Muzyka duszy [Soul Music - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-036-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:
Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
— Przypomniała sobie o łazience — mruczał. — I wie o rzeczach, których nie mogła poznać. Nikt nie mógł jej powiedzieć. Ma jego pamięć. Odziedziczyła.
PIP, wtrącił Śmierć Szczurów.
Zwykle nocami siadywał przy ogniu.
— Kiedy ostatnim razem zniknął, ludzie przestali umierać — stwierdził Albert. — Ale teraz nie przestali. A koń pobiegł do niej. To ona wypełnia puste miejsce.
Albert spojrzał ponuro w ciemność. Kiedy był podniecony, zdradzał to swego rodzaju aktywnością przeżuwania i ssania, jakby usiłował usunąć z dziury w zębie zapomnianą resztkę podwieczorku. Teraz robił hałas jak umywalka u fryzjera.
Nie pamiętał, czy kiedykolwiek był młody. To musiało się dziać tysiące lat temu. Miał siedemdziesiąt lat, ale czas w domu Śmierci był surowcem odnawialnym.
Niejasno zdawał sobie sprawę z faktu, że dzieciństwo to niełatwe zajęcie. Była cała ta sprawa z pryszczami i z tym, że różne części ciała zdawały się żyć własnym życiem. Kierowanie wykonawczym ramieniem śmiertelności stanowiło niewątpliwie dodatkowy problem.
Ale faktem — przerażającym, nieuniknionyn faktem — było, że ktoś musiał to robić.
Ponieważ, jak już wspomniano, Śmierć działa raczej w sensie ogólnym niż szczegółowym, podobnie do monarchii.
Jeśli ktoś jest poddanym w monarchii, to jest rządzony przez monarchę. Przez cały czas. We śnie i na jawie. Wszystko jedno, czym by się akurat zajmował.
To jeden z generalnych warunków całej sytuacji. Królowa nie musi osobiście wchodzić do niczyjego domu, przejmować fotela i pilota telewizora, nie musi też oznajmiać, jak to jej majestat jest zmęczony i chętnie by się napił herbaty. Wszystko działa automatycznie, jak grawitacja. Tyle że — w przeciwieństwie do grawitacji — potrzebny jest ktoś na szczycie. Nie musi koniecznie zbyt wiele robić. Musi tylko być na miejscu.
Musi być.
— Ona? — westchnął Albert.
PIP.
— Nie wytrzyma długo. To jasne. Nie można być nieśmiertelnym i śmiertelnikiem jednocześnie, to rozerwie człowieka na części. Prawie mi jej żal.
PIP, zgodził się Śmierć Szczurów.
— To jeszcze nie jest najgorsze — dodał Albert. — Poczekaj, aż jej pamięć naprawdę zacznie działać…
PIP.
— Posłuchaj no… lepiej zacznij go szukać. Natychmiast.
Susan obudziła się i nie miała pojęcia, która jest godzina. Na nocnej szafce stał zegar, bo Śmierć wiedział, że w domu powinny się znaleźć takie rzeczy jak zegary przy łóżkach. Ten miał czaszki i kości, i znak omegi — i nie działał. W całym domu nie było chodzącego zegara — z wyjątkiem tego specjalnego w korytarzu. Wszystkie inne wpadały w depresję i stawały, albo rozwijały swoje sprężyny w jednym szybkim impulsie.
Jej pokój wyglądał, jakby dopiero wczoraj ktoś się z niego wyprowadził. Na toaletce leżały szczotki do włosów i kilka drobiazgów przydatnych do makijażu. Na drzwiach wisiał nawet szlafrok. Miał na kieszeni naszytego królika. Miły efekt psuł trochę fakt, że był to króliczy szkielet.
Przerzuciła zawartość szuflad. Ten pokój musiał należeć do jej matki — było tu mnóstwo różowego. Susan nie miała nic przeciwko różowemu, byle nie w nadmiarze. Tutaj ten warunek nie został spełniony.
Włożyła swoją szkolną sukienkę.
Najważniejsze, uznała, to zachować spokój. Zawsze istnieje logiczne wyjaśnienie wszystkiego, choćby trzeba je było wymyślić.
PIUFF!
Śmierć Szczurów wylądował na toaletce; pazurki zgrzytnęły, szukając zaczepienia. Wyjął z zębów małą kosę.
— Tak sobie myślę — odezwała się delikatnie Susan — że chyba wrócę już do domu. Jeśli można.
