Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]

Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:

Niezbyt odległa przyszłość, człowiek opanował układ słoneczny, posiadł też umiejętność teleportowania się z miejsca na miejsce, o ile zna koordynaty miejsca docelowego. Teleportować można się w obrębie planety, nikomu jednak nie udał się skok przez kosmiczną pustkę.
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 62
Перейти на страницу:

— Ach, tak. Jestem złamany, niech ci będzie.

— Powinieneś skamleć. Miałem racje. Jesteś niezwykły. W tym tempie zajmie to zbyt dużo czasu. Nie możemy czekać. Chciałbym przedstawić ci nową propozycje.

— To przedstawiaj.

— Dziesięć procent wartości ładunku „Nomada”. Dwa miliony.

— Dwa miliony! — wykrzyknął Foyle. — Dlaczego od razu tego nie zaproponowałeś?

— Bo nie znałem twojego kalibru. Umowa stoi?

— Prawie, ale jeszcze niezupełnie.

— Co jeszcze?

— Wyjdę z Gouffre Martel.

— Ma się rozumieć.

— I ze mną ktoś jeszcze.

— Można to załatwić. — Głos Dagenhama nabrał ostrości. — To wszystko?

— Umożliwiacie mi wgląd w akta Presteigna.

— Nie ma mowy. Oszalałeś? Bądź rozsądny.

— Chodzi o rejestr statków.

— W jakim celu?

— Chcę obejrzeć listy personelu latającego na jego statkach.

— Aha — ożywienie Dagenhama powróciło. — To mogę załatwić. Coś jeszcze?

— Nie.

— No to interes ubity. — Dagenham był zachwycony. Z jego włosów emanowała jasna, widmowa poświata! — Będziesz na wolności w przeciągu sześciu godzin. Od razu zaczniemy załatwiać sprawę twojego przyjaciela. Szkoda, że straciliśmy tyle czasu, ale nikt ciebie nie doceniał, Foyle.

— Dlaczego nie nasłaliście na mnie telepaty? Może by mnie rozpracował.

— Telepaty? Bądź rozsądny, Foyle. Na wszystkich Planetach Wewnętrznych nie ma nawet dziesięciu pełnych telepatów. Ich czas jest zarezerwowany na dziesięć lat z góry. Nie mogliśmy namawiać któregoś, żeby bezinteresownie, czy nawet za pieniądze przerywał swój ustalony harmonogram zajęć.

— Przepraszam cię, Dagenham, ale uważam, że jesteś kiepski w swoim fachu.

— Nieomal mnie uraziłeś.

— Teraz wiem, że po prostu łżesz.

— Schlebiasz mi.

— Mogłeś zaangażować telepatę. Któryś z nich na pewno skusiłby się na jeden mały wiórek odłupany od dwudziestu milionów.

— Władze nigdy by…

— Nie wszyscy pracują dla rządu. Nie. Masz coś zbyt trefnego, żeby dopuścić do tego telepatę.

Widmowa poświata przemknęła błyskawicznie przez pomieszczenie i pochwyciła Foyla.

— Co wiesz, Foyle? Co ukrywasz? Dla kogo pracujesz? — Ręce Dagenhama drżały. — Chryste! Jakim ja byłem głupcem. Teraz wszystko jasne. Jesteś niezwykły, bo nie jesteś zwykłym kosmonautą. Pytam: dla kogo pracujesz?

Foyle odtrącił ręce Dagenhama.

— Dla nikogo — odparł. — Tylko dla siebie.

— Dla nikogo, co? A ten twój przyjaciel z Gouffre Martel, którego tak bardzo chcesz uwolnić? Na Boga, udało ci się prawie wywieść mnie w pole, Foyle. Powiedz kapitanowi Yáng-Yeovilowi, że mu gratuluję. Ma lepszy personel niż myślałem.

— Nigdy nie słyszałem o żadnym Yáng-Yeovilu.

— Ty i twój kumpel zgnijecie tutaj. To nieuczciwe. Zgnijesz tutaj. Przeniosę ciebie do najgorszej celi w szpitalu. Pogrzebie ciebie na samym dnie Gouffre Martel. Ja… Straż! S…

Foyle schwycił Dagenhama za gardło, przydusił do podłogi i walnął jego głową o posadzką z kamiennych płyt. Dagenham wierzgnął raz nogami i znieruchomiał. Foyle ściągnął mu gogle noktowizyjne i założył je na oczy. Wzrok powrócił w łagodnych, czerwonoróżowych światłach i cieniach.

Znajdował się w małej salce przyjęć, której umeblowanie stanowił stół i dwa krzesła. Zerwał z Dagenhama marynarkę i dwoma szybkimi ruchami ubrał się w nią sam, zdzierając przy tym plecy. Na stole leżał trójgraniasty, zbójnicki kapelusz Dagenhama. Foyle bez namysłu wcisnął go na głowę nasuwając skrzydło głęboko na oczy.

