Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Kontakt wzrokowy za jedną minutę.
Sprawa najważniejsza: co teraz myślą moi przyjaciele? O czym rozmawiają? Słyszałem, jak Arsibalt powiedział, że reaktor krąży w niewłaściwej płaszczyźnie. Na pewno widzieli, coraz bardziej podenerwowani, jak się oddalam; na pewno dyskutowali o wysłaniu ekipy ratunkowej.
Ale jej nie wysłali. Lio nie wydał takiego rozkazu. Co więcej, oparli się pokusie włączenia nadajników dalekiego zasięgu.
Gdybym miał do czynienia z innymi ludźmi, nie umiałbym im czytać w myślach — tak jak oni nie potrafiliby czytać w moich. Ale to byli moi fraa, wychowani i wyszkoleni przez Orola. Policzyli sobie (i to pewnie prędzej ode mnie), że za czterdzieści pięć minut reaktor znów się do nich zbliży, po drugiej stronie Arbre. Co ważniejsze, zaufali mi, ryzykując życie, że będę w stanie wyciągnąć te same wnioski i odpowiednio się zachować.
Co to znaczyło „odpowiednio się zachować”? Nie panikować i trzymać się orbity. Jeżeli nic nie będę robił, moja pozycja będzie całkowicie przewidywalna; jeśli zacznę kombinować, nie będą mieli pojęcia, gdzie mnie szukać.
Nie miałem żadnego specjalnego wyposażenia. Do piersi przyklejono mi złożoną płachtę metalizowanego poliplastu (podobną do tej, którą Orolo dostał po peanatemie): w razie konieczności miała osłonić mnie przed słońcem i nie dopuścić do przegrzewania się czarnego skafandra (wówczas klimatyzacja musiałaby działać wydajniej i zużywałaby więcej tlenu). Oderwałem ją i rozłożyłem (nie było to łatwe, kiedy miałem do dyspozycji tylko parę kościstych metalowych łap), okryłem nią możliwie największą powierzchnię reaktora i sam się pod nią wśliznąłem.
— Kontakt wzrokowy nawiązany.
Jeśli w tej chwili ktoś na Daban Urnudzie patrzył przez teleskop, mógł mnie zobaczyć, ale byłem tylko jednym z tysięcy farfocli wyrzuconych w kosmos przez dwieście startujących jednocześnie rakiet. Małym śmieciem.
Warto tu sobie uświadomić skalę sytuacji: Daban Urnud znajdował się w odległości czternastu tysięcy mil ode mnie. Kiedy był najbliżej planety, jej pozorna wielkość (postrzegana przez pasażerów) była porównywalna z tortem trzymanym w wyprostowanej ręce, a kiedy najbardziej się oddalał, ze spodeczkiem. Szukanie mojej rozpostartej płachty przypominało wypatrywanie papierka po cukierku z odległości stu mil. Co gorsza (a dla mnie to było lepsze), papierka należało szukać na trawniku usłanym śmieciami i wybrać jeden z tysiąca.
Lio (który zabrał ze sobą w kosmos Broń egzoatmosferyczną w Epoce Praksis) ostrzegał nas jednak, żebyśmy nie szarżowali, a Jules go poparł, mówiąc, że Urnudczycy, dawni mistrzowie wojen kosmicznych, połączyli znakomite teleskopy bezpośrednio z syntaktami, które automatycznie przetwarzają ogromne ilości obrazów i wychwytują wszystkie podejrzane obiekty. Wabiki i makiety na przykład były łatwe do odróżnienia, ponieważ ze swoimi pokaźnymi rozmiarami i znikomą masą znacznie silniej niż rzeczywiste ładunki odczuwały opory ruchu w rozrzedzonej śladowej atmosferze.
Dlatego wabiki zachowywały się na orbicie nieco inaczej od prawdziwych ładunków. W dodatku kiedy Urnudczycy sporządzą spis wszystkich wystrzelonych w kosmos śmieci, z łatwością zauważą, kiedy któryś zniknie albo zmieni orbitę. A coś takiego mógł zrobić tylko śmieć wyposażony w silniki i układ sterowania.
A zatem w pewnym sensie już spapraliśmy sprawę i nie pozostało nam nic innego, jak liczyć na naszą przewagę liczebną: miałem nadzieję, że zniknięcie mojej płachty w morzu farfocli nie zwróci niczyjej uwagi — w każdym razie nie tak szybko, żeby Piedestał zdążył jakoś zareagować.
Zorientowałem się jednak, że uprzedzam fakty. Jeżeli moja płachta miała zniknąć z teleskopów, najpierw musiałem dołączyć do reszty komórki.
