Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
W podziemiach Fabryki mieściło się zoo Bakera, w którym trzymał on osobliwości anatomiczne, wybryki natury oraz potwory zakupione i (lub) porwane. Baker, podobnie jak reszta jego świata, oddany był tym stworom bez reszty i spędzał z nimi długie godziny rozkoszując się widokiem ich wynaturzeń tak, jak inni ludzie chłoną piękno sztuki. Na parterze parowozowni znajdowały się sypialnie dla rekonwalescentów, laboratoria, pokoje personelu i kuchnia. Piętro zajmowały sale operacyjne.
W jednej z nich, małej salce, w której przeprowadzano zazwyczaj eksperymenty na siatkówce oka, Baker pracował nad twarzą Foyla. Pochylony nad stołem operacyjnym, oświetlonym przez sfatygowaną baterię lamp operacyjnych, pracował metodycznie, uderzając małym, stalowym młoteczkiem w platynową igłę. Posuwał się po wzorze starego tatuażu zdobiącego twarz Foyla, wyszukując każdą, najmniejszą bliznę na skórze i wprowadzając w nią igłę. Głowa Foyla ściśnięta była w imadle, ale ciało pozostawało nieskrępowane. Jego mięśnie drgały spazmatycznie przy każdym uderzeniu młotka, tułowiem jednak nie poruszał. Trzymał się kurczowo krawędzi stołu operacyjnego.
— Samokontrola — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Chciałaś mnie nauczyć panowania nad sobą, Jiz. Ćwiczę. — Skrzywił się z bólu.
— Nie ruszaj się — nakazał Baker.
— Czynię wysiłki, żeby nie parsknąć śmiechem.
— Nieźle się trzymasz, synu — odezwał się Sam Quatt głosem człowieka, któremu zbiera się na wymioty. Zerknął z ukosa na zawziętą twarz Jisbelli. — Co o tym myślisz, Jiz?
— Uczy się.
Baker kontynuował wbijanie igły i uderzanie jej młotkiem.
— Słuchaj, Sam — wymamrotał ledwo dosłyszalnie Foyle — Jiz mówiła mi, że masz prywatny statek. Zbrodnia popłaca, co?
— A żebyś wiedział, popłaca. Mam mały, czteroosobowy stateczek. Dwusilnikowy. Z tych, co to je nazywają Saturnowy Weekendowicz.
— Dlaczego akurat Saturnowy Weekendowicz?
— Bo weekend na Saturnie trwałby dziewięćdziesiąt dni, a statek może zabrać żywności i paliwa na trzy miesiące.
— Takiego mi właśnie trzeba — mruknął Foyle. Skrzywił się i zaraz zapanował nad sobą. — Sam, chce go wynająć.
— Po co?
— Coś wystrzałowego.
— Legalnego?
— Nie.
— A więc to nie dla mnie, synu. Mam zszarpane nerwy. Przekonałem się o tym jauntując z tobą w kółko o krok przed glinami. Wycofuję się na dobre. Chcę tylko spokoju.
— Zapłacę pięćdziesiąt tysięcy. Nie chcesz pięćdziesięciu tysięcy? Mógłbyś na ich liczeniu spędzać niedziele.
Igła kłuła bezlitośnie. Ciało Foyla drgało przy każdym uderzeniu.
— Mam już pięćdziesiąt tysięcy. Mam dziesięć razy tyle w gotówce w banku wiedeńskim. — Quatt sięgnął do kieszeni i wydobył z niej kółko z błyszczącymi, radioaktywnymi kluczami. — Ten jest od banku. Ten od mojego mieszkania w Joburg. Dwadzieścia pokoi; dwadzieścia akrów. Ten tutaj jest od mojego Weekendowicza stojącego w Montauk. Nie skusisz mnie, synu. Wycofałem się, gdy byłem jeszcze na fali. Teraz jauntuję z powrotem do Joburg i szczęśliwie przeżywam resztę mych dni.
— Daj mi Weekendowicza. Możesz siedzieć sobie bezpiecznie w Joburg i tylko inkasować.
— Kiedy mam inkasować?
— Jak wrócę.
— Chcesz dostać mój statek na kredyt i za obietnicę zapłaty?
— Gwarantuje.
— Co gwarantujesz? — prychnął Quatt.
