Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]

Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:

Niezbyt odległa przyszłość, człowiek opanował układ słoneczny, posiadł też umiejętność teleportowania się z miejsca na miejsce, o ile zna koordynaty miejsca docelowego. Teleportować można się w obrębie planety, nikomu jednak nie udał się skok przez kosmiczną pustkę.
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
1 ... 16 17 18 19 20 21 22 23 24 ... 62
Перейти на страницу:

— Masz rację. Wyszliśmy z Gouffre Martel. Pozostało nam tylko poczekać na świt.

Roześmiała się. Otoczyła go ramionami i ucałowała, a on oddał jej uścisk. Paplali w uniesieniu. Osunęli się znowu na miękką trawę, ale podnieceni, niecierpliwi nie byli zdolni do odpoczynku — całe życie przed nimi.

— Cześć Gully, kochany Gully. Cześć Gully. Nareszcie.

— Czołem, Jiz.

— Mówiłam ci, że się kiedyś spotkamy…, że niedługo, pewnego dnia. Mówiłam ci, kochany. I to jest właśnie ten dzień.

— Noc.

— Niech ci będzie noc. Ale koniec już z mruczeniem po nocy przez Linię Szeptu. Noc już się dla nas skończyła, Gully, mój drogi.

Nagle uświadomili sobie, że są nadzy i już nierozdzieleni leżą obok siebie. Jisbella zamilkła, ale nie uczyniła żadnego ruchu. Objął ją prawie ze złością i otoczył pożądaniem, które było nie mniejsze niż jej.

Gdy przyszedł świt, zobaczył, że jest śliczna: wysoka i szczupła, o podpalano rudych włosach i zmysłowych ustach.

Ale kiedy przyszedł świt, zobaczyła jego twarz.

ROZDZIAŁ 6

Herley Baker, doktor nauk medycznych, miał małą praktykę ogólną w Montanie-Oregonie, która była legalna i przynosiła dochody ledwo pokrywające koszta zakupu oleju napędowego, jaki doktor przepalał każdego weekendu, uczestnicząc w cieszących się wielką popularnością na Saharze rajdach ciągniczków do zbioru winorośli. Jego właściwe dochody płynęły z Fabryki Potworów w Trenton, do której Baker jauntował się każdego Poniedziałku. Środy i Piątku w nocy. Tam, za kolosalne honoraria i bez zadawania zbędnych pytań, powoływał Baker do życia potworności na użytek przemysłu rozrywkowego oraz przefasonowywał skórą, mięśnie i kości na zlecenie półświatka.

Przypominający z wyglądu męską położną Baker siedział teraz na ocienionej werandzie swojej rezydencji w Spokane, słuchając Jiz McQueen kończącej właśnie opowieść o swej ucieczce.

— Kiedy po wyjściu z Gouffre Martel znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni, poszło już łatwo. Natrafiliśmy na jakiś domek myśliwski, włamaliśmy się do środka i zabraliśmy stamtąd trochę ubrań. Były tam też strzelby… śliczne, stare, stalowe rzeczy do zabijania materiałem wybuchowym. Zabraliśmy je i sprzedaliśmy paru miejscowym. Pieniędzmi opłaciliśmy przejazd do najbliższej jauntrampy, którą pamiętaliśmy.

— Do której?

— Biarritz.

— Podróżowaliście nocą, co?

— Ma się rozumieć.

— Zrobiliście coś z twarzą Foyla?

— Próbowałam robić mu makijaż, ale to nic nie pomagało. Ten cholerny tatuaż ciągle wyłaził. Potem kupiłam ciemny surogat i spryskałam mu nim twarz.

— Pomogło?

— Nie — powiedziała ze złością Jiz. — Trzeba trzymać gębę na kłódkę, bo inaczej surogat pęka i łuszczy się. Foyle nie mógł się powstrzymać od gadania. Nigdy tego nie potrafił. To było piekło.

— Gdzie on teraz jest?

— Sam Quatt ciąga go za sobą.

— Myślałem, że Sam skończył już z działalnością przestępczą.

— Bo skończył — powiedziała ponuro Jisbella. — Ale ma wobec mnie dług do spłacenia. Opiekuje się Foylem. Krążą jauntując, żeby być ciągle przed glinami.

— Ciekawe — mruknął Baker. — W życiu nie widziałem przypadku tatuażu. Myślałem, że to wymarła umiejętność. Włączyłbym go do mojej kolekcji. Wiesz, że zbieram osobliwości, Jiz?

— Wszyscy wiedzą o tym twoim zoo w Trenton. Jest upiorne.

— W zeszłym miesiącu trafiła mi się autentyczna bratnia cysta — zaczął z zapałem Baker.

— Nie chcę tego słuchać — przerwała mu Jiz. — I nie chcę, żeby Foyle znalazł się w twoim zwierzyńcu. Czy potrafisz usunąć mu to z twarzy? Oczyścić ją? On mówi, że w Szpitalu Generalnym mieli z tym twardy orzech do zgryzienia.