Zapas tlenu ogromnie mi to ułatwi. Zamknąłem oczy, usiłując się odprężyć i nie myśleć o Piedestale, jego wyśmienitych teleskopach i przebiegłych syntaktach. Znalazłem się w jednej z tych niezwykłych sytuacji, w których nadmierne zamartwianie się naprawdę mogło mnie zabić.
Odczekałem, aż puls wróci mi do normy, namacałem klawiaturę pod palcami i wystukałem wiadomości do Cord i Ali — na wypadek, gdybym zginął, a mój kombinezon udało się odzyskać i odczytać zapis w jego pamięci.
Syntakt w kombinezonie miał wbudowany teoryczny kalkulator orbitalny, którego wcześniej nie miałem czasu użyć, bo za dużo się działo. Teraz włączyłem go, żeby sprawdzić swoje intuicyjne pomysły na to, co powinienem zrobić, kiedy zbliżę się do balonu. Za nic jednak nie mogłem się skupić; mój mózg zachowywał się jak gąbka, która wessała więcej wody, niż była w stanie zatrzymać.
W nieważkości moje nagie ciało prawie nie stykało się z kombinezonem, owiewane ze wszystkich stron powietrzem o przyjemnej temperaturze. Czułem się tak, jakbym brał kąpiel powietrzną. Za moimi plecami mała fabryka chemiczna pracowała pełną parą, ale o jej obecności świadczył wyłącznie delikatny biały szum. Oprócz niego słyszałem jeszcze tylko bicie swojego serca. Na dobrą sprawę powinienem być niezwykle podekscytowany: wystarczyło otworzyć oczy, wyjrzeć przez osłonę w hełmie i stwierdzić Jestem w kosmosie! W tej chwili widziałem jednak tylko spodnią stronę pomiętej płachty z poliplastu i czułem się trochę jak indyk w piekarniku. Nic dziwnego, że zrobiłem się senny. Moje ciało i umysł nigdy dotąd nie miały tylu powodów, żeby domagać się wytchnienia. Zmiana strefy czasowej i intensywny trening w Elkhazgu nie sprzyjały wysypianiu się, przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny w ogóle nie zmrużyłem oka, a pół godziny spędzone na orbicie było wręcz niedorzecznie stresujące. Po takim doświadczeniu każdy zdrowy na umyśle człowiek miałby ochotę zwinąć się w kłębek w ciepłym łóżku, przykryć kocem, popłakać sobie i zasnąć.
Strach przed sennością nie pozwolił mi zamknąć powiek. Podczas naszego szkolenia objawy zatrucia dwutlenkiem węgla opanowałem lepiej niż alfabet. Nudności: są. Zawroty głowy: są. Wymioty: są. Ból głowy: jest. Tylko że kto by nie miał takich objawów po wystrzeleniu w manifiku sto mil w górę? Ciekawe, co będzie dalej… No tak, byłbym zapomniał: senność i dezorientacja.
Sprawdziłem odczyty czujników. Sprawdziłem jeszcze raz. Zamrugałem. Zamknąłem oczy, odczekałem chwilę, sprawdziłem po raz trzeci. Wszystko w porządku. Poziom tlenu w zbiorniku był zaznaczony na żółto, ale to było do przewidzenia po tym, jak się nadyszałem. Zawartość tlenu w powietrzu: w normie, poziom CO2: zero. Filtr spisywał się bez zarzutu.
Ale skoro byłem senny i zdezorientowany, to może źle odczytywałem wskazania?
Na przemian przysypiałem i budziłem się co kilka minut. Miałem aż nadto czasu, żeby przeanalizować wszystko, co wydarzyło się po wejściu na orbitę. Byłem tak skoncentrowany na tym, co robię, że kiedy zobaczyłem, jak Jaad zderza się z niebieskim ładunkiem, nie zainteresowałem się tym. To był błąd: powinienem był podejść bliżej i sprawdzić, co się stało. Wyręczył mnie Arsibalt i — jeśli miałbym coś wnioskować z triumfalnych wrzasków Jesry’ego, który przywitał Arsibalta po powrocie — niewiele brakowało, żeby obaj z Jaadem przypłacili to życiem.
To nie był dobry plan. Kto go wymyślił?
Do logiki takiego rozumowania nie miałem zastrzeżeń. Arbre miała dwieście pocisków i ani jednego więcej. Każdy z nich z trudem wynosił niewielki ładunek na niebezpiecznie niską, niestabilną orbitę. Nie mogliśmy z nich nic więcej wycisnąć: zapoznaliśmy się z planem w Elkhazgu, pogodziliśmy się z nim, pokiwaliśmy głowami.
Ale co innego zaakceptować go tam, na dole, a co innego znaleźć się w kosmosie wśród zderzających się i plączących ładunków i chować się pod poliplastową płachtą. Tutaj sprawy mogły się komplikować na dziesiątki sposobów.