Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Dotknąłem kieszeni kombinezonu, w której leżały temporalne granaty, i wymacałem tylko jeden cylinderek. Słusznie, tak właśnie powinno być.
– Startujemy? Musisz dotrzeć do pałacu, zanim zapadnie ciemność.
W milczeniu podałem mu rękę. Absolutnie odruchowo, bez jakiegokolwiek wysiłku. Ale już się nie bałem, wiedziałem, że w każdej chwili mogę podporządkować ciało własnej woli, wyrwać się ze strumienia wydarzeń, które już się rozegrały. Zastanowiłem się, dlaczego Siewcy przewidzieli taką fatalistyczną pułapkę, dziwnego autopilota, skoro wyjście spod jego wpływu wymaga tylko trochę wysiłku… Odpowiedź była oczywista. Fatalizm pozwalał zachować w niezmienionej postaci wszystkie udane działania, nawet słowa i gesty, które sprawiły, że Ernado zmienił decyzję i nie wycofał się na orbitę, a kończąc na celnych strzałach do atakujących gwardzistów. Czułem się we własnym ciele jak obserwator, który może przejąć stery wtedy, gdy jest to konieczne. Na przykład uciec z bazy, zanim pojawi się tam Shorrey. Albo zdążyć uchylić się przed rzuconym we mnie nożem… Ramię już nie bolało. Wiedziałem, że rana znikła bez śladu w momencie skoku w czasie, ale nieprzyjemne wspomnienie przeżytego bólu pozostało.
Rozważając to wszystko, wsiadłem do kabiny flaera i usadowiłem się w fotelu. Usłyszałem głos Ernada:
– Włącz autopilota.
Dotknąłem żółtej płytki i uśmiechnąłem się. Inaczej niż przedtem. Na autopilocie dotrze do celu nie tylko flaer, ale również jego pilot. Wygodna rzecz takie temporalne granaty. Dziwne… Tak łatwo zaufałem broni Siewców, tak łatwo ta broń mnie uznała…
– Już lecisz, Serge.
Oczywiście, że lecę. A ty polecisz ze mną, nawet jeśli jeszcze się tego nie domyślasz.
– Jeszcze raz powodzenia lordzie.
Poczułem wstyd. Co za łajdak ze mnie, słowo daję. Ja dostanę się do pałacu, a Ernado zginie w nierównym pojedynku! Muszę go uprzedzić, muszę…
– Jeszcze raz dziękuję, nauczycielu.
Uprzedzić? Ernado jest wystarczająco ostrożny bez moich rad. Mam zabronić mu lecieć do pałacu? Wtedy to ja zginę pod strzałami kutrów patrolowych. Wyjścia nie było. Temporalny granat dawał drugą szansę, ale tylko swojemu właścicielowi. Pozostali uczestnicy zabawy nie byli brani pod uwagę.
Nie było innego wyjścia. Ernado sam wybrał swoją drogę.
Za to kadet Lans nie zginie z ręki Shorreya, a ja i księżniczka dotrzemy do Świątyni Wszechświata.
Warto umrzeć za miłość. Szkoda tylko, że tymi słowami nie da się uspokoić sumienia.
Autopilot prowadził flaer do pałacu.
Wszystko się powtórzyło. Wydarzenia przewinęły się od nowa, jak epizody w puszczonym ponownie filmie. Kadr po kadrze. I tylko ja znałem z góry cały scenariusz.
Kutry patrolowe, które zbyt długo decydowały, czy mnie zniszczyć, czy nie… I pojawienie się Ernada, który odciągnął je w decydującej chwili.
Ogród rzeźb na dachu pałacu. I dwóch gwardzistów – pierwsze ofiary mojego pistoletu.
Bieg po korytarzu prowadzącym do sali księżniczki. Płaszczyznowy dysk rzucony w stronę zagradzających mi drogę żołnierzy Shorreya.
Księżniczka, która poznała mnie nie od razu. I jej prośba, żebym się odwrócił.
Skoncentrowałem się i wyrwałem ze strumienia wydarzeń. Księżniczka musiała zmienić suknię na kombinezon. Ale ja nie zamierzałem obrywać z powodu jest wstydliwości.
Odwróciłem lekko głowę i obserwowałem ciemne prostokąty okien pomiędzy zasłonami. Odbijały wszystko, co działo się w pokoju. Księżniczkę, która zrzuciła rozciętą suknię. Jej służącą Dilę rozwijającą kombinezon.
