Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Wyciągnąłem palce i namacałem kulkę pod lewą dłonią i drążek pod prawą. Pozostawały bezużyteczne, dopóki nie wydałem następnego polecenia głosem i nie potwierdziłem go pstryknięciem przełącznika. Uruchomiłem je i przejąłem kontrolę nad silnikami manifika. Do tej pory sterował nimi wbudowany system naprowadzający i — jeżeli najbliższy balon rzeczywiście był tym, do którego miałem się kierować — radził sobie doskonale, nie miał jednak oczu ani mózgu, które umożliwiłyby mu precyzyjne podejście. Dopóki Geometrzy zagłuszali nasze satelity nawigacyjne, był bezradny. Ale od tego momentu to moje oczy musiały stać się czujnikami, a mózg układem naprowadzania. Delikatnie poruszyłem kulką, żeby sprawdzić działanie systemu: silniki plunęły błękitnym ogniem, a ja obróciłem się wokół wybranej osi. Zorientowałem się w przestrzeni, wyrównałem nad widoczną w dole Arbre, znalazłem kierunek południowo-wschodni (w tę właśnie stronę przemieszczałem się po orbicie), dokonałem paru obliczeń w pamięci, na wszelki wypadek przemyślałem wszystko jeszcze raz i popchnąłem joystick w przód i w bok. Manifik wymierzył mi dwa szybkie ciosy. Nic złego się nie wydarzyło, a ponieważ balon układał się w moim polu widzenia zgodnie z planem, kusiło mnie, żeby powtórzyć manewr, ale sobie odpuściłem. W naszej grze często właśnie w taki sposób pakowaliśmy się w kłopoty: łatwo było przedobrzyć.
Miałem na wyposażeniu radio dalekiego zasięgu, którego należało używać wyłącznie w sytuacjach awaryjnych. Na razie wolałem go nie włączać. Odczekałem więc, aż balon znajdzie się w zasięgu drugiego, słabszego nadajnika, i poleciłem:
— Skanuj retikule.
— Połączenie z siecią — zameldował po chwili kombinezon.
— Jak się podobała przejażdżka? — zagłuszył go głos Sammanna.
— Żądam zwrotu pieniędzy! — odparłem, z trudem powstrzymując dziką radość z usłyszenia jego głosu. Czyjegokolwiek głosu!
Spojrzałem na ekran poniżej osłony twarzy (którego wcale tam nie było, bo wyświetlał się bezpośrednio na moich siatkówkach i tylko stwarzał złudzenie, że znajduje się u dołu hełmu) i zobaczyłem na nim ikony symbolizujące mnie, Sammanna i fraa Gratha. Prawie od razu dołączyły do nich twarze Esmy i Julesa. Obejrzałem się i ujrzałem ich manifiki lecące w niewiarygodnie ciasnej formacji: Esma holowała Julesa.
— Złapałam go — wyjaśniła. — Dryfował.
Zdążyłem się już przyzwyczaić do oszczędnego sposobu wysławiania się Dzwoneczników: ja sam dopiero teraz dotarłem na miejsce spotkania, a Esma zdążyła przez ten czas namierzyć Julesa, podejść do niego, złapać go i przyholować.
— Jules, co się stało? Wszystko w porządku? — dopytywał się Sammann. — A może na Laterre lubicie sobie w ten sposób pożartować?
— Odcięłam go od sieci — dodała Esma. — Gadał od rzeczy.
— Kontakt wzrokowy za dwadzieścia minut — zabrzmiał nagrany głos, ostrzegając nas, że po upływie tego czasu staniemy się widoczni dla Daban Urnuda.
Balon zajmował już pokaźny kawał mojego pola widzenia. Manifik Sammanna przesuwał się pod osłonę jego powłoki; Gratho podążał za nim w odstępie pięćdziesięciu stóp. Oba pojazdy miały jaskrawe barwy (czym przypominały zabawki dla dzieci) i lekko rozmyte kontury: zarówno manifiki, jak i kapsuły z pozostałym ładunkiem były otoczone chmurami włóknistej siatki, która na czas startu została ciasno zwinięta w hermetycznych pojemnikach, a na orbicie uwolniła się i dziesięciokrotnie powiększyła objętość. Wyglądaliśmy jak unoszące się w próżni czerwone pompony.
— Sprawdziliście gwiazdy? — spytałem.
— Tak — odparł Gratho. — Zapraszamy do weryfikacji naszych wniosków.
Poruszyłem kulką i obróciłem się w taki sposób, żeby mieć przed oczami w przybliżeniu kolistą konstelację Tarczy Hoplity; porównałem jej położenie z położeniem Arbre i balonu. W ten sposób najłatwiej było sprawdzić, czy kiedy znajdziemy się w miejscu, w którym będziemy widoczni dla teleskopów Daban Urnuda, balon nas przed nimi zasłoni.
