Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Smithson najpierw się zaczerwienił, potem zbladł. A potem spojrzał groźnie na kobietę i oznajmił:
— Wy, nierządnice, zawsze zajdziecie kogoś, kogo chcecie obarczyć winą za swoje nieokiełznane żądze i zepsute dusze. Bóg wie, że zawsze postępowałem według Jego nauk.
Odwrócił się i odszedł, ale ta kobieta pobiegła za nim i zamachnęła się cylindrem. Ktoś krzyknął, Smithson obejrzał się i uchylił. Róg musnął jego głowę. Zanim kobieta zdążyła odzyskać równowagę, wyminął ją i szybko zmył w tłumie. Niestety, stwierdził Ruach; mało kto zrozumiał, o co chodziło, gdyż prawie nikt nie znał angielskiego.
— Sir Robert Smithson — zastanowił się Burton. — O ile dobrze pamiętam miał zakłady włókiennicze i stalownie w Manchesterze. Był znany ze swej działalności dobroczynnej i pracy na rzecz pogan. Zmarł 1870 w wieku osiemdziesięciu lat.
— I z pewnością był przekonany, że zostanie wynagrodzony w Niebie — powiedział Ruach. — Naturalnie nie przyszło mu nawet do głowy, że jest wielokrotnym mordercą.
— Gdyby on nie wykorzystywał ubogich, z pewnością zrobiłby to ktoś inny.
— Zbyt wielu ludzi używało tego usprawiedliwienia. Zresztą, byli przecież przemysłowcy i to w twoim kraju, którzy dbali, żeby płace i warunki w ich fabrykach były coraz lepsze. Robert Owen był jednym z nich.
10
— Nie ma sensu się kłócić o to, co zaszło w przeszłości — przerwał im Frigate. — Ważniejsza jest dzisiejsza sytuacja.
Burton wstał.
— Racja, Jankesie! Potrzebujemy dachów nad głowami, narzędzi i Bóg wie czego jeszcze! Ale najpierw odwiedzimy miasta na równinie i popatrzymy, jak sobie poczynają ich obywatele.
Między drzewami pojawiła się Alicja. Frigate zauważył ją pierwszy i wybuchnął śmiechem. Oto najnowszy krzyk damskiej mody!
Alicja pościnała nożyczkami trawę i powiązała ją w dwuczęściowy kostium. Jedna część tworzyła coś w rodzaju poncho, które okrywało jej piersi, druga opadającą do łydek spódnicę.
Efekt był dziwaczny, choć powinna się go spodziewać. Póki była naga, pozbawiona włosów głowa nie kontrastowała tak bardzo z jej kobiecością i urodą. Ale na tle zielonego; grubego i bezkształtnego okrycia stała się nagłe męska i brzydka.
Kobiety stłoczyły się przy niej, jak splecione są źdźbła trawy i jak zawiązany pasek przytrzymujący spódnicę.
— Bardzo drapie i jest bardzo niewygodny — Przyznała Alicja. — Ale jest przyzwoity. To wszystko, co mogę powiedzieć.
— Najwyraźniej nie byłaś szczera, kiedy mówiłaś, że nie dbasz o nagość w krainie, gdzie wszyscy są nadzy — zauważył Burton.
Alicja spojrzała na niego chłodno.
— Spodziewam się, że wszyscy będą to nosić. To znaczy wszyscy przyzwoici mężczyźni i kobiety. — Czekałem aż pani pruderia podniesie tu swoją paskudną głowę — odparł Burton.
— To był wstrząs, znaleźć się wśród tak wielu nagich ludzi — powiedział Frigate. Chociaż nagość na plażach i w prywatnych domach pod koniec lat osiemdziesiątych stała się normalna. Ale wszyscy szybko się przyzwyczailiśmy. To znaczy, jak sądzę, wszyscy poza beznadziejnymi neurotykami.
Burton spojrzał na pozostałe kobiety.
— A wy, moje Panie? Będziecie nosić te brzydkie, drapiące snopki, ponieważ jedna z przedstawicielek waszej płci znów odkryła, że posiada intymne części ciała? Czy coś, co było publiczne, może znów stać się poufne?
Loghu, Tanya i Alicja nie zrozumiały, gdyż mówi po włosku. Powtórzył więc po angielsku.