— Nie mają mojego doświadczenia, kochanie. Hmmm. Coś mi się przypomina, że czytałem kiedyś… gdzieś. Gdzie to ja…? Poczekaj chwilkę. — Baker wstał i zniknął z cichutkim cmoknięciem. Jisbella przechadzała się nerwowo po werandzie, dopóki Baker nie pojawił się ponownie w dwadzieścia minut później z postrzępioną książką pod pachą i wyrazem tryumfu na twarzy.

— Mam — powiedział. — Widziałem ją trzy lata temu w antykwariacie w Caltech. Możesz podziwiać moją pamięć.

— Do diabła z twoją pamięcią. Co z jego twarzą?

— Da się zrobić. — Baker przerzucał sfatygowane stronice i medytował. — Tak, da się zrobić. Indygotynowy kwas dwusulfonowy. Kwas będę mógł zsyntetyzować, ale… — Baker zamknął książkę i zdecydowanie kiwnął głową. — Potrafię to zrobić. Tylko, że chyba szkoda ruszać taką twarz, jeśli jest tak wyjątkowa jak ją opisujesz.

— Zsiądziesz ty z tego swojego konika? — wykrzyknęła z irytacją w glosie Jisbella. -Jesteśmy trefni, rozumiesz? Jesteśmy pierwszymi, którym udało się wyrwać z Gouffre Martel. Gliny nie spoczną, dopóki nie wpakują nas tam z powrotem. To jest dla nich zadanie ekstra-specjalne.

— Ale…

— Jak myślisz, ile czasu możemy przebywać z Foylem poza Gouffre Martel, uganiając się wszędzie z tą wytatuowaną twarzą?

— O co się tak złościsz?

— Ja się nie złoszczę. Ja wyjaśniam.

— W zoo byłby szczęśliwy — perswadował Baker. — I byłby tam bezpieczny. Umieściłbym go w tym pomieszczeniu obok dziewczyny cyklopki…

— Zoo odpada i to definitywnie.

— W porządku, moja droga. Ale dlaczego martwisz się, że złapią Foyla? Przecież to nie będzie miało nic wspólnego z tobą.

— Co cię obchodzi o co ja się martwię? Proszę cię o przysługę. Płacę i wymagam.

— To będzie sporo kosztowało, a ja cię lubię. Próbuje oszczędzić ci wydatków.

— Akurat.

— No, to jestem ciekawy.

— Powiedzmy więc, że robię to z wdzięczności. Pomógł mi, teraz ja pomagam jemu.

Baker uśmiechnął się cynicznie.

— Pomóżmy mu więc, dając mu nową, inaczej napiętnowaną twarz.

— Nie.

— Tak myślałem. Chcesz, żeby oczyścić mu twarz, bo jesteś jej ciekawa.

— Idź do diabła, Baker. Zrobisz to, czy nie?

— Za pięć tysięcy.

— Podaj kosztorys.

— Tysiąc za zsyntetyzowanie kwasu. Trzy tysiące za operacje. A tysiąc za…

— Twoją ciekawość?

— Nie, moja droga. — Baker uśmiechnął się znowu. — Tysiąc za znieczulenie.

— A po co znieczulenie?

Baker ponownie otworzył starodawną książkę.

— Mam wrażenie, że to bolesny zabieg. Wiesz, w jaki sposób tatuowano? Brało się igłę, maczało w barwniku i wbijało w skórę. Żeby wywabić ten barwnik, musze przelecieć igłą po jego twarzy por po porze, zapuszczając w każdy z nich indygotynowy kwas dwusulfonowy. To będzie bolało.

Oczy Jisbelli zabłysły.

— A możesz to robić bez znieczulenia?

— Ja mogę, ale Foyle.

— Do diabła z Foylem. Płace cztery tysiące. Żadnego znieczulenia, Baker. Niech Foyle pocierpi.

— Jiz! Nawet nie wiesz na co go skazujesz.

— Wiem. Niech cierpi — roześmiała się tak dziko, że przestraszyła Bakera. — Niech jego twarz i jemu sprawi cierpienie.

* * *

Fabryka Potworów Bakera mieściła się w okrągłym, piętrowym budynku z cegły, który, zanim jaunting nie zniósł zapotrzebowania na kolejki podmiejskie, był niegdyś parowozownią na stacji przetokowej. Starożytna, opleciona bluszczem parowozownia wznosiła się nie opodal trentońskich szybów rakietowych i jej tylne okna wychodziły na ich wyloty, tryskające w górę wiązkami antygrawitacyjnymi. Dzięki temu rekonwalescenci doktora Bakera mogli urozmaicać sobie czas, obserwując sunące bezgłośnie w górę i w dół tych wiązek statki kosmiczne o jarzących się iluminatorach, mrugających światłach pozycyjnych i zdających się falować kadłubach, po których, w wyniku odprowadzenia do atmosfery nagromadzonego tam podczas podróży przez kosmos ładunku elektrostatycznego pełgały ognie Świętego Elma.

1 ... 16 17 18 19 20 21 22 23 24 ... 62
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)