Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Kontakt wzrokowy za piętnaście minut.
Straciłem łączność z Lio i Arsibaltem, ale kiedy wróciłem w zasięg retikuli, na wyświetlaczu i tak pojawiło się sporo ikonek. Włączyłem radio — choć nie bez lęku, bo nie mogłem mieć pewności, jakie nowiny usłyszę.
Moje uszy wypełnił krzyk; przesterowana elektronika zawyła boleśnie, a ja próbowałem sobie przypomnieć, jak ściszyć dźwięk. Nie był to wrzask rodem z horroru, prędzej z zawodów sportowych, w których triumfator w ostatnim ułamku sekundy przechyla szalę zwycięstwa na swoją korzyść.
Wyświetliła się ikona Lio.
— Spokojnie! Spokojnie! — wołał, wstrząśnięty tym brakiem dyscypliny.
Następna była ikonka Arsibalta.
— Sammann? Przygotuj się do przejęcia fraa Jaada, bardzo cię proszę. Nie reaguje.
Mówił z nienaturalnym spokojem, ale wyczuwałem, że jego biomonitory wskazywały w tej chwili podniecenie grożące atakiem serca.
Balon powiększał się w szybkim tempie, ja jednak znajdowałem się na razie za wysoko (za daleko od Arbre). Skoczyłem w kierunku północno-zachodnim, zwolniłem i zniżyłem lot. Piszę „skoczyłem”, jakby to było takie proste, ale z ładunkiem zahaczonym na końcu dwudziestostopowego przewodu takie manewry stały się nagle bardzo skomplikowane: najpierw musiałem go zajść z drugiej strony, a dopiero potem nadać sobie — i jemu — odpowiednie przyspieszenie. Spowalniało to mój lot do balonu.
— Mam go — odezwał się Sammann. — Żyje, ale odczyty ma fatalne. Wszyscy patrzyli, jak Arsibalt ściąga fraa Jaada, ale nagle w moich słuchawkach eksplodowały krzyki:
— Uważaj! Uwaga!
— Psiakrew!
— Blisko było…
— Niedobrze, czerwony.
Obróciłem głowę i zobaczyłem, co wywołało te reakcje: czerwony ładunek przeleciał dosłownie parę jardów od balonu, poruszając się z całkiem sporą prędkością względną — dostatecznie dużą, żeby narobić paskudnych szkód, gdyby tylko znalazł się odrobinę „wyżej”. Nadleciał tak niespodziewanie, że nikt nie zdążył zareagować, złapać go i przyciągnąć. Kiedy przelatywał między mną i balonem, mogłem mu się dobrze przyjrzeć.
— To reaktor — powiedziałem. — Odłącz kotwiczkę — poleciłem.
— Odłączona — odpowiedział kombinezon.
Strzeliłem silnikiem, żeby uwolnić się od ładunku.
— Lecę za nim — poinformowałem. — Niech ktoś przejmie ładunek.
Reaktor poruszał się tak szybko, że musiałem zawierzyć instynktom wyostrzonym podczas gier w Elkhazgu. Odpaliłem boczny silnik. Nie rozwiązało to problemu, ale dystans między mną i reaktorem przestał się tak szybko zwiększać. W miarę jak oddalałem się poza zasięg radia, gasły kolejne ikony na wyświetlaczu, a dźwięk odbierałem tylko w postaci przypadkowych sporadycznych pakietów. Wydawało mi się, że Arsibalt powiedział coś o „złej płaszczyźnie”, co zgadzało się z moimi spostrzeżeniami: na skutek jakiegoś drobnego błędu, w zamieszaniu przy starcie reaktor wszedł na orbitę nachyloną pod niewielkim kątem do naszej.
Ale jeden głos usłyszałem głośno i wyraźnie:
— Kontakt wzrokowy za trzynaście minut.
Spróbowałem innego manewru, ale spieprzyłem go koncertowo i, balansując na skraju paniki, patrzyłem, jak reaktor przecina moje pole widzenia. Chwilę później Arbre przemknęła mi przed oczami i uświadomiłem sobie, że obracam się szybko wokół własnej osi: musiałem musnąć lewą ręką kulkę. Ustabilizowałem się i tym razem obróciłem pomału, żeby nie tracić reaktora z oczu. Obejrzałem się na balon, który przez ten czas dramatycznie się oddalił.
Straciłem reaktor z oczu: przepadł gdzieś na tle błyszczącego oślepiająco Morza Równikowego. Dopiero kiedy strzeliłem silnikami wstecz i zniżyłem lot, udało mi się odnaleźć czerwony pompon, zawieszony nisko nad horyzontem.
