Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
Woda nie przedostawała się do kabiny, a przecież jadąc drogą miał pod dostatkiem powietrza — oznaczało to, że nawiewniki zamknęły się szczelnie w momencie zetknięcia się z wodą. Czy znalazłby się jakiś słaby punkt? Nie bez trudu ściągnął z sufitu płytę maskującą, odsłaniając plastikowe rurki rozbiegające się od węzła, który z pewnością przechodził przez dach pojazdu. Chwycił za rurki i szarpnął je. Rozciągnęły się trochę, ale nic ponadto. Znów tracąc opanowanie, rzucił się na system wentylacyjny, rwąc i wykręcając przewody z całych sił dopóty, dopóki żelazny ucisk w piersiach nie ostrzegł go, że zapas powietrza w kabinie jest na ukończeniu. Na plastikowych rurkach, wykonanych na specjalne zamówienie Współnarodów, nie było znać choćby najmniejszej skazy czy uszkodzenia.
Dysząc jak miech, Carewe opadł na siedzenie, przerażony chrapliwym rzężeniem towarzyszącym jego rozpaczliwym próbom nabrania w płucu powietrza. Czyżby to już…? Jego wzrok spoczął na mikroskopijnym przełączniku na kołnierzu nawiewnika. Wyciągnął rękę, przesunął go czubkiem palca… i przez kratki wentylatora trysnęła woda.
Musiał panować nad sobą z całych sił, żeby trwać w bezruchu, aż kabina niemal całkowicie wypełni się wodą. Powietrze mieszczące się w ciasnej przestrzeni pomiędzy chlupoczącą wodą a dachem właściwie nie nadawało się już do oddychania, kiedy ponowił próbę otwarcia drzwi, które jednak tym razem ustąpiły bez większych oporów. Carewe odepchnął się od pojazdu, wynurzył na powierzchnię i popłynął do brzegu. Silny prąd zniósł go spory kawałek z biegiem rzeki, ale udało mu się bez trudu wydostać na drugi brzeg i dotrzeć z powrotem do drogi. Brunatna woda, zamieniająca siłę ciążenia w pozornie poziomy ruch, prześlizgiwała się szybko i bezszelestnie nad miejscem, gdzie spoczął poduszkowiec, zacierając wszelki po nim ślad. Gdyby nie to, że spostrzegł ręczny regulator nawiewnika, siedziałby tam do tej pory — i aż do zmierzchu nikomu nie przyszłoby nawet do głowy, żeby go szukać…
Zorientował się, że znajduje się na północnym brzegu rzeki, a wysoko nad horyzontem wyrasta groźna kolumna rzęsistego deszczu. Lekka plastikowa zbroja, którą wydano mu w bazie, spoczywała na dnie rzeki, ale za to miał przy sobie schowany w sakwie pistolet do zastrzyków. Postanowił, że dotrze do celu podróży na piechotę, pomimo iż miał wszelkie powody ku temu, by zawrócić. Drugi zamach na życie w ciągu jednej doby każdego by zniechęcił, szepnął mu wewnętrzny głos. Ruszając w drogę w butach, w których chlupotała woda, odruchowo odsunął od siebie tę myśl, ale nawiedziła go ponownie, jako obojętny, chłodny, czysto logiczny wniosek. Cały sprzęt, którym posługiwały się Współnarody, wykonany był na zamówienie z najbardziej drobiazgową precyzją dostępną technice dwudziestego drugiego wieku — a zatem, jakie istniało prawdopodobieństwo przypadkowej awarii silnika w jedynym na trasie przejazdu punkcie, w którym groziło mu śmiertelne niebezpieczeństwo? I do jak astronomicznej wielkości wzrastała wyrażająca je liczba, jeżeli połączyć je z niezwykłym faktem, jakim był brak osłony zabezpieczającej tablicę klimatyzacyjną w jego domku?
