Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Nigdy nie ufałam autopilotom – powiedziała z udręką księżniczka. Siedzieliśmy obok siebie, w malutkiej kabinie były tylko dwa wąskie fotele. Przed nami, nad pulpitem, świecił hologramowy obraz w dużej skali; pas startowy, po którym sunął zielony punkt naszego flaera, był wyraźnie widoczny.
– Cóż począć, księżniczko – powiedziałem, wpatrując się w obraz. – Niestety, nie jestem pilotem… Ani nawet nawigatorem. I nie biorę udziału w międzygwiezdnych wyścigach.
Księżniczka zerknęła na mnie.
– Co wiesz o Pratterze, lordzie?
Skląłem się w duchu za zbyt długi język. O niedoszłym mężu księżniczki nie wiedziałem prawie nic. Nawet jego imię usłyszałem po raz pierwszy. Ale było za późno, żeby się wycofać.
– Tylko to, że jest tchórzem.
Hologramowy obraz zmieniał się coraz szybciej. Teraz widać było spadającą w przepaść krawędź płaskowyżu. Ale awaryjny zjazd wcale się tam nie kończył.
– Pratter nie jest tchórzem! Nie waż się o nim mówić w ten…
Fotele zacisnęły się, biorąc nas w mocne objęcia, dławiąc oddech i uniemożliwiając dalszą rozmowę. Równina się skończyła, a trasa startu awaryjnego biegła dalej, spadając w dół pod niemal prostym kątem. Serce podskoczyło mi do gardła. Spadaliśmy. Flaer mknął, ledwie dotykając kołami gładkiej jak szkło powierzchni. A ja już widziałem w sześcianie hologramu, co czeka nas dalej. Ostry zakręt, pół kilometra poniżej poziomu wyżyny. Krótki odcinek poziomy i niewielki kawałek pod górę. Awaryjny start wcale nie przypominał pasa spadającego w przepaść, jak twierdził Ernado. To była skomplikowana, wyliczona komputerowo konstrukcja, której tor nadawał maszynie maksymalne przyspieszenie. Przeciążeniami, którym byli poddawani pasażerowie, konstruktorzy się nie przejmowali.
– Trzymaj się, księżniczko… – wyszeptałem, wpatrując się w najbliższy łuk zakrętu. Nie wypadliśmy z pasa chyba tylko dlatego, że rozwinięte skrzydła flaera przyciskały nas do podłoża. – Trzymaj się.
Wisieliśmy w fotelach twarzami w dół, patrząc, jak przybliża się fatalny zakręt awaryjnego startu. Zdążyłem jeszcze pomyśleć, że przeciążenie poprzeczne nie powinno być zbyt nieprzyjemne…
…i w chwilę potem zostałem pozbawiony możliwości myślenia o czymkolwiek.
Bolało mnie całe ciało. Po twarzy płynęła mokra strużka, smak na wargach podpowiadał, że to krew. Przed oczami, które końcu udało mi się otworzyć, płynęła gęsta czarna mgła.
Ale żyłem, a flaer nie zmienił się w stertę złomu na dnie przepaści. Lekkie kołysanie świadczyło o tym, że lecimy.
Czarna mgła rozpływała się bardzo powoli. Pod łopatką i w pasie coś mnie kłuło – najwidoczniej kombinezon pracował w trybie pomocy medycznej.
Najpierw zobaczyłem blade światło hologramowego sześcianu. Płynęliśmy powoli w różowej półkuli pola neutralizującego, oddalając się od Złamanego Kła. To znaczy, że „wyłączyłem się” dosłownie na kilka sekund.
Walcząc z bólem, odwróciłem głowę i popatrzyłem na księżniczkę. Reagując na ruch, fotel zwolnił uścisk, wypuścił mnie.
Wargi nieprzytomnej księżniczki były zakrwawione. Twarz pokrywały czerwone punkciki popękanych naczyń. Ciało obwisło bezsilnie.
Dotknąłem jej ramienia. Czy w kombinezonie do fechtunku jest tryb medyczny, jak w kombinezonie bojowym? Na szczęście światełka z boku były takie same jak u mnie. Dotknąłem świecącego żółto punktu. Bez efektu. Za to czujniki kontrolne zapłonęły alarmową czerwienią.
Jęknąłem z bezsilności i posłuszny raczej intuicji niż świadomemu pragnieniu, ująłem rękę księżniczki i dotknąłem przycisku jej palcem. Światełko natychmiast zaświeciło zielono.
