W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
– Prawdę mówiąc, to chciałabym trochę odsapnąć – powiedziałam. – Napiję się czekolady na gorąco i dojdę do siebie.
Czekolada w kafejce była fantastyczna, zupełnie jakbym piła sos czekoladowy, co dobrze mi zrobiło, bo oderwałam się myślami od widoku Marka i Rebeki jadących razem wyciągiem krzesełkowym na szczyt. Widziałam, że jest cała rozszczebiotana i dotyka jego ręki. W końcu pojawili się znowu, szusując w dół jak Król i Królowa śniegu – on na czarno, ona na biało – jak para z reklamówki schroniska górskiego, która nie tylko oferuje takie atrakcje, jak osiem czarnych szlaków, 400 wyciągów i dwa posiłki dziennie, ale również sugeruje, że przeżyjesz tam cudowny seks, podobnie jak tych dwoje za chwilę.
– Och, jakie to zabawne – powiedziała Rebecca, nakładając gogle na głowę i śmiejąc się do Marka. – Słuchaj, może mielibyście ochotę zjeść dzisiaj z nami kolację? Robimy sobie fondue na szczycie góry, a potem zjeżdżamy na dół z pochodniami. Och, przepraszam, Bridget, ty możesz zjechać kolejką.
– Nie – odparł Mark stanowczo. – Przegapiłem walentynki, więc zabieram Bridget na walentynkową kolację.
W Rebecce dobre jest to, że zwykle przez ułamek sekundy zdradza się wkurzoną miną.
– W porządeczku, jak chcecie, bawcie się dobrze – powiedziała, błysnęła zębami w uśmiechu jak z reklamy pasty do zębów, po czym nasunęła gogle na oczy i zgrabnie odjechała w stronę miasta.
– Kiedy ją spotkałeś? – spytałam. – Kiedy zaproponowała wyjazd do Courcheval?
Zmarszczył brwi.
– Była w Nowym Jorku.
Zachwiałam się, upuszczając jeden z kijków. Mark wybuchnął śmiechem, podniósł kijek i mocno mnie przytulił.
– Nie rób takiej miny – powiedział wtulony w mój policzek. – Była z całą grupą, pogadaliśmy góra dziesięć minut. Powiedziałem, że chciałbym sprawić ci jakąś miłą niespodziankę, bo przegapiłem walentynki, a ona zaproponowała ten wyjazd. Wydobył się ze mnie jakiś cichy, nieartykułowany dźwięk.
– Bridget – wyszeptał Mark. – Kocham cię.
16 lutego, niedziela
Waga: nie obchodzi mnie (prawdę mówiąc, to po prostu nie ma tu wagi), liczba powtórzeń w myślach tego przecudownego słowa na „K”: niebotycznie wysoka. 81 Jestem taka szczęśliwa. Wcale nie gniewam się na Rebeccę, tylko jestem wyrozumiała i pełna akceptacji. To przemiła, upozowana krowa na pajęczych nóżkach. Byliśmy z Markiem na b. dobrej, fajnej kolacji, ciągle się zaśmiewaliśmy i powtarzaliśmy, jak bardzo za sobą tęskniliśmy. Dałam mu prezent w postaci breloczka do kluczy z godłem Newcastle United i bokserki z takim samym godłem, które bardzo, bardzo mu się podobały. On mi dał na walentynki czerwoną jedwabną koszulkę nocną, która okazała się nieco za mała, co jednak wcale mu nie przeszkadzało, a szczerze mówiąc, wręcz przeciwnie. Potem opowiedział mi o pracy, co się wydarzyło w Nowym Jorku, a ja wygłosiłam swoją opinię na ten temat, która- jak orzekł – rozproszyła jego wątpliwości i była bardzo „wyjątkowa”! PS. Nikomu nie wolno tego czytać, bo mi wstyd. Byłam tak podniecona tym, że tak szybko wypowiedział słowo na „K”, że spontanicznie zadzwoniłam do Jude i Shaz i zostawiłam im wiadomość na sekretarce. Teraz jednak widzę, że to było płytkie i niewłaściwe.
17 lutego, poniedziałek
60 kg (aaa! Ta cholerna czekolada na gorąco), jedn. alkoholu 4 (ale razem z drinkami w samolocie, więc bdb), papierosy 12, kompromitujące neokolonialne uczynki mojej matki 1, ale bardzo duży.
Miniwakacje były fantastyczne – pomijając Rebeccę, ale dziś rano na Heathrow przeżyłam mały szok. Właśnie staliśmy w hali przylotów, rozglądając się za taksówką, kiedy usłyszałam głos:
– Kochanie! Nie musiałaś po mnie wychodzić, ty głuptasiu. Geoffrey i tatuś czekają na nas na zewnątrz. Przyszłyśmy tu tylko po prezent dla tatusia. Chodź, poznaj Wellingtona!