Mały szczur kiwnął łebkiem i skoczył.
Wylądował na skraju różowego dywanu i pobiegł po ciemnej podłodze.
Kiedy Susan zeszła z dywanu, szczur zatrzymał się i obejrzał z aprobatą. Znowu miała wrażenie, że pomyślnie przeszła jakiś test.
Ruszyła za nim przez korytarz, a potem wkroczyła do zadymionej jaskini kuchni. Albert pochylał się nad piecem.
— Dzień dobry — powiedział raczej z przyzwyczajenia, niż uwzględniając aktualną porę doby. — Chcesz smażonego chleba do kiełbasek? Potem będzie owsianka.
Susan zerknęła na skwierczącą zawartość wielkiej patelni. Nie był to obraz, który należy oglądać z pustym żołądkiem, choć prawdopodobnie mógł do niego doprowadzić. Albert potrafił sprawić, by jajko pożałowało, że zostało kiedyś zniesione.
— Nie masz żadnego musli?
— Czy to jakaś odmiana kiełbasy? — spytał podejrzliwie Albert.
— To coś z orzechami i ziarnami.
— Jest tłuszcz?
— Chyba nie.
— No to jak można to usmażyć?
— Tego się nie smaży.
— I coś takiego nazywasz śniadaniem?
— Nie trzeba smażyć jedzenia, żeby było śniadaniem. Wspominałeś przecież o owsiance, a owsianki się nie smaży…
— Kto to powiedział?
— To może gotowane jajko?
— Gdzie tam. Gotowanie jest na nic, nie zabija wszystkich zarazków.
— UGOTUJ MI JAJKO, ALBERCIE.
Gdy echa przebrzmiały i ucichły, Susan zaczęła się zastanawiać, skąd dochodził ten głos.
Chochla Alberta brzęknęła o kafelki.
— Proszę — dodała Susan.
— Przemówiłaś głosem — rzekł z wyrzutem Albert.
— Zresztą mniejsza o jajko. — Od głosu zabolała ją szczęka. Zaniepokoiła się nim chyba jeszcze bardziej niż Albert. W końcu to były jej usta. — Chcę wracać do domu!
— Jesteś w domu.
— Tutaj? To nie jest mój dom!
— Nie? Jaka inskrypcja jest na wielkim zegarze?
— „Za późno” — odparła natychmiast Susan.
— Gdzie stoją ule?
— W sadzie.
— Ile mamy talerzy?
— Siedem…
Susan stanowczo zamknęła usta.
— Widzisz? — ucieszył się Albert. — To twój dom.
— Posłuchaj, Albercie. — Susan postanowiła mówić rozsądnie, w nadziei że tym razem podziała. — Być może jest… ktoś… tak jakby… kierujący tym wszystkim, aleja nie jestem nikim wyjątkowym. Znaczy…
— Tak? To skąd koń cię zna?
— No racja. Ale naprawdę jestem tylko zwyczajną dziewczynką…
— Zwyczajne dziewczynki nie dostają na trzecie urodziny zestawu „Mój Mały Pimpuś”! — burknął Albert. — Ojciec ci go zabrał. Pan naprawdę się wtedy zirytował. Starał się przecież.
— Chcę powiedzieć, że jestem normalnym dzieckiem!
— Posłuchaj, normalne dzieci dostają cymbałki, a nie proszą dziadka, żeby zdjął koszulę!
— Nic na to nie poradzę! To nie moja wina! To niesprawiedliwe!
— Naprawdę? Dlaczego od razu nie powiedziałaś? — zapytał zgryźliwie Albert. — To wiele tłumaczy, naturalnie. Na twoim miejscu wyszedłbym teraz i poskarżył się wszechświatowi, że to niesprawiedliwe. Założę się, że odpowie: Och, rzeczywiście, no dobrze, przepraszam za kłopoty, jesteś wolna.
— To jest sarkazm! Nie powinieneś tak się do mnie odzywać! Jesteś tylko sługą!
— Zgadza się. I ty również. Dlatego na twoim miejscu wziąłbym się do pracy. Szczur ci pomoże. Zajmuje się głównie szczurami, ale zasada jest taka sama.
Susan znieruchomiała z otwartymi ustami.
— Wychodzę — oznajmiła po chwili.
— Przecież cię nie trzymam.
Wybiegła rozgniewana kuchennymi drzwiami, przez gigantyczną przestrzeń zewnętrznego pokoju, obok kamienia szlifierskiego na podwórzu, do ogrodu.