Odchyliłem się na oparcie fotela, nie wypuszczając z ręki jej bezwolnych palców. Kiedyś dotykały mojej twarzy, sprawiając, że ból odpływał. Nie umiem robić takich cudów, księżniczko. Mogę tylko zetrzeć krew z twoich warg i przyłożyć do czoła chłodną dłoń. I jeszcze jedno: gdy odzyskasz przytomność, powiem ci, że nawet teraz, po przeciążeniach, jesteś najpiękniejszą dziewczyną we wszechświecie.
Księżniczka skrzywiła się. Widocznie kombinezon wstrzyknął kolejną dawkę lekarstwa. Poruszyła się, przytuliła do mojej dłoni i wyszeptała:
– Dziękuję, Pratter… Już mi lepiej.
– Nie nazywam się Pratter – odpowiedziałem spokojnie. – Jestem lordem z planety Ziemia, twoim ceremonialnym narzeczonym, którego imienia do tej pory nie zdążyłaś poznać.
– Wybacz. Jak się nazywasz?
– Siergiej. Może być Serge.
– Wolę Siergiej. Brzmi bardziej niezwykle…
Otworzyła oczy i śmiesznie ściągnęła brwi.
– Muszę wyglądać koszmarnie. Przeciążenie wyniosło co najmniej dziesięć jednostek…
– Jesteś piękna, księżniczko. A czerwone kropki szybko znikną.
– A więc musiała być dziesiątka. I pewnie mam tak samo czerwone oczy jak ty.
Skinąłem głową. Jeśli wyglądam tak jak księżniczka, mogę bez charakteryzacji zagrać wampira w horrorze. Nasze biedne naczyńka krwionośne nieźle oberwały…
– Jak lot, Siergiej?
Popatrzyłem na autopilota. Tablica kontrolna świeciła się na zielono.
– W porządku.
– Mamy szczęście. Bałam się, że flaer się rozpadnie. Te maszyny nie są przeznaczone do podobnych sztuczek. Nie ma w nich kompensatorów grawitacyjnych, jak w statkach bojowych. Dokąd lecimy?
– Do bazy wojsk lotniczych imperatora.
– Została zniszczona.
– To nieważne. Mój nauczyciel przewidział wszystko.
– Jeśli się uratujemy, będzie dowodził armią – powiedziała twardo księżniczka.
Z sierżanta na głównodowodzącego? Czy Ernado mógł wyobrazić sobie taką karierę? Przypomniałem sobie nierówną walkę w okolicach pałacu i spuściłem oczy.
– On już nie może przyjąć twojej nagrody, księżniczko.
3. Przegrany pojedynek
Flaer nie zawiódł. Trochę się zdenerwowaliśmy tuż przed lądowaniem, gdy zniżająca się maszyna leciała dwa, trzy metry nad grzbietami skał. Czujniki autopilota świeciły nerwową czerwienią, a fotele ściskały nas, ubezpieczając na wszelki wypadek. Ale flaer przeleciał nad skałami i zaczął szybować ku górskiej dolinie.
Mogliśmy obserwować to wszystko na hologramie. Światło gwiazd raczej zagęszczało, niż rozpraszało ciemność, a naturalnej latarni księżyca planeta nie miała. Może to i lepiej, naszym nerwom zaoszczędzono kolejnej próby wytrzymałości.
Baza ucierpiała mniej, niż przypuszczałem. Niemal wszystkie budynki wyglądały na całe – przynajmniej na hologramie, a na ogromnym lądowisku widać było jedynie dwa niewielkie leje po eksplozjach.
– Bazę zdobyły oddziały desantowe Shorreya – wyjaśniła księżniczka, jakby zgadując moje myśli. – Możliwe, że większość maszyn jest w porządku.
– Zostawili ochronę?
– Powinny być ze dwie, trzy osoby – odparła niepewnie księżniczka. – Pożycz mi jeden miecz, Siergiej. Lepiej wychodzi ci walka na pistolety.
Przełknąłem obraźliwą uwagę i skinąłem głową. W końcu miecz wziąłem do ręki zaledwie dwa dni temu.
Flaer dotknął równej jak stół powierzchni lądowiska i potoczył się płynnie, wytracając prędkość. Skrzydła rozwinęły się pod kątem prostym, działając jak aerodynamiczny hamulec. Na monitorze autopilota pojawił się napis: Koniec programu.
Uniosłem się w fotelu, odpiąłem prawy miecz i podałem księżniczce.
– Na tym mieczu przycisk ostrzenia umieszczony jest niestandardowo, na boku rękojeści – uprzedziłem. – Weź to pod uwagę, księżniczko.
– Dobrze. Siergiej, a może warto użyć tego samego flaera? Wytrzymał start awaryjny i nie ma żadnych uszkodzeń. Szukanie nowej sprawnej maszyny to zbędne ryzyko.