Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 203 204 205 206 207 208 209 210 211 ... 253
Перейти на страницу:

Jedyną dobrą rzeczą w tym locie była świadomość, że i tak jest lepiej niż przez całą godzinę przed startem, kiedy to leżałem na wznak w ciemnościach — skulony, wciśnięty w manifik, przypięty pasami — i czekałem na śmierć. W porównaniu z tym sama śmierć okazała się kaszką z mleczkiem. Najbardziej nieprzyjemne (a z perspektywy czasu także najbardziej zawstydzające) były filozoficzne rozważania, którymi zajmowałem się dla zabicia czasu: myślałem o tym, że śmierć Orola i Lise pomogły mi się pogodzić z moją własną; że dobrze zrobiłem, wysyłając wiadomość Ali; że nawet jeśli zginę w tym kosmosie, w innym mogę nadal żyć.

Pasażer na gapę wyrżnął mnie metalową rurą w plecy. A nie, chwileczkę, to tylko silnik eksplodował. Nie, to też nie to: po prostu ładunki wybuchowe odstrzeliły owiewkę. Szczeliny pocięły ciemność na ćwiartki, a potem rozszerzyły się i całkiem ją pożarły. Cztery płatki owiewki opadły, odsłaniając przede mną panoramę Arbre. Niektóre składniki targających mną wstrząsów (turbulencje) osłabły, inne (nierówne spalanie) nasiliły się. W porównaniu z nimi przyspieszenie do tej pory niezbyt dawało mi się we znaki, teraz jednak wyraźnie się wzmogło i taki stan utrzymał się przez pół minuty: dopalała się resztka paliwa, co ogromnie utrudniało mi podziwianie widoków. Następny trzask w kręgosłupie zasygnalizował mi odpadnięcie silnika startowego. I bardzo dobrze: zostaliśmy tylko ja i manifik. Przez chwilę unosiłem się bezwładnie, ale nieważkość nie trwała długo, bo zaraz włączyły się silniki manewrowe, żeby nadać manifikowi właściwą orientację. Uczyniły to z determinacją, która wydała mi się uspokajająca — nawet jeśli za jej sprawą niektóre moje organy wewnętrzne pozamieniały się miejscami. A potem zacząłem odczuwać narastające ciążenie: to włączył się główny silnik manifika, który miał teraz pracować przez dłuższy czas. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że wyleciałem poza atmosferę (niebo było czarne) i dach pawilonu tylko niepotrzebnie zasłania mi widok w przód. Ale kiedy manifik zaczął się rozpędzać do prędkości orbitalnej, plazmowe noże wyrosły ze skrajów daszku i zaczęły się mienić wokół moich stóp i ramion — w sam raz na tyle blisko, żebym nie mógł narzekać na nudę. Manifik rozpychał się w górnych warstwach atmosfery z taką gwałtownością, że wyrywał elektrony z atomów.

Na stanowisku startowym najpierw kazano mi połknąć Pigułę (termometr z nadajnikiem), potem ubrano mnie w kombinezon, a na koniec deklaranci wcieleni do służby w personelu naziemnym zawinęli mnie w folię spożywczą jak mumię w bandaże, zapierając się o moje barki i podeszwy stóp, wcisnęli do pawilonu i obkleili taśmą do pakowania. Pomierzyli mnie metrówkami dostępnymi za darmo w miejscowym domu towarowym i obklejali dalej, dopóki nie zrobili ze mnie paczuszki pasującej do rysunków w pospiesznie drukowanej i obfitującej w ręczne dopiski dokumentacji. Następnie sięgnęli po puszki samoutwardzalnej pianki izolacyjnej i zapiankowali mnie na amen: wcisnęli mi piankę między kolana i pierś, pięty i tyłek, nadgarstki i twarz, a kiedy stwardniała, ktoś zerwał mi folię z hełmu, żebym cokolwiek widział, następnie poklepał mnie po głowie i wcisnął mi w stalową dłoń nożyk do kartonu. To, jak ważne były precyzyjne pomiary, doceniłem dopiero teraz, gdy po włączeniu się drugiego stopnia rakiety jęzory rozpalonego do białości powietrza zaczęły mi prawie lizać stopy. Na szczęście, im wyżej się wznosiłem, tym szybciej bledły. W końcu atmosfera się skończyła i daszek na nóżkach odskoczył (dosłownie odskoczył: był napędzany sprężyną) od platformy, na której leżałem; poczułem się jak ozdoba na masce silnika aportu. Okropnie mnie kusiło, żeby zacząć się wyplątywać z opakowania, ale znałem trajektorię na pamięć i wiedziałem, że daleko mi jeszcze do osiągnięcia prędkości orbitalnej. Najbardziej miałem się rozpędzać pod koniec cyklu spalania, kiedy manifik zużyje trzy czwarte lub więcej zapasu paliwa i stanie się wyraźnie lżejszy. Przy niezmienionym ciągu pomniejszona masa uzyska przyspieszenie, które Lio radośnie określał jako „prawie śmiertelne”.