Alicja zaczerwieniła się.
— Co mam na sobie to moja sprawa. Jeżeli inni wolą chodzić nago, gdy ja jestem przyzwoicie okryta, to cóż…
Loghu nadal nie rozumiała ani sława, ale domyśliła się, o co chodzi. Roześmiała się i odeszła. Inne kobiety jakby starały się odgadnąć, co mają zamiar zrobić pozostałe. Brzydota i niewygoda ubrania nie były brane pod uwagę.
— Zanim wy, kobiety, podejmiecie decyzję — odezwał się Burton — byłoby miło, gdybyście wzięty bambusowe wiadra i poszły z nami nad rzekę. Możemy się wykąpać, nabrać wody, zbadać sytuację na brzegu, a potem tu wrócić. Może uda się nam zbudować przed nocą kilka domów, a przynajmniej tymczasowych szałasów.
Ruszyli, przeciskając się przez wysokie trawy, niosąc ze sobą swoje rogi obfitości, kamienne noże, bambusowe dzidy i wiadra. Wkrótce spotkali sporo ludzi. Niektórzy z nich także odkryli czert i zaopatrzyli się w broń i narzędzia. Z pewnością nauczyli się od kogoś techniki obróbki kamienia, być może od innych dzikich, którzy znaleźli się w okolicy. Jak dotąd Burton widział tylko dwóch przedstawicieli nie-Homo sapiens i obaj byli członkami jego grupy. Gdziekolwiek jednak ludzie poznali tę technikę, dobrze ją wykorzystali. Grupa Burtona przeszła obok dwóch niedokończonych bambusowych chat. Były okrągłe, jednoizbowe i brakowało im tylko stożkowatych dachów z wielkich, trójkątnych liści żelaznego drzewa i wiązek długiej trawy. Jakiś człowiek przy pomocy siekiery i toporka budował z bambusa niskie łóżko.
Poza tymi, którzy wznosili dość prymitywne chaty albo, pracując bez kamiennych narzędzi, szałasy u stóp wzgórz, na równinie nie było prawie nikogo. Usunięto ciała — pozostałość po szaleństwie ostatniej nocy. Na razie nikt jeszcze nie nosił spódniczki z trawy; wiele osób oglądało Alicję ze zdziwieniem lub nawet śmiało się głośno i wygłaszało złośliwe komentarze. Alicja czerwieniła się, ale nie zdjęta swego stroju. Słońce jednak grzało coraz mocniej, więc drapała się pod jego górną i dolną częścią. O niewygodzie, jaką cierpiała, najlepiej świadczył fakt, że ona, wychowana według ostrych norm epoki wiktoriańskiej, drapała się publicznie.
Kiedy — jednak dotarli do rzeki, zauważyli tuzin snopków, które okazały się ubraniami z trawy. Pozostawili je mężczyźni i kobiety, pływający i chlapiący się ze śmiechem w wodzie.
Ich zachowanie nie było podobne do tego, które Burton widywał na kąpieliskach. Ci sami ludzie zaakceptowali budki kąpielowe i kostiumy, okrywające ciała od kostek po szyję, a także wszystkie inne godziwe wynalazki jako absolutnie moralne i niezbędne dla istnienia właściwego modelu społeczeństwa — ich społeczeństwa. A po jednym zaledwie dniu pobytu tutaj kąpali się nago. I bawiło ich to.
Uznanie własnej nagości brało się pewnie w jakimś stopniu z szoku zmartwychwstania. W dodatku początkowo niewiele mogli na to poradzić. Poza tym przemieszali się tu ludzie cywilizowani i dzicy, lup cywilizowani, ale z tropików, a na tych nagość nie robiła wielkiego wrażenia.
Burton zwrócił uwagę na kobietę stojącą popas w wodzie. Miała ładną, choć dość pospolitą twarz i błyszczące niebieskie oczy.
— To ta, która napadła na sir Roberta Smithsona — poinformował go Lev Ruach. — O ile pamiętam, nazywa się Wilfreda Allport.
Burton przyjrzał się z zaciekawieniem i z uznaniem zauważył jej wspaniały biust.
— Jaka woda? — zawołał.
— Wspaniała — odparła z uśmiechem.