Muzyka duszy [Soul Music - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-036-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:
Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
— Tak — powiedziała.
Gdyby ktoś jej powiedział, że Śmierć ma dom, nazwałaby go wariatem, albo nawet gorzej: głupim. Ale gdyby miała dom Śmierci narysować, wykreśliłaby — odpowiednio czarną kredką — jakieś wieże, blanki, gotycką rezydencję… tak posępną, że jej wygląd sugerowałby konieczność użycia licznych słów zaczynających się na „zg”, takich jak zgroza, zgon czy zguba. Wolne miejsca na niebie Susan wypełniłaby nietoperzami. Rysunek z pewnością robiłby wrażenie.
Na pewno nie byłby to wiejski domek. Nie stałby raczej w pozbawionym smaku ogrodzie. Przed drzwiami nie leżałaby wycieraczka z napisem WITAMY.
Susan otoczyła się niepokonanymi murami zdrowego rozsądku. Teraz zaczynały się rozpuszczać jak sól na wilgotnym wietrze, a Łoją irytowało.
Oczywiście dobrze znała dziadka Lezeka i jego małą farmę, tak ubogą, że nawet wróble musiały przyklękać, żeby się pożywić… Zapamiętała go jako miłego staruszka; teraz przypomniała sobie również, że zwykle trochę zakłopotanego, zwłaszcza kiedy tato znalazł się w pobliżu.
Mama opowiadała Susan, że jej ojciec był…
Właściwie, kiedy teraz o tym myślała, nie była pewna, czy mama w ogóle coś powiedziała. Rodzice są bardzo wprawni w niemówieniu dzieciom o różnych sprawach, nawet gdy używają do tego bardzo wielu słów. Susan zapamiętała tylko wrażenie, że dziadka nie ma albo jest gdzieś daleko.
Teraz sugerowano, że jest znany właśnie z tego, że zawsze jest blisko.
To tak jakby mieć krewnego w handlu.
Bo bóg, na przykład… bóg to by było coś. Lady Odylia Flume z piątej klasy zawsze się przechwalała, że jej praprababka została kiedyś uwiedziona przez Ślepego lo w postaci wazonu stokrotek, co podobno czyniło ją demi-semi-hemi-półboginią. Twierdziła, że matce przydaje się ten fakt, kiedy chce dostać stolik w restauracji. Oświadczenie, że jest się bliską krewną Śmierci, prawdopodobnie nie dawałoby równie dobrych efektów. W taki sposób nie załatwiłaby sobie pewnie nawet dostawionego krzesła niedaleko kuchni.
Jeśli to wszystko było snem, chyba nie groziło jej przebudzenie. Zresztą i tak w to nie wierzyła. Sny nie są takie.
Ścieżka poprowadziła ją od stajni przez ogród warzywny, a dalej trochę w dół, do sadu czarnolistnych drzew. Na gałęziach wisiały błyszczące czarne jabłka. Trochę z boku stało kilka białych uli.
Kiedyś już widziała ten sad.
Była tam jabłoń całkiem, ale to całkiem inna od pozostałych.
Susan stanęła przed nią i patrzyła, a wspomnienia napływały szeroką falą.
Pamiętała, że była już dość duża, by zrozumieć, jak logicznie głupi był cały ten pomysł, a on stał obok i niespokojnie czekał, co ona zrobi…
Dawne przekonania odpływały, zastępowane przez nowe…
Teraz wreszcie zrozumiała, czyją jest wnuczką.
Załatany Bęben tradycyjnie preferował, no… tradycyjne rozrywki barowe: domino, strzałki oraz Dźganie Ludzi w Plecy i Zabieranie Im Wszystkich Pieniędzy. Nowy właściciel postanowił przejść na wyższy sektor rynku. Był to jedyny możliwy kierunek.
Wstawił Machinę Quizową, trzytonowe, napędzane wodą urządzenie oparte na niedawno odkrytym projekcie Leonarda z Quirmu. Okazało się, że to zły pomysł. Kapitan Marchewa ze Straży Miejskiej, który za swą szczerą, uśmiechniętą twarzą skrywał umysł ostry jak igła, potajemnie zamienił rolkę papieru na nową, zawierającą takie pytania jak: „Czy byłeś w pobliżu Składu Diamentów Vortina w nocy piętnastego?” Albo: „Kim był trzeci człowiek, który w zeszłym tygodniu dokonał włamania do Gorzelni Bearhuggera?” Zanim ktokolwiek się zorientował, aresztował trzech klientów.