Przecież żaden z mieszkańców obozu nie miał powodu dybać na jego życie — nikt go tu nie znał aż do zeszłego wieczora. Carewe odetchnął głęboko rozsłonecznionym powietrzem, uzmysławiając sobie nagle, że jego nowe ubranie obciekło z wody i prawie wyschło, choć wyglądało trochę niechlujnie. Żeby zabezpieczyć się przed coraz silniejszym upałem, nasunął na głowę osłonę przeciwsłoneczną przyczepioną do tuniki i przyśpieszył kroku. Nawałnica wznosiła się coraz wyżej i wyżej, aż dobiegło go jej złowróżbne syczenie i pomruki, które zakłócały spokój poranka. Gdzieś wysoko w górze, na granicy stratosfery, człowiek zaprzągł technikę do manipulowania żywiołami, a za ich pośrednictwem umysłami innych ludzi. Myśl ta podziałała na Carewe’a przygnębiająco, bo rozumiał, co się dzieje, i brał w tym udział. Zastanawiał się, jak wpłynęło to na Malawów zamieszkujących wioskę, kiedy stwierdzili, że samo niebo obróciło się przeciwko nim.
W przodzie nad drogą rozsnuły się mgły i Carewe dostrzegł sylwetki ludzi i pojazdów. Ulewa przesłoniła mu już cały widok szara kipielą i choć w plecy prażyło go jeszcze słońce, czuł na twarzy zimne macki wilgoci. W powietrzu unosiła się atmosfera zagrożenia. Świat wokół wyglądał tak nienaturalnie jak oświetlona reflektorami scena, gdzie nad specjalnymi efektami czuwają reżyserzy odbywający podorbitalny lot. Carewe zaciągnął pod brodę suwak tuniki.
— Nazwisko — dobiegł go męski głos przez otwarte drzwi zaparkowanej przyczepy.
— Carewe. Z Farmy — odparł i sięgnął po dokumenty.
— W porządku. Proszę iść dalej, czeka na pana pan Storch.
— Dziękuję.
— Znajdzie go pan mniej więcej kilometr stąd. — Mówiący wychylił na światło dzienne ocienioną zarostem twarz i obrzucił Carewe’a zaintrygowanym spojrzeniem. — A gdzie pański pojazd?
— Został tam… Miałem defekt. Mógłby mnie pan podwieźć?
— Niestety nie. Od tego miejsca zabronione jest poruszanie się pojazdami — odparł mężczyzna i natychmiast się schował.
Carewe wzruszył ramionami i poszedł dalej. Po niespełna minucie widoczność zmalała do pięćdziesięciu kroków i posuwał się otoczony kokonem suchości w deszczu, który rozpryskiwał się wokół niego, załamywany przez osłonę przeciwsłoneczny. Po pięciominutowym marszu przez grząski ceglasty muł zbliżył się do grupy około trzydziestu mężczyzn w jasnozielonym rynsztunku. Jeden z nich odłączył się od reszty i podszedł do Carewe’a. Był to krępy sprawny o lekko kpiącym wejrzeniu, opalony i — o dziwo — przystojny, mimo złamanego, przekrzywionego nosa i białej blizny przecinającej górną wargę.
— Dewey Storch — przedstawił się podając mu rękę. — Uprzedzono mnie o pańskim przyjeździe, ale gdzie pan ma sprzęt?
— Został w poduszkowcu — odparł Carewe, odwzajemniając uścisk.
— Musi pan po niego wrócić. Czy nikt panu nie powiedział, że…?
— To niemożliwe. Poduszkowiec leży na dnie rzeki, utonął na samym środku.
— Jak to utonął? — spytał Storch, przyglądając mu się uważnie piwnymi oczami.
— A tak to. Poszedł prosto na dno. — Carewe zniecierpliwił się. — Zgasł mi silnik i tylko cudem sam się uratowałem.
Storch potrząsnął głową z powątpiewaniem.
— Nadal nie rozumiem. Mówi pan, że silnik zgasł na rzece, a co z balonami pływowymi?
— Balonami pływowymi? — Carewe otworzył ze zdumienia usta. — Nic takiego nie widziałem, pojazd poszedł na dno jak kamień. — Umilkł, trawiąc świeżo uzyskaną informacje. Jeżeli awaryjny system ratunkowy zawiódł w momencie podejrzanego defektu silnika, liczba wyrażająca prawdopodobieństwo, że nie był to przypadek, wzrastała do całkiem nowego rzędu wielkości.