W pobliżu nie było nikogo. Usłyszeli, jak mówię, że lecę za reaktorem, i uznali, że dam sobie radę.
— Spokojnie — powiedziałem sam do siebie.
Jeżeli przy następnej próbie zrobię wszystko powoli i dokładnie, szybciej wrócę do przyjaciół, niż gdybym wykonał trzy pospieszne, ale nieprecyzyjne manewry. Wyrównałem lot, tak żeby mieć reaktor dokładnie przed sobą, u dołu pola widzenia, i przez trzydzieści sekund nie robiłem absolutnie nic. Skoncentrowałem się na wyłapywaniu różnic między moją i jego orbitą.
Tak, zdecydowanie poruszał się w niewłaściwej płaszczyźnie. Musiałem odpalić silniki, żeby skorygować ten błąd. Tak też zrobiłem, ale przy okazji zepsułem sobie półoś większą i dwa inne elementy orbitalne — w taki sposób, że za dziesięć minut już bym nie żył. Na korektę potrzebowałem dalszych sześćdziesięciu sekund.
Zmiana płaszczyzny orbity jest bardzo kosztowna.
Zabroniłem sobie szukać balonu — po części dlatego, że bałem się tego, co zobaczę (moi przyjaciele i schronienie mogli w tej chwili znajdować się niewyobrażalnie daleko), ale także dlatego, że na razie nie miało to żadnego znaczenia. Bez reaktora, z którego mieliśmy czerpać energię do rozbijania wody na tlen i wodór, podusilibyśmy się w ciągu dwóch godzin. Gdybym spanikował i bez niego wrócił do balonu, wydałbym wyrok śmierci na całą komórkę.
Zbliżyłem się do reaktora, ale w ostatniej chwili obróciło mnie w bok. Skorygowałem. Zatrzymałem się (co znaczyło tylko tyle, że nie poruszałem się względem reaktora).
— Kontakt wzrokowy za trzy minuty — zabrzmiał głos. Najdelikatniej jak mogłem poruszyłem sterami i z zadowoleniem stwierdziłem, że się zbliżam. Pozostało mi czekać. I nie oddychać zbyt szybko.
Zamiast zahaczyć reaktor kotwiczką, spróbowałem podejść bliżej, żeby po prostu złapać go manipulatorem. Kiedy mi się udało, odwróciłem się i zacząłem się rozglądać za balonem. Nie zobaczyłem nic. A właściwie zobaczyłem zbyt wiele. Strategia wystrzelenia wabików zemściła się na mnie: z oddalenia nie miałem szans odróżnić prawdziwego balonu od makiety, a w podobnej odległości ode mnie (wynoszącej co najmniej dziesięć mil) znajdowały się aż trzy balony. Nawet gdybym odgadł, który jest właściwy, nie miałem szans dolecieć do niego w trzy minuty. A gdybym się pomylił, zużyłbym za dużo paliwa i drugiej szansy bym nie dostał.
Z drugiej strony… orbita, na której w tej chwili znajdowaliśmy się razem z reaktorem, była stabilna. Jeszcze raz sprawdziłem jej parametry; od mojej oceny sytuacji zależało życie nas wszystkich. Kształt i promień orbity gwarantowały, że nie wpadnę w atmosferę, w każdym razie nie przez najbliższy dzień albo dwa.
Może po prostu powinienem na niej zostać? Tlenu zostało mi na jakieś dwie godziny; gdybym się uspokoił, mógłbym na nich przeżyć trochę dłużej. Głównym problemem była inklinacja, czyli nachylenie orbity do płaszczyzny równika: poruszałem się po trajektorii ciut bardziej stromej, niż wszyscy moi towarzysze, przez co nasze orbity przecinały się tylko w dwóch punktach, w czterdziestopięciominutowych odstępach, po przeciwnych stronach planety. Przypomniało mi się powiedzenie o zepsutym zegarze, który, odkąd się zatrzymał, dwa razy na dobę wskazuje właściwą godzinę. Ostatnio pokazał ją przed kwadransem, kiedy reaktor omal się z nami nie zderzył, a ja ruszyłem za nim w pościg. Od tamtej pory cały czas oddalałem się od przyjaciół, ale za kolejne pięć minut miałem zacząć się do nich zbliżać, a za pół godziny powinniśmy się cieszyć następnym prawie-zderzeniem.