Właściciel obiecywał lada dzień nową machinę. Bibliotekarz, jeden ze stałych bywalców tawerny, od pewnego czasu zbierał pensowe monety.
Na końcu baru znajdowała się niewielka scena. Właściciel spróbował ściągnąć tam striptizerkę, ale tylko raz. Na widok dużego orangutana, siedzącego w pierwszym rzędzie z szerokim niewinnym uśmiechem i workiem pensówek, nieszczęsna dziewczyna uciekła. Kolejna rozrywkowa gildia wciągnęła Bęben na czarną listę.
Nowy właściciel nazywał się Hibiskus Dunelm. To nie była jego wina. Naprawdę chciał zmienić Bęben w miły lokal. Wystarczyłaby drobna sugestia, a wystawiłby na ulicę pasiaste parasole.
Spojrzał z góry na Buoga.
— Jest was tylko trzech? — zapytał.
— Tak.
— Kiedy dogadaliśmy się na pięć dolarów, mówiłeś, że macie duży zespół.
— Przywitaj się, Lias.
— Słowo daję, to rzeczywiście duży zespół. — Dunelm cofnął się. — Tak sobie myślałem, że może parę numerów, które wszyscy znają? Żeby stworzyć atmosferę.
— Atmosfera… — powtórzył Imp.
Rozejrzał się. Owszem, znał to słowo. Ale w tym miejscu było ono samotne i zagubione. O tak wczesnej porze w tawernie siedziało zaledwie trzech czy czterech klientów; żaden z nich nie zwracał uwagi na scenę.
Ściana za sceną z pewnością była już świadkiem wielu wydarzeń. Przyjrzał jej się, gdy Lias spokojnie rozstawiał swoje kamienie.
— Och, to tylko kawałki owoców i stare plamy po jajkach — uspokoił go Buog. — Ludzie pewnie robią się trochę niesforni. Nie ma się czym martwić.
— Nie martwię się nimi — zapewnił Imp.
— Tak też myślałem.
— Martwię się o te ślllady po toporach i dziury od strzał. Buog, przecież nawet nie próbowallliśmy razem. Nie tak naprawdę.
— Umiesz grać na gitarze, prawda?
— No, chyba tak…
Spróbował. Łatwo się na niej grało. Właściwie zła gra była prawie niemożliwa. Miał wrażenie, że nieważne, jak dotyka strun, i tak gitara wygrywała melodię rozbrzmiewającą mu w duszy. Była urzeczywistnieniem instrumentu, o jakim się marzy, kiedy człowiek zaczyna się uczyć muzyki, takim, na którym można grać bez ćwiczeń. Pamiętał, że kiedy pierwszy raz wziął harfę i uderzył w struny, zarozumiale oczekując tych głębokich tonów, jakie wydobywali z niej starsi bardowie, uzyskał jedynie dysonansowe jęki. Ale teraz dostał instrument, o jakim śnił…
— Trzymajmy się piosenek, które wszyscy znają — instruował krasnolud. — „Laska maga” i „Zbierając rabarbar”. Takie rzeczy. Ludzie lubią piosenki, przy których mogą rechotać do rytmu.
Imp rzucił okiem na salę. Zaczynała się powoli wypełniać. Ale jego uwagę zwrócił duży orangutan, który przysunął sobie krzesło tuż pod scenę i trzymał w rękach torbę owoców.
— Buog, jakaś małpa na nas patrzy.
— I co? — zdziwił się krasnolud, rozpinając siatkę.
— To małpa!
— A to jest Ankh-Morpork. Takie rzeczy się zdarzają. — Zdjął hełm i wyjął coś ze środka.
— Po co ci ta siatka? — zdziwił się Imp.
— Owoce to owoce. Oszczędnością i pracą krasnoludy się bogacą. Gdyby rzucali jajkami, staraj sieje wyłapywać.
Imp przerzucił przez ramię pas gitary. Chciał wytłumaczyć wszystko krasnoludowi, ale co właściwie mógł powiedzieć? Że za łatwo się gra?
Miał tylko nadzieję, że istnieje bóg muzyków.
Rzeczywiście istnieje. Nawet wielu, dla każdego typu muzyki inny. Dla prawie każdego. Ale jedynym, który powinien czuwać nad Impem tej nocy, był Reg, bóg klezmerów. Jednak nie mógł mu poświęcić zbyt wiele uwagi, gdyż czuwał też nad trzema innymi występami.
— My gotowi? — upewnił się Lias, chwytając młotki. Obaj jego koledzy pokiwali głowami.
— Dajmy im na początek „Laskę maga” — zaproponował Buog. — To zawsze pomaga przełamać lody.