Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]

Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:

„Milion nowych dni” to powieść, której akcja rozgrywa się dwa wieki później, i w której pewien wierny małżonek zostaje uwikłany w biologiczny eksperyment związany z konsekwencjami nieśmiertelności. Powieść ciekawie napisana, niemal sensacyjna, ale wartka akcja to nie jest jej jedyny walor. Ciekawe jest również tło, w którym rzecz się dzieje. Autor wykazuje się wieloma nowymi, świeżymi pomysłami na temat, jak może wyglądać codzienne życie za dwieście lat. Taki np. klucz hotelowy wysyłający impulsy działające na fluoryzujące pod ich wpływem strzałki na ścianach korytarzy, i w ten sposób wskazujące drogę do własnego pokoju, mógłby być stosowany już dziś.
1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 41
Перейти на страницу:

Kiedy wrzucił brudne ubranie do likwidatora i włożył czystą, świeżą tunikę i spodnie, ból głowy zaczął mu przechodzić. Wyszedł przed domek. Poranne światło raziło go w oczy, gdziekolwiek spojrzał, tak jakby na niebie świeciło koło ze słońc. Wraz z ciepłym powietrzem wdarł mu się do płuc ciężki zapach jakichś nie znanych mu kwiatów. Poszedł krótką uliczką aż do okrągłego placyku, który okazał się pusty, jeśli nie liczyć dwóch mężczyzn w niebieskich uniformach Współnarodów, którzy byczyli się w cieniu markizy. Przed geokopułą, w której mieścił się klub, nadal stała ciężarówka Parmy. Carewe miał już zapytać któregoś z tych dwóch o drogę, ale zauważył godło Współnarodów na innej kopule, po przeciwnej stronie placyku.

W środku za długim kontuarem siedziała urzędniczka, a za nią stały dobrze mu znajome końcówki komputerowego terminalu. Przegrody z matowego plastiku tworzyły wokół kopuły małe samodzielne pomieszczenia biurowe.

— Czym mogę panu służyć? — zapytała sennie i bez większego zainteresowania dziewczyna.

— Jestem z ekipy Farmy, nazywam się Carewe.

— Tak?

— Chciałbym porozmawiać z technikiem, który robił wczoraj w moim domku instalację elektryczną — powiedział, osłaniając zdepilowaną szczękę przed badawczym spojrzeniem urzędniczki.

— Chce pan złożyć skargę?

— Owszem. Dopuścił się karygodnego niedbalstwa, o mały włos nie zostałem śmiertelnie porażony prądem.

— Współczuję panu, ale akurat ten technik odleciał dziś rano pierwszym wahadłowcem.

— Czy może mi pani wobec tego podać jego nazwisko? Chciałbym komuś o tym zameldować.

— Komu?

— Nie wiem… komuś, kto mu może zaszkodzić.

— W takim razie proszę się zwrócić do pana Kendy’ego, koordynatora — powiedziała urzędniczka z takim wyrzutem, jakby Carewe łamał jakieś niepisane prawo. Skinęła na niego ręką i zaprowadziła do jednego z pomieszczeń, gdzie przy biurku siedział młodo wyglądający ostudzony blondyn, ostrzyżony na jeża. Kendy był bardzo muskularny jak na ostudzonego, a jego rumieńce świadczyły o kwitnącym zdrowiu. Uścisnął dłoń Carewe’a mocno i serdecznie, po czym z uwagą wysłuchał jego opowieści, robiąc notatki.

— Oczywiście, nadam tej sprawie dalszy bieg przyrzekł — A, zmieniając temat, panie Carewe, ponieważ zrobiło się dość późno, czy jest pan gotów podjąć pracę?

— Po to tu przyjechałem — odparł z uśmiechem Carewe czując, że usta mi zmartwiały. — Ale szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, na co się mogę przydać. Przyjechałem tu, bo…

— Nie musi się pan tłumaczyć, w dużej mierze funkcjonujemy właśni dzięki syndromowi Beau Geste’a. — Kendy złożył kartkę papieru z notatnik; i użył jej rogu jako wykałaczki, dłubiąc w dużych i olśniewająco białych przednich zębach. — Reprezentuje pan Farmę, może więc pan pomagać przy aplikowaniu biostatu produkowanego przez waszą firmę. E.12, o ile się ni mylę?

— Ale ja jestem księgowym.

— Te sprawy załatwiane są w Nowym Jorku — odparł Kendy beznamiętnie, choć z nutką ironii.

— Wiem, ale myślałem… że może…

— Poza tym pomoc w biurze nie jest mi potrzebna.

— Nie o to mi chodzi… — Carewe urwał, porządkując myśli. — Kiedy rozpoczyna się obława?

— Już się rozpoczęła. Zajmujemy się przesiedloną gałęzią starego szczep Malawi, a ci są akurat szczególnie odporni na nasze czary z pogodą. — Kend wypisał nazwisko Carewe’a na formularzu i podał mu go przez biurko. — Proszę iść z tym do magazynu, wydadzą panu ekwipunek. Zaplanowaliśmy, ż utrzymamy opady deszczu aż do zakończenia akcji i będziemy działać po osłoną przy gruntowej mgły. W tym celu… — Obok pierwszego formularz Kendy położył drugi, niebieski — dostanie pan automat.

— Pistolet?