— To robota ratownicza w asteroidach. Statek o nazwie „Nomad”.
— Co jest na tym „Nomadzie”? Skąd wiesz, że akcja ratownicza będzie opłacalna?
— Nie wiem.
— Kłamiesz.
— Nie wiem — mruknął uparcie Foyle. — Ale musi tam być coś cennego. Spytaj Jiz.
— Słuchaj no — powiedział Quatt. — Nauczę cię czegoś. Robimy legalne interesy, rozumiesz? Nie napadamy i nie wdajemy się w jakieś drobne spekulacje. Już tego nie robimy. Wiem co kombinujesz. Masz coś soczystego, ale z nikim nie chcesz się tym dzielić. Dlatego żebrzesz o przysługę…
Foyle zwinął się pod igłą, ale wciąż pozostając we władzy swojego opętania, zmuszony był powtórzyć:
— Nie wiem, Sam. Spytaj Jiz.
— Jeśli masz godziwy interes, czyń godziwe propozycje — rzucił Quatt ze złością. — Nie krąż dookoła jak jakiś cholerny, tatuowany tygrys, który tylko patrzy jakby tu rzucić się na ofiarę. Jesteśmy jedynymi przyjaciółmi jakich masz. Nie próbuj nas oszukiwać i kręcić…
Przerwał Quattowi krzyk, który wyrwał się z ust Foyla.
— Nie ruszaj się — powiedział roztargnionym głosem Baker. — Kiedy krzywisz twarz, nie mogę prawidłowo wprowadzić igły. — Tu posłał Jisbelli surowe, przeciągłe spojrzenie. Usta jej drżały. Gwałtownym ruchem otworzyła torebkę i wyciągnęła z niej dwa banknoty po 500 r. Rzuciła je na stolik obok zlewki z kwasem.
— Poczekamy na zewnątrz — powiedziała.
Zemdlała na korytarzu. Quatt zaciągnął ją do krzesła i poszukał pielęgniarki, która ocuciła dziewczynę aromatycznym amoniakiem. Jisbella zaczęła płakać tak gwałtownie, że Quatt przestraszył się. Odprawił pielęgniarką i kręcił się w pobliżu, dopóki szlochanie nie ustało.
— Co, u diabła, jest grane? Co miały znaczyć te pieniądze?
— To były krwawe pieniądze.
— Że co?
— Nie chcę o tym mówić.
— Dobrze się czujesz?
— Nie.
— Mogę coś dla ciebie zrobić?
— Nie.
Nastąpiła długa pauza, po czym Jisbella spytała słabym głosem:
— Zrobisz ten interes z Gullym?
— Ja? Nie. Szansę powodzenia wyglądają mi tu na tysiąc do jednego.
— Na tym „Nomadzie” musi być coś wartościowego. Inaczej Dagenham nie prześladowałby tak Gully’ego.
— Nadal mnie to nie interesuje. A ciebie?
— Mnie? Mnie też nie. Nie chcę mieć już nic wspólnego z Gully Foylem.
Po następnej chwili milczenia Quatt spytał:
— Mogę już iść do domu?
— Ciężko było, prawda Sam?
— Z tysiąc razy myślałem, że skonam niańcząc tego tygrysa.
— Przepraszam cię, Sam.
— Naszło mnie to po tym, co ci zrobiłem, kiedy gliny capnęły cię w Memfis.
— To oczywiste, że mnie wtedy zostawiłeś, Sam.
— Zawsze robimy to co jest oczywiste, tylko czasami nie powinniśmy tego robić.
— Wiem, Sam, wiem.
— I potem spędzasz resztę życia próbując naprawić swój błąd. Tak sobie myślę, że jestem teraz szczęśliwy, Jiz. Dziś wieczorem udało mi się wyrównać ten rachunek. Mogę już iść do domu?
— Z powrotem do Joburg wieść szczęśliwe życie?
— Uhum.
— Nie zostawiaj mnie jeszcze samej, Sam. Wstydzę się sama siebie.
— Dlaczego?
— Bo byłam okrutna dla głupich zwierząt.
— Co to ma znaczyć?
— Nieważne. Posiedź ze mną troszeczkę. Opowiedz mi o tym swoim szczęśliwym życiu. Co w nim takiego szczęśliwego?