Geometrzy na pewno już się zorientowali, że kroi się jakaś grubsza afera. Wybraliśmy taki moment na przeprowadzenie całej operacji, że dwieście rakiet wystartowało z przeciwnej, niewidocznej dla nich strony Arbre, ale niedługo mieli nas zobaczyć. Poruszaliśmy się po orbicie niemal idealnie kolistej (jej mimośród, czyli miara nie-kolistości, wynosił zaledwie jedną tysięczną), tuż powyżej górnej granicy atmosfery, sto mil nad powierzchnią planety. Jedno okrążenie Arbre zajmowało nam półtorej godziny. Orbita Daban Urnuda była bardziej wydłużona, eliptyczna, odległość dzieląca go od Arbre zmieniała się w zakresie od czternastu do dwudziestu pięciu tysięcy mil, a jeden obieg trwał dziesięciokrotnie dłużej niż nasz, czyli około piętnastu godzin. Wyobraźmy sobie dwóch biegaczy truchtających dookoła okrągłego stawu: jeden z nich trzyma się tak blisko brzegu, że tapla się w wodzie, drugi zaś zachowuje od niego półmilowy dystans. Gdyby poruszali się z tą samą prędkością, bliższy dublowałby dalszego dziesięciokrotnie na każdym jego okrążeniu. Przy każdym dublowaniu Daban Urnuda będziemy dla Geometrów widoczni na tle Arbre, aby niedługo potem ześliznąć się za krawędź planety i zniknąć im z oczu na kolejne trzy, cztery kwadranse. Zostaliśmy wystrzeleni podczas jednego z tych zapewniających odrobinę prywatności interludiów, którego połowa właśnie upływała.
Dlaczego nie weszliśmy na wyższą orbitę? Dlatego że nasz toporny układ napędowy nie był w stanie nadać ładunkowi dostatecznie dużej prędkości.
Kiedy za kilkanaście minut przed Daban Urnudem odsłoni się chmura śmiecia wyrzuconego na orbitę przez dwieście pocisków jednocześnie, Geometrzy zobaczą kilkadziesiąt balonów rozsianych w antyradarowej mgławicy pasków metalizowanego poliplastu, rozciągającej się na setki mil i powiększającej z każdą chwilą (orbity kosmicznego śmiecia stawały się coraz bardziej rozbieżne). Zasłona antyradarowa unieszkodliwi urządzenia pracujące na falach długich (radary) i Geometrom pozostanie tylko obserwacja na falach znacznie krótszych (w świetle widzialnym), wiążąca się z przesiewaniem stosów fototypów i wypatrywaniem na nich wszystkiego, co nie jest balonem ani paskiem folii. Gdyby jednak wszystko poszło zgodnie z planem, to nawet zebranie całego tego materiału i jego szybka analiza niczego im nie dadzą, ponieważ my i cały nasz sprzęt schowamy się za jednym z balonów.
Żeby jednak tak się stało, przez najbliższe dwadzieścia minut musiało się dużo wydarzyć. Tak się w tym wszystkim pogubiłem, że omal nie zapomniałem najważniejszego przykazania Jesry’ego: celować do ścieku. Pierwsze spazmy w gardle szybko mnie otrzeźwiły, tak że zdążyłem się pochylić i wgryźć w gumową obejmę odpływu. Śniadanie wyleciało ze mnie i zostało zamrożone w torbie na odpadki, a ja mogłem wrócić do swoich zajęć. Na szczęście Piguła nie wróciła, co nawet mnie trochę zaskoczyło: tkwiła bezpiecznie w moich bebechach, przesyłając informacje o temperaturze i inne dane biomedyczne do procesorów kombinezonu.
Poczułem się znacznie lepiej. Nie rzygałem przez całe następne dziesięć sekund.
Sammann, który pierwszy dotarł do balonu, stał się samozwańczym konglomerem, co oznaczało, że ma tkwić pod balonem i sklejać docierające do niego ładunki w jedną wielką masę. Ładunkiem numer jeden był Jules Verne Durand: Esma podholowała go na miejsce i dała po hamulcach. Jej manifik zatrzymał się, a manifik Julesa leciał dalej jak naczepa ciągnika sunąca po oblodzonej drodze. Esma musiała jeszcze raz strzelić silnikami, kiedy pojazd Laterryjczyka usiłował pociągnąć ją za sobą. Kiedy Gratho szybował w pobliżu, rozważając w duchu, czy ma do czynienia z ujawnieniem, Sammann podleciał bliżej i obrócił się w miejscu. Z jego manifika wystrzeliła długa, cienka sonda, która w mgnieniu oka pokonała dwudziestostopową przestrzeń i wgryzła się w miękką masę czerwonej siatki wokół pojazdu Julesa.