Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Zraniłeś mnie – powiedział urażony. – Jeden dysk drasnął kombinezon i naderwał mięsień.
– Nie jesteś człowiekiem – wyszeptałem, odrzucając pistolet. – Jesteś maszyną. Robotem bojowym…
– Roboty nie panują nad światami. Jestem człowiekiem, takim jakim powinien być człowiek. Geny składające się na moje ciało zebrano od tysięcy ludzi. Jestem człowiekiem idealnym.
– A ja nienawidzę idealnych ludzi – powiedziałem i przystanąłem. Cofanie się nie miało sensu. Znowu zabolało mnie ramię. Śmieszne… trafiłem Shorreya w to samo miejsce.
– To niczego nie zmienia. Wyjmij swój miecz, lordzie z planety, której nie ma.
Jak zahipnotyzowany wyciągnąłem broń. Bezsensowne słowa Shorreya ukłuły świadomość i znikły. Przegrałem…
– Każdego czeka własny koniec – rozmyślał głośno Shorrey, podchodząc do mnie. – Twoja śmierć będzie piękna i pozbawiona męczarni. O tym pojedynku dowiedzą się miliony i przyznają mi słuszność. Jeszcze zanim się pojawiłeś, wiedziałem, jak umrzesz.
O wszystkim trzeba decydować wcześniej. Broń się, lordzie.
Nasze miecze się skrzyżowały. Walczyłem jak automat, mechanicznie powtarzając obronne chwyty z kursu. Miecz w rękach Shorreya tańczył, ledwie dotykając mojego ostrza. Dopiero po minucie zrozumiałem, co on robi.
Odrąbuje mój miecz centymetr po centymetrze. Skraca go. Zamienia w ostrugany ogryzek.
W bezsilnej wściekłości przypuściłem atak – skomplikowany zestaw ciosów z siódmego poziomu kursu. Mój miecz skrócił się do połowy.
Shorrey skinął głową.
– Umiesz więcej, niż przypuszczałem. Mógłbyś stać się interesującym przeciwnikiem… z czasem. Cóż, przestrzegałem reguł pojedynku. Pora…
– Stój! – Ledwie poznałem głos księżniczki. – Stój, Shorrey! Zasady pojedynku wymagają, by silniejszy zadał ostatnie pytanie!
– Po co mi teraz zasady, księżniczko?
Głos dziewczyny był wyprany z emocji.
– Czy mój stosunek do ciebie jest ci zupełnie obojętny, Shorrey?
Popatrzył na nią z zadumą i rzekł uprzejmie:
– Dobrze, księżniczko. Zgadzam się. Lordzie z planety Ziemia, przegrałeś pojedynek. Czy zgadzasz się zrezygnować ze swoich praw i spędzić resztę życia na wygnaniu, na swojej planecie, bez prawa opuszczania jej?
Zobaczyłem, że wargi księżniczki drgnęły. Wyszeptała coś, a ja zrozumiałem: „Zgódź się”.
Shorrey czekał, patrząc na mnie z ciekawością. Nie spieszył się. Mógł sobie na wiele pozwolić, na przykład na łaskę dla pokonanego przeciwnika. Miał w rękach wszystkie karty, a ja…
Po ciele przebiegł mi zimny dreszcz. To ja miałem ostatni atut. Broń Siewców. Kryształowe cylindry w kieszeni kombinezonu.
– Shorrey, pamiętasz, co powiedziałem twoim patrolom, wdzierając się do pałacu?
– Ja niczego nie zapominam, marionetkowy lordzie. Powiedziałeś, że musisz dostarczyć broń Siewców.
Niespiesznie, starając się, by ruch nie wyglądał groźnie, wyjąłem z kieszeni kryształowy cylinderek. Zacisnąłem go w palcach i powiedziałem, starannie wymawiając każde słowo:
– Nie kłamałem, Shorrey. Mam w ręku broń. Wypuść mnie i księżniczkę albo umrzesz.
Jego spojrzenie, baczne, niemal fizycznie odczuwalne, zatrzymało się na cienkim kryształowym ołówku. Przez chwilę jego twarz była napięta, potem rozluźnił się.
– Blefujesz, lordzie – powiedział wzgardliwie. – Broń Siewców odeszła razem z nimi. To, co zostało, nie mogło trafić do rąk dzikusa. Słyszałeś moją propozycję. Odpowiedz.
Popatrzyłem na księżniczkę. Zdaniem Ernada broń Siewców może zniszczyć miasto albo planetę. Czy dziewczyna, stojąca dziesięć metrów od nas, ocaleje? Czy mam prawo narażać ją na śmiertelne ryzyko?
