Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
— Masz rację. Wyszliśmy z Gouffre Martel. Pozostało nam tylko poczekać na świt.
Roześmiała się. Otoczyła go ramionami i ucałowała, a on oddał jej uścisk. Paplali w uniesieniu. Osunęli się znowu na miękką trawę, ale podnieceni, niecierpliwi nie byli zdolni do odpoczynku — całe życie przed nimi.
— Cześć Gully, kochany Gully. Cześć Gully. Nareszcie.
— Czołem, Jiz.
— Mówiłam ci, że się kiedyś spotkamy…, że niedługo, pewnego dnia. Mówiłam ci, kochany. I to jest właśnie ten dzień.
— Noc.
— Niech ci będzie noc. Ale koniec już z mruczeniem po nocy przez Linię Szeptu. Noc już się dla nas skończyła, Gully, mój drogi.
Nagle uświadomili sobie, że są nadzy i już nierozdzieleni leżą obok siebie. Jisbella zamilkła, ale nie uczyniła żadnego ruchu. Objął ją prawie ze złością i otoczył pożądaniem, które było nie mniejsze niż jej.
Gdy przyszedł świt, zobaczył, że jest śliczna: wysoka i szczupła, o podpalano rudych włosach i zmysłowych ustach.
Ale kiedy przyszedł świt, zobaczyła jego twarz.
ROZDZIAŁ 6
Herley Baker, doktor nauk medycznych, miał małą praktykę ogólną w Montanie-Oregonie, która była legalna i przynosiła dochody ledwo pokrywające koszta zakupu oleju napędowego, jaki doktor przepalał każdego weekendu, uczestnicząc w cieszących się wielką popularnością na Saharze rajdach ciągniczków do zbioru winorośli. Jego właściwe dochody płynęły z Fabryki Potworów w Trenton, do której Baker jauntował się każdego Poniedziałku. Środy i Piątku w nocy. Tam, za kolosalne honoraria i bez zadawania zbędnych pytań, powoływał Baker do życia potworności na użytek przemysłu rozrywkowego oraz przefasonowywał skórą, mięśnie i kości na zlecenie półświatka.
Przypominający z wyglądu męską położną Baker siedział teraz na ocienionej werandzie swojej rezydencji w Spokane, słuchając Jiz McQueen kończącej właśnie opowieść o swej ucieczce.
— Kiedy po wyjściu z Gouffre Martel znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni, poszło już łatwo. Natrafiliśmy na jakiś domek myśliwski, włamaliśmy się do środka i zabraliśmy stamtąd trochę ubrań. Były tam też strzelby… śliczne, stare, stalowe rzeczy do zabijania materiałem wybuchowym. Zabraliśmy je i sprzedaliśmy paru miejscowym. Pieniędzmi opłaciliśmy przejazd do najbliższej jauntrampy, którą pamiętaliśmy.
— Do której?
— Biarritz.
— Podróżowaliście nocą, co?
— Ma się rozumieć.
— Zrobiliście coś z twarzą Foyla?
— Próbowałam robić mu makijaż, ale to nic nie pomagało. Ten cholerny tatuaż ciągle wyłaził. Potem kupiłam ciemny surogat i spryskałam mu nim twarz.
— Pomogło?
— Nie — powiedziała ze złością Jiz. — Trzeba trzymać gębę na kłódkę, bo inaczej surogat pęka i łuszczy się. Foyle nie mógł się powstrzymać od gadania. Nigdy tego nie potrafił. To było piekło.
— Gdzie on teraz jest?
— Sam Quatt ciąga go za sobą.
— Myślałem, że Sam skończył już z działalnością przestępczą.
— Bo skończył — powiedziała ponuro Jisbella. — Ale ma wobec mnie dług do spłacenia. Opiekuje się Foylem. Krążą jauntując, żeby być ciągle przed glinami.
— Ciekawe — mruknął Baker. — W życiu nie widziałem przypadku tatuażu. Myślałem, że to wymarła umiejętność. Włączyłbym go do mojej kolekcji. Wiesz, że zbieram osobliwości, Jiz?
— Wszyscy wiedzą o tym twoim zoo w Trenton. Jest upiorne.
— W zeszłym miesiącu trafiła mi się autentyczna bratnia cysta — zaczął z zapałem Baker.
— Nie chcę tego słuchać — przerwała mu Jiz. — I nie chcę, żeby Foyle znalazł się w twoim zwierzyńcu. Czy potrafisz usunąć mu to z twarzy? Oczyścić ją? On mówi, że w Szpitalu Generalnym mieli z tym twardy orzech do zgryzienia.
