pochmurna. Wyszliśmy z jaskiń nie wiedząc nawet o tym. Jesteśmy na zewnątrz, Jiz! Udało się.
Zerwali się na nogi wytężając wzrok, słuchając, węsząc. Ciemności były nieprzeniknione, ale słyszeli cichy poświst nocnego wiatru, a do ich nozdrzy dolatywała słodka woń zielonych roślin. Gdzieś w oddali ujadał pies.
— Mój Boże, Gully — wyszeptała niedowierzająco Jisbella.