— Tak. Typu podskórnego, na wypadek gdyby miał pan coś przeciwko stosowaniu gwałtu i przemocy. Masowe unieśmiertelnianie wyklucza stosówanie indywidualnych wstrzyknięć.

Dwuosobowy poduszkowiec, który Carewe wziął z bazy transportowi Współnarodów, posuwał się z łatwością po wyboistej drodze wiodącej na północ, gdzie nad horyzontem wisiała nawałnica. Prowadził małą maszynę z zażenowaniem, wręcz wstydząc się tego, że odkrył w sobie żyłkę awanturniczą. W zwykły dzień o tej porze siedziałby przy biurku w dyrekcji Farm; udając, że śledzi przebieg księgowania prowadzonego przez komputery, a naprawdę liczyłby minuty, dzielące go od przerwy obiadowej. Za to tutaj, odziany w niebieski uniform Współnarodów, prowadził nie znany mu dotąd pojazd po drodze, którą nie jechał nigdy przedtem, a przez drzewa w obcym lesie przygrzewało gorące afrykańskie słońce.

Odkrył na nowo znaną prawdę, że sam przyjazd w nie znane miejsce znaczy niewiele; naprawdę liczy się przybycie w wymiarze psychicznym i duchowym. To drugie następowało zawsze z opóźnieniem, czasem kilkudniowym albo nawet kilkutygodniowym, bo dopóki przebywał w towarzystwie innych ludzi, nie mógł być naprawdę sobą, a tym samym zapoznać się z nowym otoczeniem. Kiedyś, jako młody praktykant, pojechał na trzytygodniowe seminarium do Miasta Polarnego, gdzie przez cały czas nie opuszczało go dziwne odrętwienie i przerażenie faktem, że nie jest w stanie zasmakować inności tego miejsca. Dopiero ostatniego dnia, uwolniony od obowiązkowych wykładów i natrętnego towarzystwa kolegów po fachu, powędrował za miasto i zagłębił się na ponad kilometr w odwieczny lodowy pejzaż. Z chwilą kiedy skręcił za oślepiający bielą pagórek, tracąc z oczu cywilizację, odkrył nagle, że znalazł się na Antarktydzie, zupełnie jakby przeniosła go tu jakaś czarodziejska moc, która zaledwie przed sekundą wyrwała go z normalnego życia. Ponadczasowe, groźne piękno sprawiło, że stanął jak wryty, wstrzymując oddech, chłonąc niezapomniane widoki.

Podobnego olśnienia doznał teraz, kiedy, nagle osamotniony, manewrował poduszkowcem omijając kępy krzewów z rodziny marząnkowatych, obsypanych bajecznie kolorowymi kwiatami, których kielichy czyniły w powietrzu niemą optyczną wrzawę. Czekały go niebezpieczeństwa i silne wrażenia, nowe doświadczenia i przeżycia, no a jeśli tyle niosła ze sobą najbliższa przyszłość, to co dopiero mówić o szykującym się milionie nowych dni? Poczucie, że oto mierzy się z samym życiem, że syci się jego tęczowo barwną treścią, nie równoważyło wydarzeń, które go do tego przywiodły, ale przynajmniej czuł, że żyje. Ze świadomością, że poddaje się przypływowi uczuć porównywalnych do chwilowych uniesień, jakich doznaje się podczas żałoby, chciał obniżyć temperaturę swoich przeżyć i zacząłfałszywie pogwizdywać. Droga raptownie opadła w dół ku dość szerokiej rzece, którą płynęła brunatna woda, zapewne z powodu długotrwałej ulewy, jaką wywołała w okolicy ekipa sterowaniu pogodą.

Zwolnił trochę, żeby nie zabłocić pojazdu, i skierował go na przeciwległy brzeg tam, gdzie droga podejmowała swój bieg. Poduszkowiec sunął pewnie naprzód nad powierzchnią rwącej wody, aż naraz — na samym środku rzeki — zgasł mu silnik. Stało się to bez żadnych sygnałów ostrzegawczych, takich jak zmniejszenie mocy czy zmieniony ton silnika — po prostu w jednej chwili całkowicie wysiadł. Opadł na wodę, która zalała silnik, głośno sycząc w zetknięciu z rozgrzanym metalem, i w kilka sekund później Carewe znalazł się na dnie rzeki, siedząc w brunatnej plastikowej bańce.

Zaczął wzywać pomocy.

W jakiś czas potem zrozumiał, że krzyki na wiele się nie zdadzą. Zmusił się do zamknięcia ust. Poducha ratunkowa uchroniła go przed uderzeniem w tablicę przyrządów, dzięki zaś wspaniałej konstrukcji kabiny nie przedostawała się do niej woda, gdyby jednak siedział tu dłużej, groziła mu śmierć przez uduszenie. Odblokował i pchnął drzwi. Bez powodzenia. Przestraszony, że przy uderzeniu karoseria się odkształciła, z całych sił zaparł się ramieniem o twardy plastik. Nogę opryskała mu woda, ale drzwi ani drgnęły, unieruchomione zewnętrznym ciśnieniem. Należało wyrównać ciśnienie w środku z tym na zewnątrz przez wpuszczenie wody, ale podłoga kabiny ledwie zawilgotniała, a tymczasem on już zdążył się porządnie zmęczyć napieraniem na drzwi. Chciał znów krzyczeć, ale musiał pogodzić się z ponurym faktem, że upragniony milion nowych dni leży wyłącznie w jego rękach.

1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 41
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)