Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
— Trzeba będzie to zbadać — orzekł Storch. — Widocznie dali panu pojazd częściowo rozmontowany do konserwacji. Do takiej awarii w ogóle nie powinno dojść.
— Też tak uważam — odparł Carewe, wzdychając ciężko. — Mało brakowało, a bym się stamtąd nie wydostał.
Storch popatrzył na niego z takim zatroskaniem, że podniosło go to na duchu.
— Nie będę dziś od pana wymagał wchodzenia z nami do wioski — powiedział. — Wróci pan do przyczepy, to dadzą panu…
— Wolę iść z wami — przerwał mu Carewe, bo chciał mieć już za sobą swój chrzest bojowy, a jeszcze bardziej zależało mu na tym — i to z jakiegoś bliżej nie określonego powodu — żeby zrobić na Storchu dobre wrażenie. Może była to żałosna chęć udowodnienia, że pod powierzchownością ostudzonego kryje się wciąż „prawdziwy” mężczyzna.
— Brakuje nam ludzi, panie Carewe, ale nie mogę pozwolić, żeby narażał się pan na takie niebezpieczeństwo.
— Biorę to na swoją wyłączną odpowiedzialność. Storch zawahał się.
— No dobrze, ale proszę się trzymać z tyłu i nie wychodzić naprzód, dopiero na mój znak. Zrozumiał pan?
— Tak.
Grupa pomaszerowała drogą. Z chaotycznej rozmowy Carewe dowiedział się, że osada Malawów nie jest właściwie wioską, lecz składa się ze skupisk liczących po kilkanaście chat, rozsianych na obszarze około czterech kilometrów kwadratowych. Położona bezpośrednio przed nimi część osady miała pójść na pierwszy ogień i nie sposób było przewidzieć, jakie ich czeka przyjęcie. Z przeprowadzonego wcześniej rozpoznania wynikało, że tubylcy nie mają broni palnej, ale nikt nie wiedział, na ile ta informacja jest wiarygodna.
Kiedy pierwsza kryta strzechą chata znalazła się w zasięgu ich wzroku, grupa rozsypała się w tyralierę i wtopiła w roślinność. Carewe miał wrażenie, że jego towarzysze, w przeciwieństwie do niego, to nie są amatorzy. Onieśmielony, schował się za drzewo; czuł się jak chłopak bawiący się w Indian i czekał, co będzie dalej. Panującą ciszę mącił tylko nieustanny szmer deszczu.
Wtem spostrzegł, że członkowie brygady Współnarodów puścili się pędem, a ich zielony rynsztunek połyskuje niczym segmenty tułowi olbrzymich owadów. Biegli przez kłębiące się pasma mgły, otaczając chaty coraz ciaśniejszym pierścieniem. Serce załomotało mu nieprzyjemnie, kiedy dobiegł go przytłumiony wrzask. Potem usłyszał ochrypłe okrzyki i nowe wrzaski, które szybko się nasiliły aż do wrzawy, by znów niemal zupełnie ścichnąć. Ukazała mu się zwalista postać Storcha, który skinął na niego ręką i na powrót znikł między chatami.
Carewe niechętnie pobiegł naprzód i dotarł do osady. Uzbrojeni członkowie ekipy otoczyli kilkunastu zgnębionych tubylców. Większość z nich klęczała w błocie, kilku jednak nie dając za wygraną wyrywało się i z trudem ich przytrzymywano. Przyglądały się temu stojące w progach chat kobiety i dzieci, które co jakiś czas zawodziły płaczliwie. Jeden z klęczących miał na głowie paskudne rozcięcie, z którego spływały mu na plecy rozmywane przez deszcz szkarłatne strumyki. Patrząc na krew Carewe poczuł, jak powoli, niepostrzeżenie kurczą mu się jądra. Ogarnęła go głęboka odraza do tego, co robiła ekipa Współnarodów.
— Przedstawiam panu naszego antropologa, doktora Willisa — odezwa się stojący obok Storch. — Niech pan idzie z nim i zrobi zastrzyki wszystkim mężczyznom, których wiek oceni na szesnaście lub więcej lat.
— Szesnaście! Czy to oficjalnie ustalona granica?
— Owszem. Pana to dziwi?
— To chyba trochę za wcześnie na…
— To są naturyści, panie Carewe. Na-tu-ry-ści! Niech pan sobie nie myśli że pozbawi pan kogoś wiosennego tchnienia pierwszej miłości lub czegoś w tym rodzaju. W wieku szesnastu lat niektórzy z nich powinni się znajdować u kresu sił.
— A jednak to chyba za wcześnie — obstawał przy swoim Carewe spoglądając z ukosa na Willisa, który był ostudzony i miał zupełnie siwe brwi wygięte jak skrzydła mewy.