Księżniczka zaczęła ostrożnie wysuwać miecz z pochwy. Leciutko skinęła głową. Myśli, że gram na czas i chce zaatakować Shorreya od tyłu!
Warto umrzeć za miłość.
– Nie zrezygnuję ze swoich praw, Shorrey.
Zacisnąłem palce, próbując przełamać cienki cylinderek. Nie mogłem. To było jak usiłowanie złamania stalowego pręta.
– Więc umrzyj, dzikusie.
Nadal ściskając w palcach niepokorną rurkę, drugą ręką podniosłem odłamek miecza w rozpaczliwej próbie obrony. Shorrey zaczął atak. Piękny, wyliczony co do milimetra cios, wyraźnie bez wysiłku i pośpiechu. Tak żebym nie zdążył już nic zrobić, ale żebym mógł w całej pełni odczuć bezsilny strach przed spadającą klingą. Pamiętałem ten cios – jeden z najbardziej skutecznych, choć niebezpiecznych dla wykonawcy chwytów najwyższego stopnia trudności. Cios wbijający się w serce, które nie zdoła zatrzymać się na tyle sekund, żeby zdążyły się zrosnąć przecięte płaszczyznowym mieczem tkanki. Uderzenie godne mistrza… Miecz Shorreya zakreślił krótki łuk i ściął żałosne resztki mojego ostrza aż po gardę. Zmierzał do mojej piersi. Zobaczyłem, jak wąskie ostrze dotyka kombinezonu…
I w tym momencie kryształowy cylinderek złamał się – lekko, niczym zwykły ołówek. Broń Siewców sama decydowała, kiedy zadziałać…
Zapadła noc.
4. Porwanie księżniczki.
Replay
To przypominało skok przez hiperprzestrzeń, ale bez feerii barw, bez upajającej lekkości, bez niezrozumiałej euforii. Przeciwnie. Świadomość zanurzyła się we mgle. Nie mogłem myśleć ani się dziwić, a obcy, pozbawiony emocji głos rozlegający się na dnie mojej świadomości nie budził najmniejszej reakcji.
Aktywizowano granat temporalny. Jesteście bezpieczni.
Leciałem przez ciemność. W otaczającej mnie ciszy i spokoju nie było najmniejszego ruchu. Nie czułem swojego ciała, tylko szybki upadek. Temporalny granat… więc tak nazywa się kryształowy cylinderek. Interesujące.
Użycie uzasadnione, niebezpieczeństwo pierwszego stopnia. Zaleca się powrót do trzeciego momentu węzłowego.
Jaka zabawna broń, potrafi dawać dobre rady. Cóż, ona wie lepiej. Siewcy umieli walczyć.
Decyzja została podjęta.
Ciemność znikła. Znowu byłem sobą… i stałem przed otwartym podziemnym hangarem obok Ernada.
Purpurowe słońce schodziło za horyzont. Niebo było czarne jak roztopiona smoła. Czerwone odbłyski igrały na przezroczystym korpusie flaera i szarym pancerzu kutra bojowego.
– Na pustyni często bywają burze piaskowe – rzekł Ernado. – Ale tutaj wiatr dotrze nieprędko.
Świadomość pracowała z taką ostrością jak nigdy dotąd. Pamiętałem wszystko, co wydarzyło się do momentu, gdy temporalny granat Siewców odrzucił mnie w przeszłość. A Ernado nie pamiętał niczego. Dla niego, księżniczki, Shorreya, Lansa i wszystkich ludzi znajdujących się na tej planecie – a może w całym wszechświecie? – nic się jeszcze nie wydarzyło. Ernado nie osłaniał mojego przedarcia się do pałacu, gwardziści nie padali od wystrzałów pistoletu, księżniczka nie płakała na moim ramieniu, kadet Lans nie umarł straszną śmiercią. A klinga Shorreya nie dotknęła mojej piersi, by przebić serce.
Broń, która nie zabija. Ostatni atut, możliwość ponownego rozegrania przegranego pojedynku. Kryształowy ołówek, który wykreśla wszystkie błędy.
– Jeśli trafią flaer i zapali się paliwo, usmażę się.
To był mój głos. Powiedziałem te same słowa, co za pierwszym razem. Wargi poruszały się pomimo mojej woli.
Poczułem przerażenie. Czy jestem skazany na powtórzenie drogi, którą już przeszedłem? Czy muszę mówić i robić tylko to, co wtedy?
Ernado podał mi dyski z programami. Wziąłem je, wsunąłem do kieszeni… i spróbowałem powstrzymać opadającą rękę.
Początkowo było to trudne. Jakbym rozciągał sprężystą gumę, która spowiła moje ciało, jakbym szedł przez galaretę. Potem napięcie znikło i znowu miałem władzę nad swoim ciałem.