Serce tłukło mi się jak szalone. Do diabła, co się ze mną dzieje? Nie jestem dziesięcioletnim chłopcem, który ogląda w szkolnej toalecie rozmazane zdjęcia pornograficzne. Ani siedemnastolatkiem, drżącą ręką rozpinającym dżinsy swojej dziewczyny. Widziałem takie orgie, jakich pozazdrościłaby mi Emmanuelle. Zdarzało się, że zasypiałem w ramionach jednej dziewczyny, a budziłem się w ramionach innej. Miałem tyle kobiet, że nawet nie pamiętam ich imion…
Ale żadnej z nich nie kochałem.
Patrzyłem na nagie ciało okryte przezroczystą mgiełką bielizny, i wiedziałem, że żadnej innej kobiety na świecie nie będę tak pragnął. Chcę posiąść księżniczkę. Chcę dotykać jej ciała przez delikatny pancerz kombinezonu. Chcę poczuć jej pieszczoty i ofiarować jej swoje.
I zabić Shorreya, który śmiał pragnąć tego samego.
Tajne drzwi w ścianie otworzyły się, a ja omal znów nie przegapiłem tego momentu. Zacząłem uchylać się przed rzuconym nożem zaledwie odrobinę szybciej niż za pierwszym razem. Niezły początek.
– Lordzie!
Ostrze kindżału musnęło ramię, rozpruwając kombinezon i zostawiając na ciele krwawiący ślad. Lepiej niż poprzednio, ale mimo wszystko…
Poczułem złość. Nie po to aktywizowałem temporalny granat, nie po to znowu wysłałem Ernada na śmierć, żeby uwierzyć w przeznaczenie!
– Macie! – krzyknąłem, strzelając do gwardzistów.
I znowu pięciu gwardzistów przeżyło. Znowu zastrzeliłem jednego z nich, a w pistolecie skończyły się pociski. Znowu, jak poprzednio, cofałem się, z trudem powstrzymując ich napór. Przeznaczenie?
Jeden z gwardzistów odsłonił się, robiąc za duży zamach do zadania ciosu. Poprzednim razem zraniłem go w rękę.
Teraz uderzyłem w serce – tym samym ciosem, którym Shorrey próbował zabić mnie. Klinga weszła w pierś, a na twarzy gwardzisty rozlała się martwa bladość. Miecz wyszedł z rany i kombinezon zamknął się, zsuwając rozcięcie. Ale gwardzista już padał, nogi się pod nim uginały; księżniczka, które podbiegła na pomoc, zaatakowała nie jego, lecz innego żołnierza.
Przeznaczenie znikło.
Kilka sekund później było po wszystkim. Staliśmy z księżniczką naprzeciwko siebie, a pomiędzy nami leżały cztery nieruchome ciała w ukrywających rany kombinezonach.
– Doskonale władasz mieczem – powiedziała księżniczka.
– Ty również.
– Mnie uczono tego od dzieciństwa. Ale jak zabiłeś pozostałych?
Wargi poruszyły się same:
– Pistolet strzela płaszczyznowymi dyskami.
Znowu „szedłem” na autopilocie. Zmieniająca się rzeczywistość z uporem próbowała powrócić do pierwotnego stanu. Cóż, nie było w tym nic złego.
Ruszyliśmy do pasów startowych.
Znowu bieg przez ciemny ogród i ochroniarz zabity płaszczyznowym dyskiem. I męczące przeciążenia awaryjnego startu.
Flaer szybował do bazy imperatorskich wojsk lotniczych. Tam gdzie miałem zginąć.
Maszyna zakończyła krótką drogę po ziemi i zatrzymała się. Z tym samym wysiłkiem wyrwałem się z poprzedniego biegu czasu. Długa dyskusja z Lansem była zbędna.
Wyskoczyłem z kabiny i wpatrzyłem się w ciemność. Najmniejszego ruchu. Martwa cisza. Ale wiedziałem, że właśnie podkrada się młody mściciel, który wziął nas za wrogów.
– Lans! – zawołałem głośno. – Lansie Dari! Kadecie!
Księżniczka popatrzyła na mnie zdumiona.
– Czeka tu na nas twój przyjaciel?
– Tak. Przyszły. Lans!
Z ciemności wyłoniła się sylwetka młodzieńca. Patrzył na nas z napięciem.
– Jestem lordem z planety Ziemia – powiedziałem, nie pozwalając chłopcu ochłonąć – pięć lat temu zaręczonym z księżniczką.
Lans popatrzył na księżniczkę.
– Księżniczko… uratowałaś się? – powiedział niepewnie.
– Nie do końca – padła lakoniczna odpowiedź. – Jesteś synem pułkownika Dari?
Lans krótko skinął głową w geście pełnym szacunku i dumy jednocześnie.
– Tak. Poległ za imperatora.
Następne zdanie… wiedziałem, jakie będzie.