— Wiem, o czym pan myśli — rzekł Willis. — Ale mamy do czynieni, z ludźmi, którzy odrzucili wszystkie wartości naszego społeczeństwa. Naturalnie, mają do tego prawo, wcale nam się nie uśmiecha narzucanie komukolwiek nieśmiertelności. Ale tym bardziej nie pozwolimy, żeby odbierali życie innym.
— Nie pora ani miejsce na agitację — wtrącił energicznie Storch. Radziłem panu, panie Carewe, żeby wrócił pan do obozu i odpoczął. Jeżeli nie czuje się pan na siłach sprostać zadaniu, to tylko marnuje pan swój i cudzy czas. No więc jak, robi pan te zastrzyki, żebym mógł przejść do następnej części wioski, czy mam zostać i zrobić to sam?
— Ja to zrobię — bąknął Carewe, otwierając sakwę. — Przepraszam, chyba jednak trochę mnie to wzięło.
— Nie szkodzi. — Storch dał znak ręką i podeszło do niego czterech mężczyzn. Utworzona w ten sposób grupka ruszyła szybko i zniknęła między chatami.
— Zaczniemy od tych trzech — powiedział Willis, wskazując skrępowanych tubylców.
Dwóch z nich natychmiast się uspokoiło, natomiast trzeci zaczął się wyrywać ze zdwojoną siłą. Miał niewiele ponad dwadzieścia lat i silnie umięśnione ręce z lekko wypukłymi żyłami na bicepsach, świadczącymi o wielogodzinnej morderczej pracy. Dwaj przytrzymujący go ludzie omal nie upadli, ślizgając się w błocie w groteskowym tańcu. Carewe skoczył naprzód, trzymając w pogotowiu pistolet do zastrzyków. Tubylec, z twarzą ściągniętą strachem i nienawiścią, rzucił się w tył tak gwałtownie, że obaj obciążeni rynsztunkiem mężczyźni runęli razem z nim na ziemię.
— Na co pan czeka? — warknął jeden z nich, tracąc cierpliwość.
— Przepraszam.
Carewe obiegł ich zachodząc tubylca od tyłu i wstrzelił mu ładunek w żylastą szyję. Ofiara zwiotczała. W chwilę potem członkowie ekipy Współnarodów ostrożnie puścili go i podnieśli się z ziemi. Carewe obszedł pozostałych czując ulgę, kiedy z całą uległością wyciągali ręce nadstawiając przeguby do zastrzyków, a jednocześnie gardząc nimi za taką poddańczość. Nie spuszczając oka z pierwszego tubylca, któremu zaaplikował biostat, zobaczył, że idzie przygnębiony do drzwi chaty, gdzie bierze go w objęcia wysoka młoda kobieta. Strzepnęła mu, jak przesadnie troskliwa matka dziecku, część błota przylepionego do kaftana, poza którym nic nie miał na grzbiecie. Jej oczy, lśniące w półmroku pod okapem chaty, otwierały się powoli i zamykały niczym dwa identyczne heliografy przekazujące Carewe’owi wiadomości, których sensu mógł się tylko domyślać. Zbyt pochopnie porzuciłem Atenę, eksplodowała mu w głowie myśl. Powinienem do niej wrócić.
— No, to tych mamy z głowy — odezwał się jeden z ekipy, ocierając zarośniętą twarz mokrą od deszczu i potu. — Wynośmy się stąd.
Carewe myślał teraz tylko o Atenie.
— A co z kobietami?
— Nimi nie zawracamy sobie głowy, zgłaszają się zwykle dobrowolnie do któregoś z ośrodków medycznych Współnarodów. Decyzja należy do nich.
— Ach tak. — Carewe schował do sakwy pistolet. — A więc się nie liczą.
— Kto mówi, że się nie liczą. One po prostu na nikogo nie napadają.
— No proszę, jacy tu wszyscy honorowi — skomentował Carewe. Przyglądał się, jak pozostali szykują się do odejścia w tym samym kierunku, w którym udali się Storch i jego wypadowa grupa. — Jedną chwileczkę. Chciałbym zamienić parę słów z tym tubylcem, który pierwszy dostał zastrzyk.
— Nie radzę ci tego, nowy.
Carewe też czuł, że postępuje nierozsądnie, ale dla niego tubylec, który tak zaciekle stawiał opór broniąc się przed zastrzykiem, był jego własnym odbiciem. Z tą jednak różnicą, że czarnoskóremu Carewe’owi nie wstrzyknięto do krwiobiegu, tkanek i mięśni dawki E.80, a więc on, prawdziwy Carewe, miał nad nim pod każdym względem przewagę. Wymijając ostrożnie gapiących się mężczyzn i dzieci przeszedł przez placyk i zbliżył się do chaty gdzie z pochyloną głową stał ubłocony tubylec. Na jego widok kobieta cofnęła się do mrocznego wnętrza.