— Ale nie macie się czym przejmować — dodał uspokajająco. — I tak stracicie przytomność, zanim stanie się wam coś złego.

Próbowałem się rozejrzeć. Przez poprzednie trzy dni wyobrażałem sobie, że widoki będą wprost fantastyczne. Podnoszące na duchu. Miałem widzieć inne rakiety: dwieście sztuk wznoszących się ku wschodowi po równoległych kursach. Okazało się jednak, że w kombinezonie jest więcej poduszek powietrznych, niż mówił Jesry, i wszystkie zostały maksymalnie napełnione (przez co czułem się jak na kamiennym posłaniu), unieruchamiając moją głowę i korpus w pozycji, w której prawdopodobieństwo śmierci, paraliżu lub uszkodzenia organów wewnętrznych było najmniejsze. Moja śledziona mogła spać spokojnie. A moje oczy widziały tylko morze gwiazd i — w prawym dolnym rogu pola widzenia — skrawek błękitnej atmosfery Arbre. Obraz zresztą i tak zamglił się, kiedy oczy zaczęły mi łzawić, a potem gałki oczne odkształciły się pod wpływem własnego ciężaru jak balon z wodą pod ciężarem Arsibalta…

* * *

Spadałem. Miałem kaca. Żyłem. Kombinezon coś do mnie mówił — i to już od dłuższej chwili.

— Podaj komendę Odpowietrz blokadę, aby wyłączyć układ unieruchamiający i rozpocząć następny etap operacji — powtarzała po orthyjsku jakaś suur z dobrą dykcją, której kazano zarejestrować przewidziane w systemie komunikaty. Miałem ochotę poznać ją osobiście.

— Odprzszżż blszsz — powiedziałem, mając nadzieję, że w ten sposób jej zaimponuję.

Kombinezon wziął wdech i odparł:

— Podaj komendę Odpowietrz blokadę, aby…

— Odszpatsz bloff! — uparłem się. Zaczynała mi działać na nerwy. Już nie byłem taki pewny, że chcę ją poznać.

— Podaj komendę Odpowietrz…

— Ot. Po. Wiec. Blok. Jadę.

Poduszki powietrzne sflaczały.

— Witamy na niskiej orbicie okołoarbryjskiej! — Głos niby był ten sam, ale zabrzmiał zupełnie inaczej.

Mogłem swobodnie poruszać głową i tułowiem, lecz ręce i nogi nadal miałem unieruchomione. Najwyższy czas użyć tego nożyka do kartonu. Z początku szło mi opornie, ale wkrótce z manifika poleciały bryły pianki i serpentyny taśmy klejącej. Nie oddalały się zbytnio, lecz unosiły się w pobliżu. Ze względu na niską masę i znaczne opory musiały w końcu wejść w atmosferę i tam spłonąć, ale do tego czasu miały skutecznie zaśmiecać ekrany radarów.

Skoro już o śmieciach mowa… wszędzie dookoła widziałem punkciki światła. Występowały w dwóch rodzajach: miliony migotliwych iskierek (paski folii antyradarowej wystrzelone w innych pociskach) oraz dziesiątki sporych, jasnych plam światła, czasem na tyle dużych, że moje oczy (które pomału wracały do swojego dawnego kształtu) rozeznawały ich okrągły kształt. Przypominały małe księżyce i w zależności od położenia względem mnie i słońca wyglądały jak księżyce w pełni, w nowiu lub gdzieś pośrodku.

Po prawej stronie rósł mi w oczach półksiężyc, ku któremu nieuchronnie prowadziła mnie moja orbita. Był to metalizowany balon z poliplastu, wystrzelony w tej samej salwie co ja. Porównując jego pozorny rozmiar z podziałką na wewnętrznej stronie osłony twarzy, stwierdziłem, że dzielą mnie od niego dwie mile. Najwyraźniej był to właśnie ten balon, do którego zgodnie z planem miałem się zbliżyć.

1 ... 203 204 205 206 207 208 209 210 211 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)