— Nie mają mojego doświadczenia, kochanie. Hmmm. Coś mi się przypomina, że czytałem kiedyś… gdzieś. Gdzie to ja…? Poczekaj chwilkę. — Baker wstał i zniknął z cichutkim cmoknięciem. Jisbella przechadzała się nerwowo po werandzie, dopóki Baker nie pojawił się ponownie w dwadzieścia minut później z postrzępioną książką pod pachą i wyrazem tryumfu na twarzy.
— Mam — powiedział. — Widziałem ją trzy lata temu w antykwariacie w Caltech. Możesz podziwiać moją pamięć.
— Do diabła z twoją pamięcią. Co z jego twarzą?
— Da się zrobić. — Baker przerzucał sfatygowane stronice i medytował. — Tak, da się zrobić. Indygotynowy kwas dwusulfonowy. Kwas będę mógł zsyntetyzować, ale… — Baker zamknął książkę i zdecydowanie kiwnął głową. — Potrafię to zrobić. Tylko, że chyba szkoda ruszać taką twarz, jeśli jest tak wyjątkowa jak ją opisujesz.
— Zsiądziesz ty z tego swojego konika? — wykrzyknęła z irytacją w glosie Jisbella. -Jesteśmy trefni, rozumiesz? Jesteśmy pierwszymi, którym udało się wyrwać z Gouffre Martel. Gliny nie spoczną, dopóki nie wpakują nas tam z powrotem. To jest dla nich zadanie ekstra-specjalne.
— Ale…
— Jak myślisz, ile czasu możemy przebywać z Foylem poza Gouffre Martel, uganiając się wszędzie z tą wytatuowaną twarzą?
— O co się tak złościsz?
— Ja się nie złoszczę. Ja wyjaśniam.
— W zoo byłby szczęśliwy — perswadował Baker. — I byłby tam bezpieczny. Umieściłbym go w tym pomieszczeniu obok dziewczyny cyklopki…
— Zoo odpada i to definitywnie.
— W porządku, moja droga. Ale dlaczego martwisz się, że złapią Foyla? Przecież to nie będzie miało nic wspólnego z tobą.
— Co cię obchodzi o co ja się martwię? Proszę cię o przysługę. Płacę i wymagam.
— To będzie sporo kosztowało, a ja cię lubię. Próbuje oszczędzić ci wydatków.
— Akurat.
— No, to jestem ciekawy.
— Powiedzmy więc, że robię to z wdzięczności. Pomógł mi, teraz ja pomagam jemu.
Baker uśmiechnął się cynicznie.
— Pomóżmy mu więc, dając mu nową, inaczej napiętnowaną twarz.
— Nie.
— Tak myślałem. Chcesz, żeby oczyścić mu twarz, bo jesteś jej ciekawa.
— Idź do diabła, Baker. Zrobisz to, czy nie?
— Za pięć tysięcy.
— Podaj kosztorys.
— Tysiąc za zsyntetyzowanie kwasu. Trzy tysiące za operacje. A tysiąc za…
— Twoją ciekawość?
— Nie, moja droga. — Baker uśmiechnął się znowu. — Tysiąc za znieczulenie.
— A po co znieczulenie?
Baker ponownie otworzył starodawną książkę.
— Mam wrażenie, że to bolesny zabieg. Wiesz, w jaki sposób tatuowano? Brało się igłę, maczało w barwniku i wbijało w skórę. Żeby wywabić ten barwnik, musze przelecieć igłą po jego twarzy por po porze, zapuszczając w każdy z nich indygotynowy kwas dwusulfonowy. To będzie bolało.
Oczy Jisbelli zabłysły.
— A możesz to robić bez znieczulenia?
— Ja mogę, ale Foyle.
— Do diabła z Foylem. Płace cztery tysiące. Żadnego znieczulenia, Baker. Niech Foyle pocierpi.
— Jiz! Nawet nie wiesz na co go skazujesz.
— Wiem. Niech cierpi — roześmiała się tak dziko, że przestraszyła Bakera. — Niech jego twarz i jemu sprawi cierpienie.
Fabryka Potworów Bakera mieściła się w okrągłym, piętrowym budynku z cegły, który, zanim jaunting nie zniósł zapotrzebowania na kolejki podmiejskie, był niegdyś parowozownią na stacji przetokowej. Starożytna, opleciona bluszczem parowozownia wznosiła się nie opodal trentońskich szybów rakietowych i jej tylne okna wychodziły na ich wyloty, tryskające w górę wiązkami antygrawitacyjnymi. Dzięki temu rekonwalescenci doktora Bakera mogli urozmaicać sobie czas, obserwując sunące bezgłośnie w górę i w dół tych wiązek statki kosmiczne o jarzących się iluminatorach, mrugających światłach pozycyjnych i zdających się falować kadłubach, po których, w wyniku odprowadzenia do atmosfery nagromadzonego tam podczas podróży przez kosmos ładunku elektrostatycznego pełgały ognie Świętego Elma.