W przeciwległych ścianach salki widniały dwie pary drzwi. Foyle uchylił jedne. Wychodziły na korytarz północny. Zamknął je i przeskoczywszy przez pokój, wyjrzał przez drugie. Prowadziły do jauntoszczelnego labiryntu. Foyle wyśliznął się przez te drzwi i znalazł się w labiryncie. Bez przewodnika, który by go przezeń przeprowadził, zabłądził natychmiast. Zaczął biegać tu i tam, przemierzając spiralne korytarze i zakręty, aż znalazł się z powrotem w salce przyjęć. Dagenham dźwigał się właśnie na kolana.

Foyle zawrócił do labiryntu. Biegł. Dopadł zamkniętych drzwi i otworzył je z trzaskiem. Za nimi ukazała się jego oczom wielka hala, oświetlona normalnym światłem. Dwaj technicy pochyleni nad warsztatem ślusarskim podnieśli głowy i spojrzeli na niego zdumieni. Foyle porwał oparty o ścianę młot kowalski i niczym jaskiniowiec runął na mężczyzn, powalając obu. Daleko za sobą słyszał krzyki Dagenhama. Przebiegł dzikim wzorkiem po hali stwierdzając z przerażeniem, iż znalazł się w ślepej uliczce. Hala miała kształt litery L. Foyle popędził za róg, wypadł przez drugie drzwi do kolejnego, jauntoszczelnego labiryntu i znowu zabłądził. Zaczął brzęczeć system alarmowy Gouffre Martel. Foyle grzmotnął młotem w ścianę labiryntu, wywalając wielką dziurę w cienkim, plastykowym przepierzeniu. Znalazł się w oświetlonym podczerwienią południowym korytarzu ćwiartki żeńskiej.

Korytarzem nadbiegały dwie kobiety — strażniczki. Foyle machnął młotem i zwalił je z nóg. Znajdował się na samym niemal początku korytarza. Przed nim ciągnęła się długa perspektywa drzwi do cel. Na każdych jarzył się czerwony numer. Z góry korytarz oświetlały błyszczące, czerwone kule. Foyle stanął na palcach i uderzył młotem w kulę, która wisiała nad jego głową. Walił młotem w oprawkę aż rozgniótł ją i zmiażdżył kabel zasilający. Cały korytarz pogrążył się w ciemnościach… nieprzeniknionych nawet dla noktowizyjnych gogli.

— Będzie sprawiedliwie; teraz dla wszystkich ciemno — wydyszał Foyle i pognał korytarzem macając ściany i licząc drzwi. Jisbella przekazała mu dokładny, słowny opis Ćwiartki Południowej. Biegł, licząc, w kierunku celi Południe 900. Wpadł na jakąś postać — następną strażniczkę… Przyłożył jej raz młotem. Krzyknęła i upadła. Kobiety pacjentki podniosły wrzask. Foyle stracił rachubę. Podbiegł kawałek… zatrzymał się…

— Jiz! — ryknął.

Usłyszał jej głos. Natknął się na kolejną strażniczkę… Rozprawił się z nią tak jak z poprzednimi i biegł dalej, aż znalazł w końcu cele Jisbelli.

— Gully, na miłość boską… — Jej głos był przytłumiony.

— Cofnij się, mała. Cofnij się. — Grzmotnął trzy razy młotem w drzwi celi i te, z wyrwanym zamkiem, runęły do środka. Zataczając się wpadł do celi i zderzył się z jakąś postacią.

— Jiz? — wysapał, z trudem chwytając powietrze. — Przepraszam cię… Przechodziłem. Pomyślałem, że wpadnę.

— Gully, w imię…

— Tak, tak. Cholery można dostać jak się tu do ciebie idzie, wiesz? Szybciej. Wychodź, mała. Wychodź. — Wyciągnął ją z celi. — Nie możemy przebijać się przez biura. Nie lubią mnie tam. Którędy do twoich Sanitariatów?

— Gully, jesteś szalony.

— Cała Ćwiartka jest ciemna. Zmiażdżyłem kabel zasilający. Mamy pięćdziesiąt procent szans. Ruszaj, mała. Ruszaj.

Popchnął ją potężnie. Poprowadziła go korytarzami do automatycznych komór żeńskich Sanitariatów. Podczas gdy mechaniczne ręce zdejmowały z nich ubranie, mydliły ich, moczyły, spryskiwały i dezynfekowały, Foyle jeździł dłońmi po ścianach, szukając po omacku szklanej tafli medycznego okienka obserwacyjnego. Znalazłszy je machnął młotem i rozbił w kawałki.

— Przechodź, Jiz.

Popchnął dziewczynę przez okienko i sam przecisnął się za nią. Oboje byli rozebrani do naga, wysmarowani mydłem, pokaleczeni odłamkami szkła i krwawili. Foyle, ślizgając się i rozbijając o niewidoczne w ciemnościach przeszkody, szukał drzwi, przez które wchodzili tu oficerowie medyczni.

1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 62
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)