To była moja matka, opalona na wściekły oranż, z włosami splecionymi w warkoczyki w stylu Bo Derek, zakończone paciorkami i w obszernej pomarańczowej szacie z batiku, w której wyglądała jak Winnie Mandela.
– Na pewno sobie pomyślisz, że to Masaj, ale tak naprawdę to jest Kikuyu! Kikuyu! Pomyśl tylko!
Podążyłam za jej wzrokiem do lady w Sock Shop, przy której z otwartą portmonetką w ręce stała Una Alconbury, również cała pomarańczowa i ubrana od stóp do głów w batiki, ale w okularach do czytania i z zieloną skórzaną torebką z wielkim złotym zapięciem. Gapiła się z zachwytem na ogromnego czarnego młodzieńca z rozciągniętymi uszami (w jednym z nich tkwił pojemnik od kliszy filmowej), ubranego w jaskrawoniebieski płaszcz w kratę.
– Hakuna Matata. Nie martw się, uśmiechnij się! Suahili. Ale odlot, co? Una i ja super się bawiłyśmy, a Wellington przyjechał z nami! Witam, Mark – powiedziała, ledwo dostrzegając jego obecność. – No, kochanie, powiedz Wellingtonowi Jambo!
– Zamknij się, mamo, zamknij się – syknęłam kącikiem ust, nerwowo rozglądając się na boki. – Nie możesz zapraszać do siebie jakiegoś tam członka afrykańskiego plemienia. To neokolonializm, a tata dopiero co doszedł do siebie po tej aferze z Juliem.
– Wellington nie jest jakimś tam członkiem plemienia – wyjaśniła mama, prostując się do swojego pełnego wzrostu. – Kochanie, to najprawdziwszy członek plemienia! Mieszka w chacie z łajna! Ale sam chciał tu przyjechać! Chce odbyć podróż dookoła świata, jak Una i ja!
W taksówce w drodze do domu Mark był nieco niekomunikatywny. Cholerna mama. Żałuję, że nie mam jak inni ludzie normalnej, okrągłej mamy z siwymi włosami, która robiłaby pyszny gulasz. Dobra, dzwonię do taty.
21.00.
Tata wpadł w swój najgorszy środkowoangielski dołek emocjonalny i znowu miał kompletnie pijany głos.
– Co u ciebie? – zaryzykowałam, kiedy w końcu pozbyłam się rozentuzjazmowanej mamy.
– Dobrze, dobrze. Zulus pracuje w ogródku skalnym. Prymulki już się pokazują. A u ciebie wszystko w porządku?
O Boże. Nie wiem, czy jeszcze raz da sobie radę z całym tym wariatkowem. Powiedziałam, żeby dzwonił do mnie o każdej porze dnia i nocy, ale to bardzo trudne, kiedy jest taki oficjalny.
18 lutego, wtorek
60 kg (poważny stan alarmowy), papierosy 13, masochistyczne fantazje o Marku zakochanym w Rebecce 42.
19.00.
Mętlik w głowie. W wielkim pośpiechu wróciłam do domu po kolejnym koszmarnym dniu w pracy (Shaz z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu doszła do wniosku, że interesuje się piłką nożną, więc razem z Jude idziemy obejrzeć, jak Niemcy biją Turków, Belgów czy kogoś tam) i znalazłam dwie wiadomości na sekretarce, z których żadna nie była od taty. Pierwszą zostawił Tom, który powiedział, że jego znajomy Adam z „Independent” mówi, że nie ma nic przeciwko zleceniu mi jakiegoś wywiadu, jeśli tylko znajdę kogoś naprawdę sławnego, i żebym się nie spodziewała żadnego honorarium. Chyba nie jest to normalka w prasie? No bo skąd dziennikarze mają kasę na hipotekę i problemy z piciem? Druga wiadomość była od Marka. Powiedział, że dziś wieczorem wychodzi z Amnesty i Indonezyjczykami, i pytał, czy może łapać mnie u Shazzer, żeby się dowiedzieć, jaki jest wynik meczu. Potem nastąpiła chwila milczenia i w końcu Mark powiedział: „Eee, Rebecca zaprosiła nas i całą paczkę na imprezę w najbliższy weekend do domu swoich rodziców w Gloucestershire. Co ty na to? Zadzwonię później”. Dobrze wiem, co ja na to. Z całą pewnością wolałabym siedzieć w jakiejś norce w ogródku skalnym moich rodziców i zaprzyjaźnić się z robakami, niż iść na imprezę do Rebeki i patrzeć, jak flirtuje z Markiem. Dlaczego nie zadzwoniła do mnie z zaproszeniem? To wspominatoza. Regularna wspominatoza. Bez żadnych wątpliwości. Telefon. To pewnie Mark. Co mu powiedzieć?